Jak nauczyć dziecko dobrych nawyków żywieniowych?

Po dłuższej przerwie powracam i przepraszam za nieobecność. Życie uwielbia dostarczać mi wielu atrakcji i jak tylko dzieje się coś ważnego to wyskakuje szereg innych spraw. Chyba każdy miał taki okres w życiu. Wierzcie mi, że nie ma gorszego bólu jak chodzenie z pomysłami na notki na bloga i niemożliwość ich zrealizowania. Niestety nie chcę pisać kosztem snu, bo wtedy nic dobrego z tego nie wyjdzie 😉 Póki co na mój życiowy roller coaster złożyło się w jednym czasie staranie o kredyt i kupno mieszkania, wynajem drugiego, posłanie dziecka do żłobka, choroby żłobkowe o przerażającej sile rażenia wśród członków rodziny oraz dwumiesięczne zwolnienie mojej współpracowniczki. Większość spraw trwa nadal. Trzymajcie kciuki by nadszedł wreszcie ten czas, gdy usiądę w moim nowym mieszkaniu z lampką wina z Lanzarote, które trzymamy na specjalną okazję, odsapnę  i powiem: „nareszcie po wszystkim”. Póki co wydaje się to bardzo odległe.

Ale przejdźmy do konkretów. Dziś poruszymy temat żywienia dzieci. Pochwalę się, że nie raz usłyszałam jak inni na widok mojego dziecka jedzącego komentowali: „jak ona cudnie je”, „jak ślicznie je owoce i warzywa”, tuż po podziwach pojawiało się pytanie: „jak ty to zrobiłaś?”. Otóż Weronika kocha warzywa i owoce, jest smakoszem zdrowej żywności i pije z chęcią wodę. Gdy wracam z pracy z zakupami szuka po torbach owoców. Na widok jabłek skacze z radości. Rozstanie zimowe z pomidorami będzie dla niej gorszą traumą niż dla bohatera piosenki Kabaretu Starszych Panów „Addio Pomidory”. Za buraczki mogłaby zabić 😉 Za szpinak też.

Jak do tego doszło?

Na samym początku moje dziecko było postrzegane jako niejadek. Niska waga urodzeniowa, mleko mogłoby dla niej nie istnieć. Mimo pomocy specjalistów nie zassała piersi nawet na ułamek sekundy. Mleko z butelki piła przez godzinę 30ml lub zostawiała większość. Musieliśmy ją karmić co 3 godziny we dnie i w nocy by nabrała masy przez co wydawało mi się, że cały czas spędzam tylko i wyłącznie na gotowaniu butelek i smoczków (infekcja wymagająca podania antybiotyku w pierwszej dobie życia była przyczyną takiego sterylizowania wszystkiego przez pierwszy miesiąc), reszta zlatywała podczas szykowania laktatora i na odciąganiu mleka. Potem to długie picie z butelki. Po zjedzeniu właściwie trzeba było rozpocząć szykowanie wszystkiego do następnego karmienia, bo przecież 3 godziny liczy się od czasu rozpoczęcia jednego karmienia do czasu rozpoczęcia drugiego. Na szczęście w końcu nasza Calineczka polubiła mleczko i zaczęła ładnie przybierać na wadze.

Pierwsze pokarmy wprowadzałam dość tradycyjnie. Pojedynczo z odstępami czasu, wszystko zblendowane na gładką masę. Pierwsza marchewka, potem jabłuszko. To pamiętam. Te sprawy bardzo szybko ulatują z głowy i mimo, że moje dziecko ma dopiero 2,5 roku nie dałabym rady odtworzyć co dokładnie, w którym miesiącu było podawane. Trzymałam się jakiegoś standardowego schematu. Bodajże tabelki z Hippa. W odpowiednim miesiącu gluten, w odpowiednim żółtko jajka itd. Wiem, że te schematy teraz uległy zmianie i wprowadzono zupełnie nową koncepcję polegającą na podawaniu wszystkiego od początku rozszerzania diety, tylko pojedynczo. Następnie wyklucza się produkty, na które wystąpi jakaś negatywna reakcja organizmu. Podobno nie ma co na zapas ograniczać powszechne alergeny aby organizm uczył się je tolerować. Nie głupi pomysł. Pewno spróbuję, gdy kolejny potomek zawita do naszej rodziny.

O metodzie BLW (skrót od bobas lubi wybór) usłyszałam dopiero gdy Werka miała grubo ponad pół roku i stwierdziłam, że nieświadomie stosuję poniekąd tę metodę, ponieważ zmiksowane papki błyskawicznie odeszły u nas w odstawkę. Tak samo jak karmienie dziecka łyżeczką. Werka bardzo szybko zaczęła jeść sama. Czy to palcami, czy to łyżeczką. Jak tylko miała ochotę. Pierwsze kanapki dostawała w całości, niepokrojone w kosteczkę co budziło sprzeciw babć. Moje postępowanie zakłóciła trochę niania panicznie bojąc się udławienia przez dziecko. Nie mogłam za bardzo napierać, by robiła jak jej każę, bo gdyby coś się stało… W rezultacie pod moją nieobecność córka dostawała jedzonko bardziej rozdrobnione, przy mnie mniej. Był krótki okres słoiczkowy, jak i sama gotowałam jej potrawy z ekologicznych warzyw. Myślę, że schemat rozszerzania diety niemowlęcia u każdego wygląda podobnie i jeśli tylko trzymamy się określonych zasad i nie wprowadzamy zbyt szybko zróżnicowanych produktów dziecku, które jeszcze nie ma rozwiniętego układu pokarmowego to nie musimy się jakoś specjalnie wysilać. Wystarczy tylko pamiętać o kilku prostych zasadach:

1. Nie spieszmy się z wprowadzaniem pokarmów stałych. Niemowlę jak najdłużej powinno pić tylko mleko, w szczególności jeśli dostaje mleko matki. Podanie zwykłego banana dziecku np. dwumiesięcznemu może skutkować buntem na mleko i wtedy pojawi się problem. Dwu-trzymiesięczne dziecko nie ma jeszcze rozwiniętego układu pokarmowego na tyle by jeść stałe pokarmy. Gdy pozna inne smaki nie będzie chciało pić mleka. Wydaje się to oczywistą oczywistością, a jednak znam osoby, które podawały oseskom kęski ze swego talerza lub pozwalały im polizać coś słodkiego, bo „przecież takie trochę nie zaszkodzi”.

2. Jeśli dziecko jest niejadkiem przy rozszerzaniu diety zrezygnuj z papek. Warto poczytać sobie o metodzie BLW, która pomaga wychować małego smakosza. Dzieci lubią też jeść wszystko osobno co łatwo zauważyć u tych trochę starszych. Prawie każdy dwulatek rozkłada kanapki na części pierwsze i zjada osobno wędlinę, osobno pieczywo, osobno pomidora. Przy obiedzie bardzo często wybiera np. same ziemniaki albo samo mięsko, czy jarzynkę. Dlatego papki, w których zmiksowane jest wszystko nie mają większego sensu przy typowych dziecięcych upodobaniach.

3. Po wprowadzeniu pokarmów stałych eksperymentuj. W szczególności jeśli dziecko jest niejadkiem. Pozwalaj jeść rękoma, nie bój się bałaganu. Podawaj dziecku zdrowe kęski ze swojego talerza. Pozwól by jedzenie było dla niego ciekawym odkryciem smaków, a także konsystencji potraw poprzez dotyk. Jest to również zasada BLW.

4. Nie przesadzaj z przyprawianiem potraw, w szczególności jeśli chodzi o solenie i słodzenie. Małe dziecko w kwestii smaku jest jak niezapisana tablica. Ono jeszcze nie wie jak co „powinno” smakować, jeśli mu tego nie pokażemy.

5. Jak najdłużej unikajmy podawania słodyczy. Smak słodki to smak, który najłatwiej jest polubić. Nasze dzieci powinny poznać go jedząc owoce, nie słodycze.

6. Od najmłodszego ucz pić wodę. Nie soczki, nie herbatki.

IMAG1966 IMAG0810

W postępowaniu trzeba być dość konsekwentnym, bo wystarczy chwila słabości i cały plan legnie w gruzach. Ja np. w ogóle nie podawałam czekolady dziecku do półtora roku. W OGÓLE. Teraz staram się podawać sporadycznie, ale gdy zdarzają się sytuacje, że Werka dostanie trochę więcej słodkości niż zwykle zaraz woła o ciastko lub „ciokoladkę” zamiast obiadu, choć przy pierwszym zetknięciu z czekoladą pluła nią. Kiedyś dostawała jajko-niespodziankę, otwierała, rozłupywała na pół, mi dawała czekoladę, a sama bawiła się zabawką 😉 Teraz już jej się uszy trzęsą na widok tej pysznej mlecznej czekoladki. Nie mam zamiaru całkowicie zabraniać jej słodkości, bo nie uważam by szkodziły jedzone z umiarem. Pomimo wszystko warto podawanie ich jak najbardziej odwlec w czasie. Starszemu dziecku łatwiej wytłumaczyć czemu nie może zjeść trzech czekoladowych jajek-niespodzianek na raz. Pamiętajmy również o tym, że:

– Dobre nawyki żywieniowe wynosimy z domu. Jeśli chcemy by nasze dziecko zdrowo jadło sami również musimy zdrowo jeść

– Starajmy się nie stosować słodyczy jako nagrodę, w szczególności gdy nasze dziecko ma słabość do słodyczy.

– Nie eliminujmy całkowicie słodyczy, ale podawajmy je z umiarem i z głową (własne wypieki, gorzką czekoladę itd. itp.). Starajmy się wprowadzić je jak najpóźniej do jadłospisu.

-Eliminujmy produkty niezdrowe. Jeśli dziecko zetknie się z nimi u kogoś innego w domu, czy w przedszkolu, szkole należy tłumaczyć, że to niezdrowe i w naszym domu tego się nie je (np. Cola, chipsy).

I tyle. Cała filozofia.

Spotkałam się z opiniami, że takie ograniczenia nie mają sensu, bo potem młody człowiek rzuci się na to co mu zabraniano w dzieciństwie i nie będzie znał umiaru. Otóż nie sądzę. Sama byłam wychowywana w podobny sposób, a w moim domu bardzo zwracało się uwagę na to co jedliśmy i jakoś nigdy nie narosła we mnie miłość do coli, chipsów, czy fast foodów. Jadłam od czasu do czasu chipsy, obecnie bardzo rzadko, bo nie przepadam, coli nie piję, bo nie lubię, czasem zjem jakiś fast food zazwyczaj w delegacji. Moją słabością jest czekolada, której akurat w dzieciństwie jakoś specjalnie mi nie ograniczano, więc to nie jest tak, że z czasem rzuciłam się na nią jak głupia. Na zapach zalewanych wrzątkiem zupek chińskich przez kolegów z pracy robi mi się niedobrze. Wierzę, że do tego wszystkiego przyczyniły się właśnie dobre nawyki żywieniowe wyniesione z domu. Choć do idealnego odżywiania jeszcze mi bardzo daleko.

Kolejną istotną sprawą jest zwrócenie uwagi na to, że każdy ma pewne wrodzone skłonności, których nie przeskoczy, mimo starań rodziców. Ja np. jestem od urodzenia na bakier z jabłkami (no poza tymi w szarlotce i ewentualnie duszonymi ;)). Jeśli nasze dzieci również bardzo czegoś nie lubią trzeba to uszanować, choć warto po jakimś czasie znów znienawidzoną potrawę dziecku zaproponować. Smaki z wiekiem nam się zmieniają i coś czego nie lubiliśmy kiedyś możemy docenić po czasie. Często też wystarczy inne przyrządzenie nielubianego jedzenia.

A na koniec jedna z moich ulubionych piosenek Kabaretu Starszych Panów, która tak jakoś mi się przypomniała podczas pisania tej notki 😉

https://www.youtube.com/watch?v=BlxelewpCY4

Tamara Tur