Opis z placu boju, czyli Weronika postanawia się urodzić

Niedawno przeczytałam opis mojego porodu, który „na świeżo” kilka dni po narodzinach panny Weroniki stworzyłam na pewnym forum ciążowym, gdzie lubiłam się udzielać. Stwierdzam, że my kobiety jesteśmy tak skonstruowane by jak najszybciej wyrzucać z pamięci traumę poporodową. W innym przypadku każda z nas miałaby tylko jednego potomka 😉 Teraz gdy czytam opis po ponad dwóch latach dostaję dreszczy na plecach na wspomnienie krzyżowych skurczybyków choć już ich tak nie pamiętałam. Ponieważ po takim czasie nie udałoby mi się dokładnie odtworzyć zmagań na porodówce, postanowiłam po drobnej korekcie stylistycznej wstawić wpis z tamtego forum. Proszę więc o wyrozumiałość, bo momentami przypomina on trochę strumień świadomości, a nie chciałam tak całościowo go edytować by nie zatracił autentyczności. Ostrzegam, że opis jest dość dokładny jak to wpisy na forach tego typu, gdzie dziewczyny dzielą się niemal wszystkimi przeżyciami związanymi z ciążą i porodem.

Rano w niedzielę wymalowałam się i zakręciłam włosy, bo w planach mieliśmy obiad u rodziców. Czułam, że jestem nieprzytomna. Poprzedniej nocy prawie wcale nie spałam. Było mi jakoś niedobrze i dziwnie przez całą noc. Powiedziałam więc do Ł.: „lepiej żebym dziś nie rodziła”.
Do rodziców jechaliśmy dość wcześnie, bo na 10:00 Ł. miał zajęcia na kategorię C. Podrzucił mnie więc do nich, a sam pojechał na kurs.
Posiedziałam chwilę, pogadałam z mamą. Postanowiłam rozłożyć się na kanapie i w momencie gdy się kładłam poczułam, że coś mi pociekło. Ruszyłam więc w te pędy do łazienki. Ledwo zdążyłam zdjąć majtki, a tu chlust – wody odeszły prosto do toalety. Krzyczę do rodziców, że mi wody odeszły. Mama wpada, a ja w panikę, że nie jestem jeszcze gotowa na poród, bo to za wcześnie (był to ostatni dzień 37 tc). Udało mi się jednak uspokoić. Dzwonię do D. – położnej, z którą byłam umówiona na poród. Mówi, że jest w Medeorze (gdzie miałam rodzić) i żebym spokoooojnie, bez neeeerwów się zebrała i przyjechała. Nie miałam nawet torby przy sobie. Tata poleciał po samochód do garażu, ja się umyłam. Wody dalej się sączyły różowawe.
Uznaliśmy, że jedziemy do szpitala, a potem tata lub Ł. przywiozą torbę. Ponieważ Ł. nie odebrał napisałam mu smsa „wody mi odeszły”. Myślę, że uczucia towarzyszące odebraniu takiego smsa muszą być bezcenne 😉
Dojechałam do szpitala gdzie się okazało, że winda jest nieczynna i musiałam wchodzić po schodach na 3 piętro. Nie było to nic strasznego, bo w ogóle nie miałam skurczów.
Ulokowali mnie na sali przedporodowej. Ł. dojechał, torba dojechała, a u mnie nic, tylko sączące się wody. KTG też skurczów nie pokazywało. Tak spędziłam całą niedzielę bezstresowo, a to skacząc na piłce, a to łażąc, a to śmiejąc się z Ł. i żartując, bo nic nie bolało. Zjadłam obiad według zaleceń D., która stwierdziła, że na razie nic się nie dzieje (rozwarcie na jeden palec, szyjka skrócona). Potem nie było nam zbyt miło, bo słyszeliśmy krzyki innej rodzącej kobity i trwało to strasznie długo aż dostała znieczulenie.
Nadszedł wieczór, a ponieważ nic się nie działo postanowiono przeprowadzić mnie na 1 piętro na oddział ginekologiczny bym w spokoju pospała, a nie wysłuchiwała krzyki z porodów. Oddelegowałam Ł. by się przespał, mama posiedziała ze mną prawie do 22:00. D. pojechała do domu, bo skończyła zmianę i mieli do niej dzwonić jak się u mnie zacznie. Plan był taki, że jak do rana się nie rozkręci to dostanę kroplówkę z oksytocyną. Postanowiłam posłuchać innych i się przespać, więc mamie powiedziałam by pojechała do domu, a ja będę dzwonić jak coś. Gdy mama się ubierała zaatakowały mnie dość mocne nieprzyjemne skurcze, ale uznałam, że to jeszcze pikuś (coś jak bardziej bolesny okres). Mama poszła, a ja położyłam się do łóżka. Chciałam pospać i nie mogłam przez te skurcze. Raz na jednym boku, raz na drugim, skulona jak embrion – w żaden sposób nie mogłam zasnąć, bo bóle się nasilały. Wcześniej robili mi milion razy KTG i nic nie wykazywało. W pewnym momencie zaczęłam się zwijać na łóżku. Przez większość czasu mnie bolało, a tylko chwile trwały bez bólu. Pielęgniarka, pod której opieką zostawiła mnie D. to zobaczyła i podłączyła mnie pod KTG. Urządzenie pokazywało jakieś minimalne skurcze. Ja się zwijam, a pielęgniara patrzy na mnie jak na debila i pyta z niedowierzaniem: „czy teraz ma pani skurcz?????”. Ta sytuacja mnie sparaliżowała. Pomyślałam sobie: „kur*a jak to tak boli, a to urządzenie pokazuje, że to żadne skurcze to ja sobie nie wyobrażam co będzie później”. Do mojego mózgu dotarło, że w przeciwieństwie do tego co o sobie myślałam jestem jednak nieodporna na ból.
Zwijając się zapytałam czy mogę zadzwonić po męża. Pielęgniarka powiedziała, że najpierw zawoła lekarza. Przyszedł lekarz, zbadał i stwierdził, że szyjka jest już spłaszczona, a rozwarcie na półtora palca! Pomyślałam sobie: „ja pier**lę, nic się nie dzieje, a ja zaraz umrę”.
Ponieważ zwijałam się coraz bardziej postanowili przejść ze mną na porodówkę i pozwolili mi zadzwonić po Ł. Przechodziłam o własnych nogach i gdy w windzie złapał mnie skurcz zaczęłam zjeżdżać po ścianie do podłogi. Pielęgniarka ciągnęła mnie za ręce krzycząc bym nie kucała. Doczołgałam się po ścianach do sali porodowej. Wybrałam krzesło, bo bóle miałam krzyżowe i nie wyrobiłabym na łóżku. Podłączyli KTG. I zgadnijcie co? Wykazywało jakieś drobne skurcze. Mimo to zadzwonili po moją położną. Było jakoś po północy. Najpierw dotarł Ł., potem ona. Ł. z przerażeniem patrzył jak się zwijam, a mi było ciężko mówić, bo jakiś szczękościsk mnie łapał. D. weszła, a ja natychmiast przez zaciśnięte zęby oznajmiłam: „ja chcę znieczulenie zewnątrzoponowe”. Uznałam, że skoro to co się ze mną dzieje to nic według tego diabelskiego urządzenia to nie będę się szczypać. D. na to, że najpierw mnie zbada.
Zbadała i mówi: „kochana jest rozwarcie na 6cm, rodzimy, nie ma czasu na znieczulenie”.
No i wierzyć tu maszynom. Skurcze miałam prawdziwe i bardzo mocne, rozwarcie zrobiło się błyskawicznie. Zaczęło mi już napierać na odbyt, więc ciągle latałam do toalety. D. do mnie bym tylko nie parła, bo rozwarcie jest za małe i może pęknąć szyjka. Bardzo trudno było mi powstrzymać parcie. Próbowałam brać prysznic, ale bolała mnie skóra od lecącej na mnie wody. Nie pozwalałam Ł. złapać się za rękę, bo miałam wrażenie, że ręka mnie boli strasznie od dotyku. Próbowałam pozycji na czworakach przy wstrzymywaniu parcia, ale też mi było niedobrze. Kur**skie bóle krzyżowe do tego. W końcu ulokowałam się na brzegu łóżka, lekko na boku. W tej pozycji już zostałam. Krzyczałam do D. dlaczego nie pozwala mi przeć kiedy ja chcę przeć. Tłumaczyła, że to po to by szyjka nie pękła. W końcu pozwoliła mi przeć, bo rozwarcie było jak trzeba. Darłam się przy tym i stękałam głośno co bardzo mi pomagało, więc nawet mnie do tego zachęcała. Ciągle wzywałam Pana Boga nadaremne 😉 Kiedy dziecko przechodziło już przez pochwę znów miałam zabronione przeć przy niektórych skurczach, bo zażyczyłam sobie ochrony krocza. I to było właśnie najtrudniejsze. Nie przeć kiedy czułam, że macica mi sama wypiera dziecko i jeśli tylko trochę pomogę to pewno wyjdzie od razu. D. kazała mi szybko oddychać ustami i udawało się w ten sposób nie ponieść tym skurczom i je powstrzymać. W pewnym momencie zaczęła mówić, że chyba będzie trzeba zrobić nacięcie. To mnie jeszcze bardziej zmobilizowało by jej słuchać i nie przeć gdy tak każe. Byłam grzeczna i posłuszna marudząc w międzyczasie, że nie dam już rady i że nie mogę nie przeć, bo mnie rozerwie od środka. D. zaproponowała bym dotknęła ręką wychodząca główkę. Stwierdziłam, że nie chcę, bo mam brudne ręce, ale gdy założyła mi rękawiczkę dotknęłam lekko. To było dziwne. Pod sam koniec pytałam jej co chwilę ile jeszcze czasu będę rodzić, a ona mi odpowiadała: jeszcze tylko 5 minut, jeszcze tylko 3 minuty. Bardzo mi pomagała ta informacja choć faktycznie na pewno trwało to dłużej. W końcu powiedziała do pielęgniarki by poszła po pediatrę, bo zaraz dziecko będzie. Nie mogłam w to uwierzyć, że to już. Cały czas naciskała mi krocze w różnych miejscach, a ja myślałam, że ją kopnę z bólu. Ale po chwili wyciągnęła moje maleństwo i położyła mi je na brzuchu. Urodziło się o 2:47. Mała skojarzyła mi się z takim żółwikiem śmiesznie kręcącym głową, sama już podnosiła główkę. Leżała mi przy piersi jeszcze te 3-4 minuty z pępowiną. Potem ja sama tą pępowinę odcięłam, bo Ł. coś niewyraźnie wyglądał. Urodzenie łożyska to było chwila moment bez żadnego bólu. Po tym D. powiedziała, że musi mnie obejrzeć czy nie pękłam i że może to być nieprzyjemne. Ale to też był pikuś w porównaniu do całego porodu. Tym bardziej, że okazało się, że nie pękłam i mam tylko dwa zatarcia. Kobieta guma 😉 Ale też dziecko kompaktowych rozmiarów, bo o wadze 2750 gram.
Od tego momentu trochę mi się wszystko zamazuje. Wiem, że nie miałam dwóch godzin kontaktu skóra do skóry, bo małą trzeba było włożyć do inkubatora na 20 minut na dogrzanie. W jej przypadku używali określenia „wagowy wcześniak”.
Mój poród mimo przeokropnych krzyżowych skurczybyków był po prostu idealny, nie myślałam o takim w najśmielszych marzeniach. Wszystko to zasługa doświadczonej położnej. Przy porodzie nie było nawet przez chwilę ginekologa. D. odwaliła całą robotę sama. W pewnym momencie naprawdę jest co robić aby pomóc kobiecie: skakanie dookoła uzależnione od tego jaka pozycja pasuje rodzącej, asekurowanie, odpowiednie naciskanie krocza, dawanie wskazówek. Tak właśnie powinny pracować wszystkie położne. Ona natomiast zachwalała mnie. Powiedziała, że rzadko się zdarza by kobitki tak słuchały ją przy porodzie, a że ja byłam wyjątkowa 😉 Cóż, drugie dziecko też będziemy rodzić razem.

 

Tamara Tur