Z rozmów wzięte

– Dzieci małe są super, ale teraz już bym się nie zdecydowała – zaczyna mama dziewczynki w wieku 12 lat i 10-letniego chłopca obserwując Werkę latającą po działce mojej kumpeli z pracy. Zauważyłam, że to tradycyjna gadka prawie każdego rodzica, który ma już „wyrośnięte” dzieci. Nic w tym dziwnego. Sama wiem, że jak jeszcze trochę poczekam trudniej będzie mi zdecydować się na drugie dziecko, niż jakbym podjęła taką decyzję teraz.

– My właśnie myślimy na poważnie o drugim – odpowiadam.

– Też tak miałam w twoim wieku – oznajmia sąsiadka z działki, kobieta około czterdziestki. – Po drugim już mi przeszło. A kiedyś nie mogłam przejść obojętnie obok dziecka.

– Na takie maluchy fajnie teraz popatrzeć. I tylko popatrzeć – wtrąca moja znajoma – matka 16-latki.

Werka zrywa poziomki z krzaczka, pakuje do buzi i woła:

– Mmmmm pycha!

Fascynuje ją groszek cukrowy, który sama łuska, liczy i zjada. Lata na bosaka. Buja się na huśtawce, którą wujek specjalnie dla niej zamontował. Chwilę poleży w hamaku. Pluska w baseniku. Tyle fajnych zajęć na łonie natury. Typowe Montessori. Ja, moja znajoma i sąsiadka z działki popijamy kawę i zajadamy ciasto z owocami w przyjemnie chłodnym miejscu pod zadaszeniem.  Werka co jakiś czas wyciąga mnie po poziomki, bo sama się wstydzi. Albo woła by ją bujać. Lubię takie popołudnia po pracy.

Zaczynamy dyskusję o tym jaki był nasz stosunek do dzieci kiedyś. Sąsiadka piszczała na widok każdego napotkanego malucha, mi dzieci były obojętne, znajomej raczej też. Wspominamy z kumpelą jak to zwracała moją uwagę na różne brzdące podczas delegacji na targach kosmetycznych, a ja w ogóle nie byłam zainteresowana aż odmieniło mi się wszystko o 180 stopni  gdy sama zapragnęłam mieć dziecko. Miała wtedy ze mnie ubaw. Sąsiadka zaczyna opowiadać o jakiejś swojej kuzynce, która na widok dzieci niemal płakała, wszyscy obstawiali, że pierwsza będzie mieć dziecko, tymczasem lata minęły, a ona wciąż bezdzietna. Okazało się, że jej mąż od dawna ją namawiał na powiększenie rodziny, ona podobno ciągle miała coś do zrobienia. Niby nie była to kwestia problemów z zajściem w ciążę. W rodzinie chyba ludzie wiedzą o takich rzeczach. Historia typowa, jak u wielu par bezdzietnych. Najpierw priorytetem było mieszkanie. Najlepiej wyrąbane w kosmos. Kolejnym celem były fajne samochody. Mąż musi mieć swoje auto i żona swoje. Bo przecież jak inaczej można żyć? Niewyobrażalne. Trudno też przetrwać rok bez czterech wyjazdów do Egiptu. Zawsze znalazło się coś co pragnęli mieć bardziej niż dziecko. Wszystko udawało się z czasem osiągnąć. Mąż zaczął naciskać żonę i mówić, że po czterdziestce już nie będzie chciał bawić się w pieluchy. Ona wtedy stwierdziła, że jeszcze musi wyremontować swój gabinet w mieszkaniu. Dziś mąż ma 45 lat. Dzieci nie ma. Mieszkanie wyrąbane w kosmos świeci pustkami. Na domiar złego oboje są jedynakami. Wigilię spędzili u swoich rodziców, trochę u jednych, trochę u drugich. W pierwszy dzień świąt zaczęli obdzwaniać dalszą rodzinę co by może ktoś ich zaprosił… Wielkanoc musieli spędzić sami. Każdy w rodzinie miał inne plany ze swoimi dziećmi, rodzeństwem, rodzicami. Niestety jedynaki nie mają zbyt dużo bliskiej rodziny. Wiem coś o tym…

Zastanawiam się co myślą sobie tacy ludzie. Czy siadają w tym swoim wielkim domu na wygodnym fotelu, patrzą na wszystkie materialne zdobycze i mówią: warto było? Nie brakuje im czegoś? Nie czują przytłaczającej pustki? Gdy ich rodzice zejdą z tego świata będą zupełnie sami. Jeśli wytrwają w swojej przysiędze małżeńskiej będą mieli tylko siebie nawzajem. Jednak mało prawdopodobne, że umrą razem, tego samego dnia jak główni bohaterowie „Pamiętnika”.

Dzieci są naszą kontynuacją. Pozwalają pozostawić cząstkę siebie na tym świecie. Niezależnie od tego jak bardzo nienawidzilibyśmy swoich rodziców, jeśli dobrze się zastanowimy znajdziemy w sobie różne ich cechy i przypadłości. Oczywiście każdy człowiek jest indywidualną jednostką, którą życie modeluje w taki, czy inny sposób, jednak geny też mają ogromny wpływ na to jacy jesteśmy i jak wyglądamy. Niedawno moja babcia odnalazła starą fotografię przedstawiającą naszych przodków. Jest na niej praprababcia w wieku około roku. Od razu zauważyłam jej uderzające podobieństwo do Weroniki. Niesamowite odkrycie…

Kojarzycie moment z „Króla Lwa”, w którym Simba spotyka Rafiki i ten oznajmia mu, że Mufasa żyje? Simba pełen nadziei wyrusza pędem za starą małpą na spotkanie ze swoim ojcem. Pamiętam ten dreszcz emocji, gdy oglądałam tę bajkę po raz pierwszy jako dziecko i czekałam aż Simba dotrze na miejsce i zobaczy swojego ukochanego ojca, który jakimś cudem nie zginął. Okazuje się, że Rafiki prowadzi Simbę przez gąszcz lasu do oświetlonego księżycem jeziora. Każe mu spojrzeć na taflę wody, gdzie ma ujrzeć swojego ojca. Zawiedziony Simba stwierdza, że to tylko jego odbicie. Rafiki każe mu się dokładniej przyjrzeć. Simba zaczyna dostrzegać w swoim odbiciu ojca. Inteligentna małpa tłumaczy mu, że Mufasa żyje w nim. Niby to tylko bajka, a jaka mądra.

Niektórzy postrzegają rodzicielstwo jako uwiązanie, ograniczenie wolności, utracenie własnego ja, czy inne bzdury. Tymczasem to w jaki sposób odnajdziemy się w roli rodzica jest uzależnione tylko od nas samych. Wolność w życiu może ograniczyć nam wszystko: nieodpowiednia praca, brak środków do życia, strach przed zmianami, brak motywacji, ale nie dzieci. Własne potomstwo jest motorem do działania, dodaje człowiekowi odwagi, skłania do przełamywania swoich lęków. Zawsze byłam dość spokojną osobą, przez pewien okres wręcz nieśmiałą, lecz jeśli chodzi o dziecko umiem walczyć jak lwica i myślę, że każda matka tak ma. Nawet moja silna arachnofobia okazała się lękiem do opanowania, gdy tylko obok jest moje dziecko. Co więcej już jak zaszłam w ciążę przestałam miewać sny z pająkami, po których od dziecka budzę się z krzykiem.
To czy znajdziemy w życiu czas na nas samych będąc rodzicami jest również kwestią indywidualną każdego. Rodzicielstwo ma różne etapy. Najtrudniej jest na początku, gdy jesteśmy odpowiedzialni za całkowicie bezbronne małe stworzonko, które potrzebuje najbardziej na świecie właśnie nas. Niektórych ta sytuacja przytłacza, ale to tylko okres przejściowy. Ważne jest w tym momencie by rodzice umieli wspierać siebie nawzajem, ratować w sytuacjach kryzysowych. Pomoc innych bliskich też jest bardzo mile widziana. Czasem każdy musi skorzystać z pomocy drugiej osoby, nawet jak nie ma dzieci.

Osoby bezdzietne bardzo często sądzą, że rodzice muszą rezygnować z różnych przyjemności, z własnego życia. Matka przykładowo odda ostatni kęs najsmaczniejszej kanapki dla swojego dziecka, albo woli coś kupić jemu aniżeli sobie. Tylko, że tak naprawdę my rodzice nie postrzegamy takich sytuacji jako odmawianie sobie czegoś bardzo ważnego. Ustępstwa jakie robimy na rzecz naszych dzieci traktujemy jako normę, coś co sprawia nam przyjemność i satysfakcję, a nie pozostawia jakiś żal i niespełnienie. Rezygnacja z czegokolwiek nie jest tak bolesna, bo nie myślimy już w kategorii „ja”, ale „my”. Nikt też nie zabrania nam dbać o siebie jeśli tylko tego chcemy, tu bardziej chodzi o to, że już tego tak bardzo nie potrzebujemy, a na pewno nie w każdej sytuacji. Matka to nie męczennik jak się wmawia współcześnie kreując wizerunek Matki Polki. A przynajmniej nie musi z siebie męczennika robić. Taka postawa to kwestia charakteru, niezależna od tego czy się ma dzieci, czy nie.

Posiadanie potomstwa jest plusem także z całkiem egoistycznych powódek. Dobrze mieć kogoś kto się nami zaopiekuje na starość. Oczywiście nikt nie ma gwarancji, że tak będzie, szczególnie jeśli sam ma sobie wiele do zarzucenia jako rodzic, ale to właśnie w naszej mocy jest wychować wrażliwego człowieka dając mu od siebie dużo bezwarunkowej miłości. Owa miłość dziwnym trafem zwykle wraca 😉

Reasumując: nie warto odwlekać decyzji o powiększeniu rodziny w nieskończoność. W przeciwieństwie do kupna nowego domu, samochodu, awansu w pracy czy innych ważnych dla nas spraw jest to coś co może nie wyjść później. Zegar biologiczny lubi płatać figle. W szczególności w dzisiejszym zatrutym środowisku pełnym wszędobylskiej chemii. Dzieci przede wszystkim potrzebują miłości, a nie jej materialnych substytutów dostępnych za duże pieniądze. Na robienie pieniędzy mamy czas całe życie, na robienie dzieci już niekoniecznie 🙂

  • Fajnie to ujęłaś 🙂 I patrz, że nawet nie zdawałam sobie sprawy, że to, co moje dzieciaki mają na co dzień to stuprocentowe Montessori 😀 jakoś jak człowiek ma to we krwi, to nie zdaje sobie sprawy, że ktoś musiał to rozpromować, by potem nazwano metodę jego nazwiskiem i wprowadzano w placówkach dla dzieci 🙂 u nas to wszystko naturalne. Wiki też lubi łuskać i liczyć kulki groszku 😉
    Co do dzieci…powiem Ci tak. Historię powstania Bartka znasz, o mojej traumie poporodowej już wiesz, o tym, że nie chciałam więcej dzieci przez bite 3 lata też wiesz. A potem jak grom z jasnego nieba – ja chcę mieć drugie dziecko, najlepiej córeczkę 😉 Szczęście, bo udało się ją zrobić taką, jaką sobie wymarzyliśmy (zresztą które dziecko nie jest dla rodziców wymarzonym ideałem?) 🙂 I teraz tak. Wiki ma prawie 2,5 roku, Bartek 6,5. Jak pomyślę, że miałabym od nowa „wejść w pieluchy”, mówię NIE 😀 Za drugim razem, wszystko nadal jest nowe i fascynujące, ale przy drugim dziecku nie ma już takiej spiny. Trzecie wychowałoby się pewnie z automatu 😉 Ale nie. Przemyślałam wszystko wzdłuż i wszerz i jestem zdania, że w moim przypadku trzecie dziecko to nie byłby dobry pomysł. Może dlatego, że mamy już „komplet”? Nie wiem. Nie wykluczam jednak, że za kilka lat mi się odmieni. Gdybym przykładowo teraz wpadła, tragedii by nie było, ale wolałabym zostawić stan rzeczy taki, jaki jest. Dzieci – to największe bogactwo! Ale temu bogactwu prócz miłości trzeba jeszcze być w stanie zapewnić jak najlepszy standard życia. Żeby nie musieć się o nic martwić. U nas jak na razie trzecim dzieckiem jest dom, zanim go wykończymy, on pewnie wykończy nas 🙂

    • Nigdy nie mów nigdy, tym bardziej, że wcześnie zaczęłaś to masz więcej czasu 😉