Ale przecież pani juz zdała prawo jazdy…

Nie wiem czemu tak jest, ale moja skromna osoba lubi przyciągać nietypowe sytuacje. Mam kilka na koncie, które są ciekawymi anegdotkami do opowiadania w towarzystwie. Jedną z tych sytuacji postanowiłam podzielić się z Wami, bo jest śmieszna, myślę, że ciekawa i bez wątpienia niecodzienna 😉 Jest to historia związana z tym, jak zdawałam na prawo jazdy, ponad 5 lat temu.

Nie wiem jak to teraz wygląda, ale wtedy zdawało się najpierw teorię, a potem praktykę. Do praktyki były 3 podejścia i jeśli za trzecim razem się nie zdało trzeba było robić kurs doszkalający. W czasie kursu nie czułam się nigdy mistrzem kierownicy, ale instruktor chwalił mnie za ostrożność i ogromne opanowanie. Najpierw jeździłam z takim młodym chłopakiem, który trzeba przyznać, że oswoił mnie z samochodem. Zawsze nakręcał by jechać szybciej, trenowaliśmy wszystkie najtrudniejsze miejsca w mieście. Natomiast zlewał on totalnie placyk. Zazwyczaj zostawiał mnie samą, kombinującą jak koń pod górę, a sam gadał z kolegami.

Pierwszy mój egzamin – wstyd i hańba, bo oblałam właśnie ten nieszczęsny placyk, konkretnie rękaw. Miałam trochę żal do instruktora, że mnie tego nie wyuczył na lusterka (na zasadzie, gdy ten i ten słupek widzisz w tym lusterku to kręcisz tak i tak), tylko kazał robić na wyczucie. Wyczucia to jednak nabiera się z czasem. Dokupiłam parę lekcji, by wyćwiczyć placyk. Wybrałam tym razem ojca tego chłopaka, z którym jeździłam wcześniej, gdyż też był instruktorem w mojej szkole jazdy i był to bardzo dobry wybór.

Nadszedł dzień kolejnego egzaminu. Był to początek grudnia. Śniegu jeszcze nie było, ale deszczowo i ponuro. Mój El (El to będzie odtąd pseudonim mojego lubego, chodzi o L zamiast jego inicjału Ł i wzięło się od jednej z postaci z anime, które bardzo lubiliśmy, pseudonimy będę wyjaśniać jeszcze na stronie „O mnie” za jakiś czas) pojechał jak za pierwszym razem ze mną i nagadał mi, że jak będę wychodzić z samochodu, to on już będzie wiedział czy zdałam, czy nie, bo jak się nie zda to dają do ręki taką kartkę z wypisanymi manewrami z egzaminu, a jak się zda to egzaminator zabiera tę kartkę ze sobą.

Rozpoczął się egzamin. Placyk poszedł spokojnie. Wyuczyłam się rękawa na mur beton 😛 Ruszyliśmy w miasto. To mi od samego początku lepiej szło, ale jako osoba ostrożna miałam trochę problem z dynamiką jazdy. Wszyscy moi instruktorzy uczulali bym o tym pamiętała.

Oczywiście historii na temat tego jak trudno jest w naszym mieście zdać na prawo jazdy było jak i teraz miliardy. Osoby oblewające egzamin po kilkanaście razy, osoby, które przez lata nie mogły zdać, aż w końcu decydowały się na egzamin w mniejszym mieście. Straszliwe opowiastki o egzaminatorach oblewających o byle gówno itd., itp. Słowem standard, który chyba się przez lata nie zmienił.

Ja się zapisałam do WORD-u tego niby gorszego, co więcej oblewają i co trudniejszy kawałek miasta do objechania jest. Po prostu miałam bliżej. W każdym razie egzaminator okazał się całkiem w porządku, nie był na pewno obezwładniającym swoim spojrzeniem i tonem głosu potworem, ani chamem i prostakiem, jak to z opowieści ludzi wynikało. Mało tego, w pewnym momencie nawet machał szybko ręką z boku fotela, tak by nie było widać w kamerze, dając znaki bym jechała szybciej 😉 Raz uskutecznił podczas parkowania kichnięcie z wypluciem słowa „migacz!” 😉 Jak widać trochę mi podpowiadał. Taki potwór 😉

Objechaliśmy kawał miasta. Wróciliśmy na placyk no i ten też egzaminator oznajmił, że jazda była tak na czwórkę (czy czwórkę z minusem) i że popełniłam jakiś mały błąd na takim mikrorondku pod M1. Powinnam bardziej trzymać się lewej strony. Po czym wręczył mi kartkę z manewrami…

Nie powiedział nic więcej, nie użył żadnych słów typu egzamin zdany/niezdany. El mi nagadał o tej kartce, do tego egzaminator wspomniał o tym błędzie na rondku i stwierdziłam sama z siebie, że nie zdałam. Mogłam zapytać, czy czwórka zalicza 😉

Poszłam do El, który czekał gdzieś tam niedaleko. Ten też już był przekonany, że nie zdałam przez tą nieszczęsną kartkę z manewrami w ręce. No nic. Stwierdziłam, że dokupię jeszcze trochę jazd, skoro mam ostatnią szansę przed kursem doszkalającym i spróbuję jeszcze raz po świętach, bo jak wspominałam był to grudzień.

Jazd dokupiłam sporo, bo rozpętała się zima pełną gębą i stwierdziłam, że muszę się nauczyć jeździć w takich warunkach, bo i zdawać w śniegu będę. Chodziłam więc na jazdy, potem miałam przerwę w święta i Nowy Rok, a potem jeszcze dokupiłam ze dwie lekcje w styczniu, następnie postanowiłam pojechać do WORD-u i zapisać się na egzamin.

Stoję w kolejce (tam to zawsze były kolejki) za mną tez pełno ludzi. W końcu docieram do okienka, podaję dowód i mówię, że chciałam zapisać się na egzamin praktyczny. Pani wklepuje coś w komputer, po czym zdezorientowana patrzy to na mnie, to na dowód, to w ekran monitora, aż po chwili oznajmia niepewnym tonem:

– Ale przecież pani już zdała prawo jazdy…

– Naprawdę??!!! – pytam uradowana jak jakaś blondynka z kawałów. Wszystkie spojrzenia ludzi z kolejki padły na mnie i można było z nich wyczytać stwierdzenia: „ja pierd** taka debilka zdała, a ja nie mogę” 😛 Zdecydowanie wyszłam na osobę bez piątej klepki, ale mogę za to po części podziękować mojemu El i jego cudownej teorii z kartką oraz egzaminatorowi, który nie wyraził się jasno.

Opowiedziałam całą sytuację w szkole jazdy, bo miałam jeszcze wykupioną jakąś lekcję, którą chciałam odwołać. Myślę, że mogli opowiadać tą moją historię jako śmieszną anegdotkę kursantom jeszcze przez lata. A ja nigdy w życiu nie zrobiłam z siebie aż takiej blondynki, jak tego dnia, gdy chciałam zapisać się na egzamin, który już zdałam 😉 Okazało się też, że na tej nieszczęsnej kartce było napisane: wynik pozytywny 😛

kluczykiokulary

Tamara Tur