Jak pokochać drugie dziecko?

comparing-bellies

Dziś to nie ja będę radzić i odpowiadać. Mam nadzieję uzyskać odpowiedź od mam, które mają więcej niż jedno dziecko. No właśnie… jak to jest? Czy również zanim zaszłyście w drugą ciążę zastanawiało was, czy pokochacie drugie dzieciątko tak mocno jak pierwsze? Czy trudno wam było to sobie wyobrazić? Czy wszystko nagle stało się jasne tuż po drugim porodzie, czy wcześniej, czy później? Czy rodzice mający kilkoro dzieci rzeczywiście mają swoich ulubieńców? Zastanawia mnie to wszystko bardzo. Tym bardziej, że jestem jedynaczką 😛

Niedawno czytałam, że naturalnym stanem rzeczy jest oczarowanie młodszym dzieckiem tuż po jego urodzeniu. Podobno to starsze wydaje się mamom nagle bardzo duże (w dosłownym tego słowa znaczeniu, ma duże ręce, stopy itd. w ich odczuciu), a nawet często jest dla nich denerwujące, gdyż jeszcze intensywniej niż zwykle próbuje zwrócić na siebie uwagę i odciągnąć od nowego członka rodziny. Zupełnie też nie rozumie, czemu nagle jego mamy uwaga jest skupiona na kimś innym. Podobno u matek taka potrzeba większej opieki nad młodszym potomkiem jest całkowicie naturalna, przez co niechcący i nieświadomie trochę zaniedbują one starsze dziecko. Czy rzeczywiście tak to wygląda?

Patrząc na relacje różnych rodzeństw wydaje mi się, że to musi być prawda. Jak zwykle nie chcę uogólniać, ale zauważyłam, że zazwyczaj lepszy kontakt mają rodzeństwa z małą różnicą wieku. Wydaje mi się, że jest to spowodowane tym, że młodsze dziecko po prostu nie pamięta czasów, gdy było jedynakiem, nie wie co „utraciło” i od samego początku nie jest tak bardzo zazdrosne o nowe rodzeństwo jak dziecko, które już trochę więcej rozumie. Dla dziecka z rodzeństwem niewiele młodszym to, że ma brata czy siostrę jest czymś normalnym i czuje, że tak było zawsze. Najgorzej pojawienie się nowego domownika przeżywają starsze dzieci. Obstawiam, że ta niezbyt dobra dla starszaka różnica wieku to 4-5 lat i wzwyż (to wzwyż to za pewne do jakiejś granicy, bo czasem różnice wieku są przeogromne i oczywiście to prawie dorosłe dziecko bardziej potrafi zrozumieć i zaakceptować sytuację – chyba 😉 ).

Gdy o tym wszystkim czytam i słyszę robi mi się strasznie przykro. Nie chciałabym by Bajaderka chociaż przez chwilę czuła się przeze mnie odrzucona. Mówią, że bardzo istotna jest w tym momencie rola ojca, który musi bardziej zaopiekować się starszym dzieckiem. I to jeszcze intensywniej niż wtedy, gdy było ono jedynakiem. No dobra, to zrozumiałe. Ale co zrobić by nie czuło żalu do mamy? Czy ono sobie jakoś to zapamięta, czy z czasem zapomni? Jak to jest?

A co do miłości jeszcze. Wiem, że wiele mam po urodzeniu dziecka (tego pierwszego) dopiero z czasem uświadamia sobie jak bardzo je kocha. Znaczy się, nie od chwili ujrzenia dziecka po raz pierwszy to uczucie jest tak intensywne jak później. Za pewne są osoby, które „strzela” od pierwszego momentu, ale z tego co usłyszałam od znajomych (i co sama też w pewnym sensie odczułam) taka ogromna miłość przychodzi z czasem. Na początku jest szok i trochę jeszcze nie dociera do nas, że już mamy dziecko. Ja to nawet przez chwilę, gdy podano mi po raz pierwszy Bajaderkę nie mogłam uwierzyć w to, że ona wyszła ze mnie. Było to tak dziwne, jakby nagle w pokoju pojawiła się żyrafa jak to trafnie stwierdziła Miranda po urodzeniu synka w „Seksie w wielkim mieście” 😉 Czy podobne uczucia towarzyszą matkom po drugim porodzie, czy z racji wcześniejszych doświadczeń dużo szybciej je „strzela”? Czy może każda kobieta ma inaczej?

Zastanawia mnie też jakie znaczenie ma płeć przy podejściu matek do ich dzieci. Czy posiadanie dzieci różnej płci jakoś wpływa na relacje z nimi? Często widzimy i słyszymy jak matki wariują na punkcie synków, a ojcowie na punkcie córek. Mimo, że kobiety potrafią być bardzo rozczarowane po USG, na którym okazuje się, że będą miały syna (z moich osobistych statystyk wynika, że rozczarowanie to zaliczyło 90% moich znajomych mających synów) i tak później dostają na jego punkcie świra. Na pewno każdy zna takie rodzeństwo, w którym mama jest bardziej pobłażliwa dla syna, aniżeli córki. Sytuacja odwrotna też się pewno może przydarzyć. Czasem kobiety (szczególnie samotne) boją się, że nie wychowają synów na twardych mężczyzn, przez co są dla nich bardzo surowe od najmłodszych lat. Taki przykład mogłabym przytoczyć w swojej własnej rodzinie. Kiedyś też, dawno temu, gdy jeszcze nie były mi na poważnie w głowie dzieci uważałam, że właśnie będę wychowywać syna na dżentelmena w stosunku do kobiet, ale również „prawdziwego mężczyznę” nie maminsynka. Teraz wiem, że mój ówczesny pomysł na zrealizowanie tego był absurdalny i całkowicie kłócił się z propozycjami teorii rodzicielstwa bliskości, która bardzo inspiruje mnie obecnie. Chyba nie ma nic gorszego w rodzicielstwie, jak wbić sobie do głowy jakiś obraz na to, jak ma wyglądać oraz zachowywać się nasze dziecko i do tego dążyć. Gwarantowany mamy wtedy efekt odwrotny, a także brak bliskości i zrozumienia.

Jak z tym wszystkim było u was? Jestem niesamowicie ciekawa waszych opinii w tym temacie.

Tamara Tur