Postludium

A więc i ja tego doświadczyłam. Mogę teraz powiedzieć, że nic co kobiece nie jest mi obce. Fizjologia kobiety jak stwierdził jeden lekarz. Pierdzielę taką fizjologię…

Był wczesny poranek. Jak zwykle o 6:00 zadzwonił mój budzik do pracy. Bajaderka miała tego dnia bal karnawałowy w żłobku, więc dzień wcześniej szykowałam jej strój wróżki. Do pracy miałam pojechać później, bo chciałam sama odwieźć córeczkę do żłobka. Obawiałam się, że tutu, skrzydełka, opaska, różdżka itd. mogłyby przerosnąć El. Jeszcze by zapomniał o jakimś ważnym elemencie stroju i jak by to było? Wstałam i poszłam do toalety. Chwilę później ujrzałam coś czego nie chce zobaczyć u siebie żadna kobieta w ciąży. Krew. Sporo krwi. Od tego dnia moje aktywne życie przystopowało, prawie się zatrzymało…

Lekarze, USG, badania… Wszystko prawidłowo, ale pojawił się mały krwiaczek. Trzeba polegiwać. Oszczędzać się. Poszłam na zwolnienie i przywitałam na dłużej z moim łóżkiem, w którym już dawno nie było mi dane pospać tyle, ile bym sobie tego życzyła. Śmiałam się zwykle do znajomych, że nie mam czasu na sen. Teraz miałam go aż za dużo.

Odpoczywałam, na El spadły wszystkie obowiązki domowe, a mój tata odbierał Bajaderkę ze żłobka… do czasu, gdy dostała temperatury. Była to sobota. Taki okres. W żłobku okazało się, że mają 90% nieobecności. Przeważała szkarlatyna, grypa bostońska, angina, zapalenia płuc i kilka przypadków wiatrówki też odnotowali. Na Bajaderkę trafiła bostonka. A potem ta też bostonka trafiła mnie i moją mamę. Choroba straszna, nie życzę najgorszemu wrogowi. Dziecko przechodziło ją bardzo lekko, my z mamą straszliwie. Ręce obsypało nam masakrycznie. Swędziało niewyobrażalnie.

Lekarz kazał po dwóch tygodniach powtórzyć USG, akurat gdy wyzdrowieję. Jak na 5 tydzień to było jeszcze wszystko ok – zapłodniony pęcherzyk w jamie macicy. Tyle, że według okresu powinien być to 6 tydzień. Ale takie obsuwy między USG, a datą ostatniej miesiączki to przecież standard, więc się uspokoiłam. Plamienia praktycznie ustały.

Nadszedł dzień kontrolnego USG. 7 tydzień ciąży (8 według OM). Obawiałam się, że bostonka na tym etapie mogła zrobić wszystko co najgorsze, ale nie myślałam, że tak się stanie. Czułam, że będzie wszystko dobrze. Niestety nie było. Rozwój pęcherzyka zatrzymał się. Wyglądał tak samo jak dwa tygodnie temu. Zarodek nie wytworzył się. Od momentu, gdy lekarz mi to oznajmił słyszałam go już jak przez ścianę, przez co umknęło mi kilka ważnych informacji, np. że nie muszę się spieszyć, bo nie jest to ciąża obumarła tylko puste jajo. Wiem, że kazał mi poczekać dwa dni na wizytę u lekarza prowadzącego, by ten dał skierowanie na zabieg do szpitala, jeśli jajo samo nie zostanie poronione do tego czasu. Akurat miałam wizytę wyznaczoną za dwa dni, co mu powiedziałam i stwierdził, że to będzie dobry moment, by pójść po skierowanie.

W szpitalu wylądowałam z rana na drugi dzień, spanikowana po konsultacji z koleżankami, które miały już poronienia za sobą. Przeraziła mnie możliwość zakażenia, które akurat w tym przypadku nie było możliwe tak szybko, ale o tym nie wiedziałam. Na miejscu badania, znów USG. Dowiedziałam się, że ktoś tam też miał kiedyś długo puste jajo, a potem urodziło się zdrowe dziecko. Zaczęłam wypytywać o to lekarzy. Mówili, że szanse są małe, takie cuda to raczej po in-vitro. Jedna pani doktor z wieczornego obchodu powiedziała, że właśnie przyjęła na porodówkę swoją pacjentkę, która miała długo puste jajo, a tuż przed zabiegiem okazało się na USG, że serduszko zaczęło bić. I właśnie rodzi. Pojawił się więc promyk nadziei.

Wypisałam się ze szpitala, po uprzednim upewnieniu, że nic mi nie grozi i umówiłam, że wrócę w poniedziałek, chyba, że wcześniej pojawi się mocne krwawienie. Był to czwartek.

W poniedziałek powrót do szpitala. Tego dnia zbyt wiele człowiekowi nie zrobią, więc pierwsze badania zaczęły się we wtorek. Beta HCG spadło, jajo dalej puste. Mimo, że wypłakałam swoje już wcześniej w domu, nie umiałam powstrzymać łez przy lekarzach na tym decydującym USG. Ostatni promyk nadziei zgasł. Za godzinę zaplanowali podanie pigułek do wywołania poronienia, które też rozszerzają szyjkę macicy, by potem można było przeprowadzić zabieg łyżeczkowania.

Dziś jest już po wszystkim. Uczucie pustki jest ogromne. Mogę to wszystko znieść tylko dzięki Bajaderce oraz uprzytomnieniu sobie, że nawet przez chwilę nie było w moim brzuchu nowego życia, na które tak bardzo się przedwcześnie ucieszyliśmy. Nie było zarodka. Nie biło serduszko. Gdyby ono biło i przestało, moje by chyba pękło…

Nie…,

nie pękłoby, bo musi bić dalej dla Bajaderki… Ale byłoby znacznie ciężej.

Teraz wracam do życia. Jak najszybciej, bo ja nie lubię w ciężkich chwilach mieć za dużo czasu na myślenie. Praca będzie musiała jeszcze chwilę poczekać, bo organizm musi się zregenerować.

Kiedyś dawno temu podobne wydarzenie spowodowało, że dzisiaj jestem jedynaczką. Mam więc większą determinację, by się nie poddawać, nie załamywać.

Wiem, że poronienia spotykają większość kobiet i mam nadzieję, że tym wpisem nie przywołałam u nikogo strasznych wspomnień. Po prostu notka pt. Preludium zobowiązała mnie do wyjaśnień…

kaboompics.com_Curly brown hair

  • Boże, tak mi przykro…. 🙁 Bardzo ci współczuję 🙁

  • Będzie dobrze. Musi być.
    Życzę zdrowia i… nie porzucaj nadziei.
    🙂

  • ~t.vik

    Przeczytałem wszystkie posty, z którymi miałem zaległości. Jakby na to nie patrzeć i jakkolwiek sobie to tłumaczymy, to jest to strata – jedna z największych. Da się z taką z czasem oswoić, ale to nie zmienia faktu, że jest nieodwracalna.
    Bardzo mi przykro, że tak się stało…

    • Miło mi Cię znów widzieć.
      Jest to ogromna strata. Mam wrażenie, że postarzałam się przez ostatni miesiąc od zmartwień, płaczu, chorób córki i tej mojej bostonki. Musiałam trzyletniej córeczce wytłumaczyć, że w mamy brzuszku już nie ma dzidziusia. Gdyby wszystko było ok, nie musiałabym tak wcześnie informować o całej sytuacji z ciążą trzylatkę, ale że byłam uziemiona w łóżku przez ostatnich kilka tygodni, a ona martwiła się, że jestem chora musiałam jej wyjaśnić, że mam dzidziusia w brzuszku i muszę odpoczywać. Mam wrażenie, że przestanę czuć pustkę dopiero gdy znów zajdę w ciążę. Chciałabym od razu, ale na razie trochę strach, choć lekarz nie widzi przeciwwskazań. Podobno dzieci, które rodzą się po stracie nazywa się tęczowymi dziećmi. Czekam więc na mojego tęczowego maluszka z utęsknieniem.