Nie wychowuję dziecka na geniusza

Niedawna rozmowa w pracy:

– Syn potrafi już tabliczkę mnożenia. Mnoży do stu.

Obudziło to moją czujność, bo zdawało mi się, że ów syn urodził się niedługo przed moją córką:

– A ile on już ma?

– 4 lata.

Moja mina musiała być bardzo wymowna. Po chwili dodałam:

– No to mały geniusz rośnie…

Gość jest spoko, ale najwyraźniej podejście do wychowania dzieci diametralnie inne (szczególnie jego żony). Nastała chwila ciszy, po czym dodałam:

– Moja dopiero co nauczyła się bezbłędnie liczyć do 10. Pod koniec marca skończy trzy lata.

– Do 10 to umie liczyć moja młodsza córka, która ma niecałe dwa – usłyszałam w odpowiedzi. – Żona uczy dzieci tego wszystkiego, ale ja to popieram. Angielskiego też się uczą odkąd skończyły rok. Chodzą na specjalne zajęcia.

Pociągnęłam temat, że dzieci dwujęzycznych rodziców bardzo często zaczynają później mówić, bo mózg potrzebuje więcej czasu na ułożenie tych języków w głowie, a potem następuje faza miksowania obu języków. Na to (oczywiście) usłyszałam, że dzieci tego pana zaczęły mówić ekstremalnie szybko (a jakże?), a inne zaczynają mówić późno, bo rodzice poświęcają im zbyt mało czasu. Spojrzałyśmy tylko z koleżanką z politowaniem na siebie i odpuściłam dalszą rozmowę. Np. fakt, że osoby, które szybciej opanowują pewne umiejętności (bo faktycznie są zdolne), potem niekoniecznie wyrastają na ludzi sukcesu, albo bardziej trafne będzie: ludzi takich, jakimi ich rodzice wyobrażają sobie, że będą w przyszłości. Kiedy nauka od początku przychodzi łatwo, nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że aby coś osiągnąć trzeba trochę popracować. Wiem z autopsji.

Kilka dni później wzięliśmy się za obgadywanie tej sytuacji z szefem, który również ma jedno z dzieci w wieku zbliżonym do Bajaderki i podejście do wychowania lajtowe (czytaj: normalne :P). Jego drugi syn zaczął dość późno mówić, więc nie raz nasłuchali się z żoną, że to chyba coś nie tak, bo dzieci innych to potrafią już to, to i tamto. Jedna ze znajomych wydzwaniała do żony i pytała ile ich mały mówi słów, bo jej córka to już 23, a przy kolejnym telefonie 48, a potem 126 😛 Po czym spotkali się niedawno i młodemu szefa buzia się nie zamykała, a ta dziewczynka chyba zatrzymała się na tych 126 słowach…

I jeszcze taka sytuacja:

Mama opowiadała mi, że niedawno chwaliła się jakiejś znajomej w sklepie swoją trzyletnią wnuczką, na co babka zapytała:

– A pisze? Czyta?

– Nie ona jest całkiem normalna – stwierdziła mama, po czym babka wyjaśniła, że zazwyczaj wszyscy się chwalą tego typu rzeczami.

Mam niejasne przeczucie, że tresowanie geniuszy jest obecnie sytuacją nagminną.

Co innego jeżeli dziecko samo ma zacięcie do uczenia się różnych rzeczy, np. pyta rodziców, co jest gdzieś napisane, jaka to literka, cyferka itd. Oczywiście wtedy powinniśmy odpowiadać na jego pytania, a nawet próbować uczyć tego, co dziecko zainteresowało. Sama umiałam płynnie czytać nim poszłam do zerówki. Natomiast Bajaderka od jakiegoś czasu prosi, bym pisała jej imię i mówiła z jakich się składa literek. Ale tabliczka mnożenia? Wierzy ktoś, że czterolatka interesuje tabliczka mnożenia? Chyba uczy się tego na pamięć, jak wiersza, bo matka za nim chodzi i powtarza. Nie przeczę, że na świecie istnieją prawdziwi geniusze, ale takie wymuszone uczenie małych dzieci tego, co wprowadza się dopiero w szkołach na pewno do geniuszu nie prowadzi.

I moja ulubiona sytuacja – popisówa przed znajomymi: „Otylko policz do stu.”, „Otylko ile to 5×2?”, „Otylko powiedz wierszyk o zimie.”, „Otylko stań na środku i udawaj małpę”. Nie… zaraz. O to ostatnie zwykle rodzice nie proszą swoich dzieci :P. A przecież sami robią z nich małpy w cyrku takim zachowaniem.

I tak oto dzieciakom nie tylko państwo próbuje skracać dzieciństwo, ale sami ich rodzice…

 Little genius

Tamara Tur