Nie wychowuję dziecka na geniusza

Niedawna rozmowa w pracy:

– Syn potrafi już tabliczkę mnożenia. Mnoży do stu.

Obudziło to moją czujność, bo zdawało mi się, że ów syn urodził się niedługo przed moją córką:

– A ile on już ma?

– 4 lata.

Moja mina musiała być bardzo wymowna. Po chwili dodałam:

– No to mały geniusz rośnie…

Gość jest spoko, ale najwyraźniej podejście do wychowania dzieci diametralnie inne (szczególnie jego żony). Nastała chwila ciszy, po czym dodałam:

– Moja dopiero co nauczyła się bezbłędnie liczyć do 10. Pod koniec marca skończy trzy lata.

– Do 10 to umie liczyć moja młodsza córka, która ma niecałe dwa – usłyszałam w odpowiedzi. – Żona uczy dzieci tego wszystkiego, ale ja to popieram. Angielskiego też się uczą odkąd skończyły rok. Chodzą na specjalne zajęcia.

Pociągnęłam temat, że dzieci dwujęzycznych rodziców bardzo często zaczynają później mówić, bo mózg potrzebuje więcej czasu na ułożenie tych języków w głowie, a potem następuje faza miksowania obu języków. Na to (oczywiście) usłyszałam, że dzieci tego pana zaczęły mówić ekstremalnie szybko (a jakże?), a inne zaczynają mówić późno, bo rodzice poświęcają im zbyt mało czasu. Spojrzałyśmy tylko z koleżanką z politowaniem na siebie i odpuściłam dalszą rozmowę. Np. fakt, że osoby, które szybciej opanowują pewne umiejętności (bo faktycznie są zdolne), potem niekoniecznie wyrastają na ludzi sukcesu, albo bardziej trafne będzie: ludzi takich, jakimi ich rodzice wyobrażają sobie, że będą w przyszłości. Kiedy nauka od początku przychodzi łatwo, nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że aby coś osiągnąć trzeba trochę popracować. Wiem z autopsji.

Kilka dni później wzięliśmy się za obgadywanie tej sytuacji z szefem, który również ma jedno z dzieci w wieku zbliżonym do Bajaderki i podejście do wychowania lajtowe (czytaj: normalne :P). Jego drugi syn zaczął dość późno mówić, więc nie raz nasłuchali się z żoną, że to chyba coś nie tak, bo dzieci innych to potrafią już to, to i tamto. Jedna ze znajomych wydzwaniała do żony i pytała ile ich mały mówi słów, bo jej córka to już 23, a przy kolejnym telefonie 48, a potem 126 😛 Po czym spotkali się niedawno i młodemu szefa buzia się nie zamykała, a ta dziewczynka chyba zatrzymała się na tych 126 słowach…

I jeszcze taka sytuacja:

Mama opowiadała mi, że niedawno chwaliła się jakiejś znajomej w sklepie swoją trzyletnią wnuczką, na co babka zapytała:

– A pisze? Czyta?

– Nie ona jest całkiem normalna – stwierdziła mama, po czym babka wyjaśniła, że zazwyczaj wszyscy się chwalą tego typu rzeczami.

Mam niejasne przeczucie, że tresowanie geniuszy jest obecnie sytuacją nagminną.

Co innego jeżeli dziecko samo ma zacięcie do uczenia się różnych rzeczy, np. pyta rodziców, co jest gdzieś napisane, jaka to literka, cyferka itd. Oczywiście wtedy powinniśmy odpowiadać na jego pytania, a nawet próbować uczyć tego, co dziecko zainteresowało. Sama umiałam płynnie czytać nim poszłam do zerówki. Natomiast Bajaderka od jakiegoś czasu prosi, bym pisała jej imię i mówiła z jakich się składa literek. Ale tabliczka mnożenia? Wierzy ktoś, że czterolatka interesuje tabliczka mnożenia? Chyba uczy się tego na pamięć, jak wiersza, bo matka za nim chodzi i powtarza. Nie przeczę, że na świecie istnieją prawdziwi geniusze, ale takie wymuszone uczenie małych dzieci tego, co wprowadza się dopiero w szkołach na pewno do geniuszu nie prowadzi.

I moja ulubiona sytuacja – popisówa przed znajomymi: „Otylko policz do stu.”, „Otylko ile to 5×2?”, „Otylko powiedz wierszyk o zimie.”, „Otylko stań na środku i udawaj małpę”. Nie… zaraz. O to ostatnie zwykle rodzice nie proszą swoich dzieci :P. A przecież sami robią z nich małpy w cyrku takim zachowaniem.

I tak oto dzieciakom nie tylko państwo próbuje skracać dzieciństwo, ale sami ich rodzice…

 Little genius

  • ~S

    Zgadzam się z Toba, gdyż z takiego ”parcia” na geniusza często nic nie wychodzi, jednakże nie widze nic zlego w stymulacji mózgu małego człowieka poprzez nauke jezykow czy pamięci poprzez wspomniana tabliczke mnożenia. Jestem mama 2-letniej dziewczynki i również przywiazuja duza wage do jej rozwoju, prowadzimy angielskie zabawy, uczymy się wierszyków, jeździmy do oceanarium czy muzeum. Wychodze z zalozenia popartego niejedna ksiazka, iż nigdy nie jest za wcześnie dla dziecka na zaczecie czegos. Staram się ja interesować wszystkim po trochę, aby sama miga okreslic co lubi, a czego nie. Nie wychowuje jej jednak na geniusza i prymusa, bo taka droga do niczego nie prowadzi. Wychowuję ją na ciekawą życia dziewczynkę, znającą wartość i zainteresowania.

    • ~Sonka

      Moim zdaniem na każdą wiedzę i umiejętności przychodzi pora. Moją 5 latkę jeśli coś interesuje i pyta to staram się to wyjaśnić. Ale nie ładuję jej na siłę wszystkiego co się da z prostego powodu=co ona będzie potem robić w szkole?

    • ~Internautka

      Świetny tekst , pozostaje tylko pogratulować tak ciekawych i co tu dużo mówić prawdziwych spostrzeżeń na temat przyszłych ludzi sukcesu czyli tych wymuszonych ” geniuszy”

  • Ech, ludzie są dziwni. Czego sami nie zrealizują, to przenoszą potem na dzieci. Chyba w październiku pisałam w podobnym temacie („Lepiej uczyć empatii niż gry na skrzypcach” – czy jakoś tak). Niestety, rodzice jak te szczury się ścigają i wciągają w to dzieci.

  • ~mika

    Moja sąsiadka nauczycielka nie raz zetknęła się z takimi dziećmi. Takimi, które przed pójściem do szkoły umiały świetnie czytać, pisać, liczyć i wbrew pozorom nigdy nie wychodziło to tym dzieciom na dobre. Na lekcjach się nudziły, co budziło w nich frustracje, zachowanie więc pozostawiało wiele do życzenia. Dziecko jak to dziecko, szybko się uczy ale i szybko zapomina i nie mijał rok, jak mały „geniusz” poziomem wiedzy równał się z resztą klasy.

    • Ja niby zaczęłam czytać szybko, ale ja tego chciałam się uczyć i to pamiętam. Nim poszłam do zerówki znałam całą ówczesną czytankę na pamięć, bo nie mogłam się od niej oderwać w wakacje. I nawe, gdy nowego tekstu jeszcze nie czytałam idealnie, płynnie, tak te znałam na pamięć, więc jak kazali mi czytać to mówiłam z pamięci patrząc w książkę, ucząc się szybko przeskakiwać wzrokiem po tekście. Gdy zerówka się skończyła okazało się, że już wszystko czytam płynnie. Nieznane teksty też.

      • ~Internautka

        Cała prawda, takie dzieci są często karcone w szkole bo nie uważają wiercą się , gadają , bo to co dzieje się na lekcji po prostu ich nudzi. I nawet człowiek się nie spostrzeże jak ze zdolnego dziecka robi się przeciętne. Historia zna nie jedno takie dziecko. Wydaje mi się ,że rolą nauczyciela jest wychwycenie dziecka ” odstającego” od grupy i coś mu więcej zaproponować żeby się nie nudziło. Bo w innym przypadku zaprzepaszczane będą te zdolności.Albert Einstein jest tego doskonałym przykładem, w szkole uważany był za mniej niż przeciętnego a jego szkoła po prostu nudziła. Wszystko leży w rekach rodziców i nauczycieli , ale nie robić z dzieci fałszywych ” geniuszy” tylko dlatego ,że mama na pamieć nauczyła dziecka tabliczki mnożenia czy czytania.

        • ~mika

          Zgadzam się. Jeśli chodzi o rzeczywiście zdolne dzieci, to wszystko w rękach rodziców, bo szkoła niestety wiele takim dzieciom chyba nie ma do zaoferowania. Ale wydaje mi się, że tu chodziło raczej o dzieci „wytresowane” przez rodziców, gdzie trzylatek uczy się tabliczki mnożenia jak wierszyka, nie mając pojęcia co to jest i po co. Zanim pójdzie do szkoły zapomni albo wynudzi się na lekcjach zanim klasa się nauczy.

      • ~mika

        U mnie było podobnie. Ale ja zawsze lubiłam jak mama mi czytała i chciałam się nauczyć. Pamiętam też, że płynne czytanie pomagało mi na początku podstawówki w … matematyce, dokładniej przy zadaniach tekstowych. Zanim kolega obok przeczytał treść zadania, ja już mogłam się brać za rozwiązywanie. Więcej moich „zdolności” nie pamietam 😉

    • ~gkasia

      Mój syn znał wszystkie znaki drogowe jak miał 2 lata. Jak miał niecałe 3, to czytał wszystko co było do przeczytania. Niestety kota nie narysował i do tej pory nie najlepiej wycina. Cała pierwszą i drugą klasę się przenudził i nauczycielka dopięła swego, czyli doprowadziła go do poziomu reszty. NAPRAWDĘ SAM SIĘ NAUCZYŁ CZYTAĆ, wolałabym, żeby ładnie wycinał i nie robił wszystkiego na byle jak, miał więcej przyjaciół (ale niestety z nim nie porozmawiają o strzelankach, co najwyżej o Baranku Shaunie – jak przejść następny poziom). Wierzcie mi, wolałabym mieć normalne dziecko, ale taki się urodził i trudno. Robi chętnie tylko to co lubi i wtedy robi to na maxa. I nigdy się nim nie chwaliłam, wręcz podkreślałam osiągnięcia innych dzieci np. piękne babki z piasku, pomysłowość w zabawach, rysunki, sprawność fizyczną.

  • ~jonaszewski

    Sam mam półtoraroczną córkę, ale jakoś na szczęście omija mnie ta wieczna potrzeba licytacji. Porównuję z innymi raczej po to, żeby sprawdzić, czy rozwija się w mniej więcej odpowiednim tempie, ale nie po to, żeby z kimś rywalizować. Przecież koniec końców wszystkie dzieciaki i tak zrównują się rozwojem w czwartym czy piątym roku życia. Rodzice, którzy się tak dowartościowują, mają chyba jakieś niespełnione potrzeby czy marzenia, które muszą w ten sposób zaspokajać… I tylko, jak piszesz, szkoda z dziecka małpkę robić.

  • ~meisen

    Mój młody przez długi czas nie odczuwał potrzeby mówienia, za to liczby… rany. Paluchem na każdą i niecierpliwe oczekiwanie, że ją przeczytam. Ileż się nasłuchałam, że tak „zdolne dziecko” to mogłabym jeszcze wierszyki i języki i w ogóle żonglowanie i treserka zwierząt 🙂 A jemu do szczęścia były potrzebne tylko liczby. Fakt – liczył bez problemu już w przedszkolu, nawet do całkiem dużych liczb, a reszta … jest dla niego nieciekawa (do dzisiaj). Mogłabym go oczywiście „stymulować na ciekawego życia człowieka”, ale obawiam się, że musiałabym mu przekazać swoją ciekawość, bo jego jest całkiem innego sortu 🙂

  • ~fff

    Szczerze powiedziawszy to zazwyczaj rodzice bardzo przeceniają umiejętności swoich dzieci bo albo wierzą ze ich jest bardziej wyjątkowe, albo posiadają dużą chęć przechwalania się. Np koleżanki tekst że jej dziecko jest dwujęzyczne przy czym dziewczynka umiała 20 słów na krzyż polsku i kilka po angielsku, bo oglądała całe dnie bajki po polsku i angielsku na zmianę. Ale generalnie nie dało się z nią dogadać bo mówiła tylko pojedyncze wyrazy. Więc twierdzenie że jest dwujęzyczna to trochę przesada, tym bardziej że ona nie była nawet jednojęzyczna 😀 Sama mam synka 3 letniego i chociaż kilka rzeczy nauczył się bardzo wcześnie robić (np mówił płynnie całymi zdaniami zanim skończył 2 lata co zawsze wywoływało konsternacje na placu zabaw, bo mamuśki już zawału dostawały ze ich nie mówią albo z moim coś nie tak hehe) to inne rzeczy przychodziły trudniej (np robienie kupy do nocnika opanował w wieku prawie 3 lat, bo chociaz wczesniej wołał ze chce robić, to nie chciał na nocnik ani kibelek tylko w pieluchę. Z siusianiem na szczęście nie było problemu). Dzieci rozwijają się różnie i takie porównywanie nie ma sensu bo zazwyczaj w wieku 3-4 lat poziom już się wyrównuje, więc co za róznica czy zaczeło chodzić jak miało rok czy rok i miesiąc ?:) Na spotkaniach rodzinnych cała rodzina zawsze musi oglądac popisy kuzynki mojego syna, starszej od niego o rok własnie tak jak opisałaś „a pokaż to, a powiedz wierszyk a zaśpiewaj piosenkę ta i tą, a pokaż jak cos tam”. Cała rodzina zazwyczaj wymienia sie w międzyczasie spojrzeniami typu „Ja prdl, znowu?” 😛 Mój synek w tym czasie bawi się grzecznie nie zmuszany do małpich popisów, co również po spotkaniach zostaje zauważone przez co blizsze mi osoby i opatrzone słowami: „Dobrze ze Wy chociaz jesteście normalni i nie robicie popisówy 🙂 „

  • ~ana

    hihihi
    najlepszy tekst:
    „- a pisze czyta?
    – nie ona jest normalna”
    normalne kwintesencja bezsensu tresury dziecka… dajmy dziecku być dzieckiem ps: nie wszystkie zabawki muszą tez być edukacyjne… zabawka to w końcu zabawka.. Pozdrawiam

  • ~beza

    Nawet małpę można nauczyć tabliczki mnożenia. Dziecko wyrecytuje ją jak wierszyk. Ważne aby dziecko wiedziało o co w niej chodzi tak na prawdę, że to są krotności jakiejś liczby itd., a tego 4 latek raczej nie zrozumie. I po co zaśmiecać umysł dziecka wiedzą, która mu się jeszcze nie przyda? W wieku 6 lat przychodzi tzw. „reset” mózgu i „geniusz” nie pamięta wielu rzeczy, prawdopodobnie zapomni też tą tabliczkę mnożenia.

  • ~mała MI

    A ja myślę, że wam wszystkim jest łyso, że sami dzieciaków nie nauczyliście takich mądrych rzeczy. Moja prawie 5 latka umie wymienić wszystkie stolice Europy, pokazać państwa świata, a teraz uczę ją gór świata, później rzek, jezior itp. Z kolei widziałam filmik jak mały chłopiec znał wszystkie znaki drogowe. Dla was tylko się liczy, żeby dziecko przed telewizorem posadzić i mieć spokój, a nauczyć czegoś pożytecznego to już nie. A później tylko siedzicie w swojej zajeb…stości i wmawiacie sobie, że tylko wasze dzieci miały wspaniałe dzieciństwo – a rodzicie tacy jak ja? Noooo zmarnowałam mojej córce życie, a jak! Żałośni.

    • Z tego rozliczy Cię już Twoje dziecko, a nasze nas 🙂

    • ~Babcia

      Absolutnie zgadzam sie z pania!. Z kazdym stwierdzeniem. I tylko zaluje, ze moje wnuczeta maja rodzicow, ktorzy podzielaja zdanie wiekszosci wpisujacych, niestety. „Najwazniejsze, zeby byle szczesliwe”. A czyz ja nie zycze im szczescia???
      Widze, jak starszy wnuczek ( wlasnie skonczyl 5 lat i od 3 mies chodzi do szkoly – mieszkaja w UK). nudzi sie w domu i tylko cieszymy sie z mezem, ze ma „osiagniecia” w szkole. Pol kontenera zabawek najnowszej generacji nie zastapi stalego i intensywnego zainteresowania sie, co dziecko robi. Zaznaczam, ze rodzice na poziomie, wyksztalceni, kochaja dzieci nad zycie. Ale maja inny poglad na wychowanie. Szkoda, ze tak daleko mieszkaja, prawie codzienny kontakt na Skypie nie daje jednak mozliwosci przytulenia i bezposredniej zabawy.

    • ~fff

      Ale to nie chodzi o to, że ktos naskakuje na rodziców, którzy uczą dzieci czytać czy pisać, czy cokolwiek w młodym wieku. Chodzi o to ciągłe przechwalanie się i wyścig szczurów bo:

      -moje dziecko chodzi odkąd skończyło roczek a Twoje jeszcze nieeeee????? ojj to chyba jakieś niedorozwiniete

      -moje dziecko siedziało w wieku 3 miesięcy (co z tego ze z toną poduszek?)

      -moje dziecko umiało tabliczkę mnożenia zanim zaczęło mówić ( taki żart, ale kto wie, kto wie:P hehe)

      Wiadomo, ze każdy chce dla swojego dziecka jak najlepiej i nie ma niczego złego w uczeniu go różnych rzeczy pod warunkiem że ono tez tego chce. Stymulacja mózgu jest ważna własciwie już od urodzenia, tego nikt nie kwestionuje. Tylko nie róbcie później takich małpich popisówek typu

      -a powiedz wszystkim wierszyk
      -a zaspiewaj piosenkę
      -a stań na uszach i zaklaskaj rzęsami

    • ~Kasia

      A czy twoje dziecko oprócz wymieniania stolic i rzek umie jeździć na rowerze, pływać, jeździć na rolkach i bawić się w piasku, albo chlapać w kałużach? Czy na to jest za mądra bo musi materiał przerobić?

    • ~ana

      o matyldo normalnie szok i niedowierzanie jesteś moją idolką … żenada ps. ale kultury to już nie uczysz bo jak widać sama jej nie masz

    • ~Ira

      Nie czarujmy się, że to wszystko robi się dla dobra dziecka. Najczęściej robi się to dla siebie i znajomych, żeby mieć się czym pochwalić, bo dziecko na tym skorzysta najmniej. Takie leczenie swoich własnych kompleksów.
      Moje szczęśliwie tego uniknęło. Szczęśliwie, bo w domu były zawsze książki, muzyka, film, zainteresowania, pasje, języki obce. Sam się wpasował – był zawsze zainteresowany, a ja nigdy mu nie broniłam dostępu do wiedzy, ale też i nie zmuszałam.
      A jak ktoś próbował się ze mną licytować, wzruszałam ramionami. Każde dziecko jest inne i ma inne potrzeby, po co miałam obciążać je zbędną wiedzą, kiedy sam wolał się nauczyć – i to z morderczą perfekcją – czegoś zupełnie innego? A gdybym ucząc go tabliczki mnożenia czy geografii to przeoczyła, stłumiła?
      No i owszem, hodowanie małego geniusza to faktycznie marnowanie dzieciństwa, bo podtyka się pod nos, zamiast pozwalać poszukać samemu. Odbiera mu się całą radość z odkrywania. Oczywiście, nie można samemu stać obojętnie, trzeba pokierować, pomóc, ale nic na siłę, bo potem, jak się geniusz nie okaże geniuszem, to chodzi po świecie frustrat.

  • ~Tata

    Sposób w jaki ten Pan z Tobą rozmawiał i się chwalił faktycznie nie był stosowny ale to on miał racje a nie Ty. Na naukę przez zabawę nigdy nie jest za wcześnie. Co widzisz złego ze bawiąc się z półtora rocznym dzieckiem używa np. angielskiego zamiast polskiego. Poza tym nauka drugiego języka bardzo mocno rozwija mózg w innych dziedzinach. Swoim artykułem ujawniasz brak elementarnej wiedzy dotyczącej nowych badań związanych z tym jak pracuje i rozwija się ludzki mózg już od okresu płodowego. Popełniasz też częsty błąd mówiący o tym że nauka obcego języka za wcześnie wpływa negatywnie na poznawanie własnego. Pamiętaj że odpowiadasz za przyszłość swojego dziecka i podejście które prezentujesz na pewno mu nie pomaga.Takie wychowanie jakie stosuje ten Pan jest jak najbardziej adekwatne do możliwości i „głodu” na wiedzę mózgu małego dziecka – szczególnie do drugiego roku życia – to w tym okresie mózg wytwarza najwięcej neuronów. Wytwarza ich tym więcej im więcej na co dzień otrzymuje nowych bodźców. Oczywiście nikt nie powinien z tego robić chorego konkursu „czyje dziecko mądrzejsze”, natomiast Ty nie masz kompletnie racji twierdząc że istnieje jakaś granica wieku do której nie ma sensu dbać o rozwój intelektualny małego człowieka.

    • Nauka angielskiego na dodatkowych zajęciach prowadzonych przez obcą osobę, podczas gdy małe dzieci często boją się obcych ludzi, to nauka przez zabawę? Nie sądzę. Gdyby to była zabawa to rozumiem, sama w ten sposób uczę dziecko, na tyle, na ile ma ochotę na tą zabawę. Angielskiego też. Tutaj zdecydowanie ujawniło się zbyt wielkie parcie na robienie z dziecka geniusza. Poza tym, każda mądra zabawa rozwija dziecko. Nie musi to być usilne wbijanie informacji, które z jakiś względów są wprowadzane w szkołach w późniejszym wieku. Na wszystko przyjdzie w życiu czas.

  • ~Tata

    … i jeszcze co do skracania dzieciństwa. Rozumiem że np. rzucając piłeczkami z dwulatkiem i licząc po każdym rzucie: jeden, dwa, trzy … zapewniasz mu wspaniałe dzieciństwo. Ja natomiast przy tej samej zabawie licząc: one, two, three skracam mu i marnuje dzieciństwo :).
    Za 20 lat Twój dzieciak będzie siedział usmiechnięty i wspominał jak to super mama mu liczyła po polsku podczas zabawy a mój w tym samym czasie siedzą w psychiatryku będzie gryzł ściany i wrzeszczał „nie miałem dzieciństwa!!, niech szlag trafi angielski!!!” :)))

    • Nie sądzę 🙂 Chyba, że spotkają się razem w tym psychiatryku, bo też tak robię 😛 Zbulwersowało mnie, że dzieci te „chodzą na specjalne zajęcia” z angielskiego odkąd skończyły rok, a w domu wkuwają tabliczkę mnożenia od kołyski 😉

  • Witaj, to co opisałaś powyżej jest dla mnie niewyobrażalne – tresowanie dzieciaka. Oczywiście co innego, gdy dziecko samo chce. Ale mnie ostatnio zastanawia jedno – moja bliska kuzynka ma prawie 2 letnią córeczkę i ona nic nie mówi, nawet mama. Jeszcze niedawno potrafiła powiedzieć nie, daj, mama, tata, a teraz nie mówi wcale tylko stęka. Ja zaczynam się o nią martwić, jej rodzice nie widzą w tym nic niepokojącego. Muszę tu wspomnieć, że rodzice do niej mówią tylko tyle ile trzeba – połóż to, chcesz to, chodź, nie wolno, itp. Nie czytają jej bajek, nie bawią się z nią, tylko rozkładają kocyk, dają zabawki niech się sama bawi, albo co najgorsze – wiecznie sadzają przed komputerem i telewizorem żeby dziecko się zajęło, a oni mają ciszę i spokój. Mnie to przeraża i niepokoi.

    • ~gkasia

      Może zaczęli puszczać Teletubisie ;)). Mój syn, miał ok. 2 lat (ogólnie kontaktowy, w miarę mówiący) i doszliśmy do wniosku, że może należy mu je pokazać. Niestety po jakiś 5 – 6 bajkach (codziennie jednej) przestał mówić jak coś chciał, odpowiadać itp., tylko kiwał głową i zachowywał się jak te stwory. W związku z tym „zagubiły się” i po odwyku zaczęła się era Uszatka, Domisiów itp. Córka już w ogóle nie wiedziała co to Teletubisie, ona miała swoją Świnkę Pepę.

  • ~Iza

    Uczenie tego, czym dziecko samo się interesuje, jest całkiem OK, wciskanie mu na siłę pamięciówki, która z niczym mu się nie łączy, jest kompletnie bez sensu, bo i tak zapomni z braku jakichkolwiek skojarzeń.
    A co do zdolności… Moje dzieci wychowywały się w okresie tuż przed denominacją. Obok domu był mały sklepik spożywczy z łakociami. Trzylatka błyskawicznie nauczyła się liczenia pieniędzy, pilnowała wydawania reszty itd. Wszyscy byli zdumieni, że tak sprawnie operuje na tych tysiącach złotych (3500 za dużego loda + 1500 za lizaka… to z 10000 mi zostanie 5000… – jakoś tak to szło). A potem trzylatka podrosła i poszła do zerówki. I wtedy się okazało, że brak tych zer potwornie utrudnia jej liczenie. Nie wiem, jak ten mózg pracował, ale 3000+2000 liczył w ułamku sekundy, a na 3+2 się blokował, i cześć. Usunięcie blokady zajęło ładnych parę miesięcy. 🙂

  • ~Ania 1987

    Rolą rodzica jest przygotowanie dziecka do edukacji w przyszłości,to aby rozwijać dziecku mózg a nie parcia na szkło

  • ~Zlotko

    Popieram Twoje podejście:) Lubię się chwalić dziećmi ale nie znoszę jak ktoś właśnie chce z nich takie małpki tresowane robić. Mają 4 i 2 latka i uczą się czego chcą- np bardzo lubią śpiewać piosenki po angielsku- takie wyliczanki, czy właśnie liczyć i śpiewać o alfabecie. Ale nie czarujmy się czy takie maluchy rozumieją co śpiewają? Wątpię… Oczywiście fajnie było by mieć geniusza ale my z mężem już dawno doszliśmy do wniosku, że najważniejsze to szczęście dzieciaków a nie spełnianie naszych niespełnionych ambicji. I czy córy będą tęgimi umysłami czy też astronautami albo zwykłymi zjadaczami chleba, my je i tak będziemy kochać nad życie:)

  • ~meszata

    W psychologii rozwoju mówi się o czymś takim jak „strefa najbliższego rozwoju”- czyli czego dziecko jest w stanie nauczyć się na danym etapie rozwojowym. I choćby się „skichać” to nie przeskoczysz:)

  • ~Kito

    Ha! Wiedziała, że coś w tym światem jest nie tak jak powinno 🙂
    Muszę się pochwalić w takim razie i ja 😉 Mam normalne dzieci, które liczą do tylu do ilu potrafią zapamiętać (1,2,3,…,12,yyy,18… itd :D), znają sporo słów ale to chyba i tak dla nich za mało bo wciąż wymyślają nowe, których znaczenia jeszcze nikt nie zna – poza nimi oczywiście 🙂 śpiewają piosenki kiedy chcą a na moja prośbę o wiersz odpowiadają: Mamo, przecież ty znasz ten wiersz…. 😉
    A ja przy tym wszystkim jestem normalną matką ;))
    Pozdrawiam serdecznie!
    Ps. Na wszystko przyjdzie pora.

  • ~Gonia87

    Moja neuspelna 10 miesieczna corka tez jest geniuszem ;p
    Jak robi owieczka? Be
    a jak baranek? be
    a jaka jest literka po a? be
    a jaka przed c? be
    a na jaka literke jest slowo balonik? be
    i tak w kolko 😉

  • ~JOLA

    plac zabaw, lato, dzieci (ok. 3 roku życia) i ich matki.. mój syn liczy babki: jeden, dwa, trzy, siedem, osiem… i tekst pewnej mamusi: ojjj mój też jest kiepski z matematyki:-))))

  • Zgadzam się z Tobą w 100000000% 🙂 Sama mam raczej bardzo „lajtowe” podejście do tego typu spraw. Na każdego przyjdzie pora. Jak mogłabym uczyć swojego syna dodawania do 10, skoro prawie nie mówi (a ma 18 miesięcy i też mi co drugi mówi, że powinien już być „bardziej rozwinięty”). Nigdy nie byłam zapisywana na żadne dodatkowe zajęcia (no chyba że chciałam, ale to był angielski w liceum…) i żyję. Jestem szczęśliwa. Wydaje mi się, że jest to też kwestia tego, że urodziłam Młodego mając 24 lata, czyli dość młodo. Byłam świeżo po studiach, robiłam w życiu to co uważałam za słuszne i dzięki temu nauczyłam się samodzielności i radzenia sobie z większością przeszkód. Kiedy rodzić dokonuje za dziecko wyborów (i to dziecko samo nie wie co tak naprawdę lubi a co musi lubić) to ten szkrab wyrasta na niesamodzielną fajtłapę. Nie mówię, że zawsze, ale bardzo często. Dobrze to napisałaś: „Skracanie dzieciństwa”. Straszne. Ale jeśli ktoś bardzo chce, żeby jego uroczy trzylatek recytował w jednym z telewizyjnych talent- szołów „Inwokację” to niech czyta dziecku codziennie „Pana Tadeusza”. My zostajemy przy Brzechwie i to nie na pamięć, a do snu.

  • ~Gaja

    jeszcze tylko jedna kwestia… czy faktycznie dziecko robi to co tatuś mówi, czy tatusiowi się tylko wydaje… bo to może być zasadnicza różnica.

  • ~mama

    Istnieje roznica miedzy tresowaniem a zainteresowaniem i pomaganiem dziecku.
    Moja corka od poczatku byla bardzo bystra, czytanie pisanie, dwa jezyki – wszystko przychodzilo jej bardzo latwo i wyprzedza rowiesnikow. Pyta o wszystko, lubi poznawac nowe fakty.
    Jej mlodszy brat nie byl zainteresowany malowaniem, pisaniem czytaniem do 6-7 lat. Pozniej z dnia na dzien zaczal rysowac i czytac- widocznie nadszedl jego czas:) W miedzyczasie mial troche problemow z koncentracja i byl zbyt aktywny, ale zamiast prowadzic go do lekarza i przykleic latke ADHD – wyeliminowalam z diety cukier i barwniki spozywcze- i okazalo sie ze moje dziecko wcale nie ma adhd tylko chemia dzialala na niego jak plachta na byka;)
    teraz staram sie karmic moje dzieci bardziej naturalnie, co tylko moge choduje na balkonie i zamiast kupowac, pieke ciasta.
    dzieci rozwijaja sie roznie, nie ma co sie stresowac, porownywac i starac sie zapisywac je na milion zajec. Moja znajoma psycholog mowi ze rodzice czasami szaleja…a dzieci (6,7 lat lub mlodsze) sa juz tak przemeczone, ze padaja na nosy….bo codziennie: basen, balet, chinski i nie wiadomo co jeszcze. A przeciez w tym wieku dziecko ma juz obowiazki szkolne i najwazniejsze zeby bawilo sie i uczylo przez zabawe.
    Moje dzieci chodza tylko raz w tygodniu na zajecia plywania, reszta to zabawa ze znajomymi, rower, rolki, plac zabaw.
    sa madre, mile i nie przemeczone. na wyscig szczurow maja czas.

  • ~asia

    Wszystko zależy od dziecka, niektóre bawią się zabawkami, a inne zasypują rodziców mnóstwem trudnych pytań (to akurat to moje;) Nie chodzi o to, żeby dziecko tresować jak małpę – ale obudzić w nim zainteresowanie otoczeniem, światem.
    Moja 5-letnia córka nigdy w życiu nie sięgnęła po zabawkę (leży ich całe mnóstwo na pólkach), jedynie lego („ale takie trudne z instrukcją mamo”) i puzzle budzą jej zainteresowanie. Za to zadaje 100 pytań dziennie dotyczących przyrody, matematyki, otoczenia. Nauczyła się mówić, jak miała 2,5 roku, ale wcześniej potrafiła pokazać już kolory, liczby, literki.
    Nie jest to kwestia tresowania, ale ciekawości otoczenia. Pewnie, że możemy ją zbywać i kazać iść do pokoju pobawić się zabawkami, ale wolimy zaspokoić jej ciekawość. Jak się pyta, co to jest skorpion – to jej opowiadamy o skorpionie, pokazujemy jego zdjęcia itp.
    Nie widzę w tym nic złego, nie robię z niej geniusza.
    Choć miło było usłyszeć zdziwienie innym matek, że niemożliwe żeby Marysia miała dopiero 3-latka – skoro zna wszystkie literki i umie liczyć do 100
    Każdy rodzic jest dumny z osiągnięć dziecka

    • Tak jak pisałam – zaspokajanie ciekawości dziecka absolutnie nie jest czymś złym. Ja też czytałam dużo szybciej niż rówieśnicy, bo straszliwie chciałam się tego nauczyć.

  • ~kakaja

    😉 cóż, jeśli ktoś chce to jego prawo, by na to stawiać w wychowaniu, nie robi tym faktem krzywdy swoim dzieciom 😉
    Ja stawiam na zrównoważony rozwój – odrobina nauki i stymulacji, ale na luzie:)
    Mam bliźnięta , 5letnie, i dopiero od miesiąca chodzą na zajęcia z angielskiego, mam też 2 letnią córkę, która rozwija się w niektórych aspektach szybciej a w niektórych wolniej od starszych braci, poprostu, każdy w własnym tempie ;)))
    Synowie, mówią płynnie w 2 językach (polskim i portugalskim) a to dlatego, że mąż jest Portugalczykiem, i zawsze mówiliśmy do dzieci, od urodzenia w swoich ojczystych językach, chyba że przy wspólnej rozmowie,xd córka nieco miesza języki,nale ona dopiero uczy się dobrze mówić- taka moja uwago dot, wspomnianej w tekście dwujęzyczności 🙂

  • Niestety, to nieuniknione to porównywanie swoich dzieci i wpadanie w paranoje. Każdy rodzic przy pierwszym dziecku uczestniczy w tym cyrku;-)))

  • ~zosia-nie-samosia

    Dziekuje za bardzo fajny i ruszajacy aktualne dziwactwa rodzicow temat.Niejednokrotnie rodzice nie widza nic zlego w stawianiu zbyt wyorowanej poprzeczki swoim pociechom,czasami chcac zrealizoac swoje niespelnione-niejednokrotnie chore ambicje.Podam przyklad kolezanki-corka prawie 9-cio letnia,w tygodniu-basen,tenis,taniec,chor w kosciele,nauka g ry na pianinie i na koncu extra zajecia w szkole.
    widzialam ostatnio corke mojej znajomej,dziecko wylada bardzo zle,szara cera,podkrazone oczy i dy tylko jest mozliwosc w ciagu dnia dziewczynka idzie choc na chwilke sie zdrzemnac-jest tak przemeczona.delikatnie zasugerowalam znajomej kolezance,ze to chyba za duzo na tak male dziecko,ktore powinno odpoczac,odpowiedz mnie powalila-dziecko jest wizytowka matki i w tym wieku nie ma prawa byc zmeczone……..nic dodac,nic ujac.
    No wlasnie,moj syn wypada bardzo blado przy tej dziewczynce-nie wiem,czy jest on moja wizytowka-chodzi tylko na basen i extra zajecia ze szkoly,uczy sie dobrze.ot co

    p

  • Jako nauczycielka często mam do czynienia z dziećmi w ten sposób trenowanymi od pierwszych lat życia. Zwykle są zestresowane i zagonione, bo wymagania rodziców rosną z biegiem lat… Ma być nie tylko średnia 5,9 ale także mistrzostwo okręgu w tenisie lub wysoki ranking na zawodach ogólnokrajowych w czymkolwiek :).

    Nota bene – gdyby dziecko było wybitne, to nauczyciel nie dałby rady „sprowadzic go do poziomu klasy” .Dziecko wybitne nudząc się na lekcji potrafi napisać opowiadanie na marginesach zeszytu, namalować ze szczególami statek kosmiczny lub rozwiązać problem matematyczny. Tylko dzieci ‚tresowane” przestają być wybitne, bo one potrzebują bezustannego bata nad głową..

    Jako matka uczyłam swojego 4 – letniego syna dodawac i odejmowac pisemnie w zakresie 100, bo się nudził zabawkami. Cyfry go pasjonowały. Czytać się nauczył sam, tez jakoś w wieku 4-5 lat. Miał alfabet na magnesy na lodówce – prezent od niani :).

    Dzieci sa różne i różne mają potrzeby… 🙂 Trzeba je uszanować.

  • matka prawie wariatka

    hej 🙂 Twój blog został nominowany do liebster blog award. Jeśli jeszcze nie brałaś udziału w zabawie to zapraszam do zapoznania się ze szczegółami tu
    http://matka-prawie-wariatka.blog.onet.pl/2015/01/30/887/

    • Dzięki za nominację. Jak znajdę chwilkę wezmę udział w zabawie, choć nie mam za bardzo kogo nominować, bo ci, których znam już byli nominowani 😉

  • Nic na siłę!

  • Ależ mnie denerwuje ten „wyścig mam” – podnoszenie sobie samooceny przez „wychowywanie dziecka na geniusza”. Podoba mi się Twoje podejście. 🙂

  • Tak, tak i jeszcze raz tak! Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości… Ja umiałam płynnie czytać i pisać w wieku 5 lat, bo moja mama wtedy pracowała chałupniczo – siedziała i dziergała swetry a ja (ponieważ okropnie chorowałam i nie chodziłam do przedszkola) siedziałam koło niej i uczyłam się czytać. Wciągnęło mnie to na max (na całe życie zresztą). Poszłam do szkoły mając lat 6, pierwszą klasę przespałam z nudów – wszystkie dzieci dopiero uczyły się czytać. I potem już miałam w głowie opcję – jestem przecież taka zdolna, wszystko umiem, nie muszę się uczyć. Zaczęłam odstawać koło piątej klasy, coraz gorzej znosiłam rożne porażki. I dopiero teraz, będąc dorosłą uczę się tego, że czasem trzeba pracować na dobre wyniki. Myślę, że ma na to duży wpływ to, że mam dziecko w drugiej klasie i staram się mu właśnie wpajać to, że nie ma co się zrażać pierwszą klapą, trzeba się ogarnąć, otrzepać i spróbować jeszcze raz. Robić to, czego do tej pory nie umiałam 😀

    • Ja też nie chodziłam do przedszkola i zamęczałam mamę, by mnie uczyła czytać i pisać :)))