Nigdy nie mów nigdy, czyli 8 grzechów matki

kaboompics.com_Grey Felt Journal TO DO LIST on a white desk

Każda z nas, gdy zachodzi w ciążę zaczyna snuć plany odnośnie wychowania swojego dziecka. Obiecujemy sobie, że będziemy super mamami, wprowadzimy w życie propozycje z różnych poradników, albo nigdy PRZENIGDY nie zrobimy tego czy owego. Nie znam matki, której udało się sprostać wszystkim swoim postanowieniom. Macierzyństwo uczy nas, jak prawdziwe okazuje się stwierdzenie: nigdy nie mów nigdy.

Sama mam pokaźną listę grzechów macierzyńskich na koncie. Mimo wielkich i uroczystych postanowień, w niektórych kwestiach poniosłam klęskę. O ile na niektóre rzeczy położyłam już lachę jak to się mówi, o tyle o inne jeszcze próbuję walczyć.

1. Jedzenie

Nie jestem freakiem zdrowego odżywiania. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem. Unikam chemii w jedzeniu gdzie się da, ale to nie oznacza, że będąc na wakacjach nie zjem w pierwszej lepszej knajpie śmieciowego jedzenia. Od samego początku bardzo dużą wagę przykładałam do żywienia dziecka. Bajaderka przez ponad rok nie wiedziała co to czekolada, od początku chętnie piła wodę, jeszcze nigdy nie jadła w Mc Donaldzie (bo być tam – była, jako bobas w czasie podróży nad morze, kiedy to rodzice wtranżalali Big Maca, a ona słoiczek Hippa ;)). Znajomi zachwycali się jak pięknie wcina warzywa i owoce. Koleżanka brała ode mnie przepis na zdrową zapiekankę z kaszą jaglaną i szpinakiem, na widok mojego zajadającego się ze smakiem dziecka, mając nadzieję, że i jej niejadek tak polubi tą potrawę.

Nagle gdzieś, coś się odmieniło. I nie był to proces stopniowy. Pewnego pięknego dnia można powiedzieć, że moje dziecko pokazało kaszy jaglanej środkowy palec. Tak po prostu. Ulubionej zapiekanki, nie chciała nawet tknąć, to samo działo się przy próbach przemycenia jaglanki w innych postaciach. W małej ilości przejdzie tylko w zupie prowansalskiej. Wpajanie od małego nic nie dało. Obecnie nie tknie też ryżu i innych kasz – według tego co mówi pani w żłobku – jak większość grupy.

Kolejnym naszym problemem stały się soczki. Niby wybieram tylko te 100% soki, nie napoje, nie nektary. Zaczęło się od jednego soczku gdzieś kiedyś, potem kolejny. Niepostrzeżenie wyszło tak, że soczek stał się stałym elementem dnia. Pilnuję tylko by nie piła więcej niż jeden. Soczki wyzbyły moje dziecko chęci do picia czystej wody, czego była bez problemu uczona od samego początku. Oprócz soczków pije jeszcze wodę z miodem lub wodę z miodem i cytryną, czasem herbatę lub rumianek z miodem. Wody napije się tylko okazjonalnie, np. na placu zabaw, gdy innej opcji nie ma. Najchętniej z butelki z dzióbkiem. Soki wyciskane z owoców natomiast nie pasują hrabinie.

Obiecywałam sobie kiedyś, że nie będę dziecku kupować lizaków, ani landrynek, czy innych takich. Tego typu cukierki najbardziej szkodzą zębom. Niestety lizaki niepostrzeżenie stały się ulubioną nagrodą. O przekupstwie i słodkich nagrodach, czego również nie planowałam stosować będzie za chwilę. Wracając do lizaków to powoli docieram do światła w tunelu, bo tłumaczenie, że szkodzą zębom zaczyna trochę pomagać. Najgorszy problem robi się po wizytach u laryngologa, które w naszym przypadku są częste. Powstała już tradycja, że po wizycie kupujemy lizaka w aptece obok.

2. Telewizja

U mnie w domu nie ogląda się telewizji zbyt często. Wszystko co oglądamy zazwyczaj puszczamy z komputera, głównie wieczorami, gdy mamy z Elem czas na relaks. Nigdy telewizor nie stanowił u nas tła. Nie mam zwyczaju szukać czegoś przerzucając kanały. Jeśli coś oglądam, jak np. debaty prezydenckie ostatnimi czasy, to po prostu włączam konkretny program, a po obejrzeniu wyłączam. Od początku nie było więc problemów ze zbyt długim oglądaniem telewizji przez Bajaderkę. Niestety są takie sytuacje, że trochę zbywam ją telewizorem. Tak było jak musiałam oszczędzać się przy komplikacjach w ciąży, tak jest jak wracam głodna jak wilk do domu z pracy i muszę podszykować jedzenie, a Bajaderka akurat chce się bawić. Albo gdy jestem zmęczona, chora, zajęta… Na szczęście moje dziecko nie wciąga się bez reszty w telewizję i często bywa, że ignoruje włączoną bajkę i zaczyna się sama bawić. Czasem stwierdza, że za długo już ogląda, bierze pilota i wyłącza telewizor (to „za długo” to niekiedy i 5 minut ;)). Oczywiście w takich sytuacjach znów próbuje mnie nakręcić na jakąś wspólną aktywność, a ja czując się jak kupa jeża próbuję tłumaczyć, że teraz nie mogę, albo ZARAZ coś razem zrobimy.

3. Zaraz – to taka wielka bakteria

Nie cierpię gdy proszę Ela o coś, a on mówi „zaraz”. Chyba nikt nie lubi na jakiekolwiek prośby słyszeć taką odpowiedź. Jako matka obiecywałam sobie, że nie będę mówić mojemu dziecku „zaraz”. Zawsze znajdę dla niego czas i nie będę go zbywać. No nie udaje się. Są takie dni, są takie momenty, że ta wielka bakteria wypływa z ust całkowicie niekontrolowanie.

4. Przekupstwo, słodkie nagrody

Ach jakże byłam zafascynowana książką Wychowanie bez nagród i kar Alfiego Kohna, ach jak kocham zgłębiać artykuły odnośnie rodzicielstwa bliskości, po których widzę siebie w roli takiej idealnej mamuśki, spokojnej i stabilnej jak dorodny kwiat lotosu na tafli jeziora. O ile udaje mi się unikać kar (a już na pewno nie stosuję i nigdy nie stosowałam cielesnych), o tyle nie potrafię zrezygnować z nagród, a co gorsza od jakiegoś czasu na nagrody składają się łakocie. Wspomniana wcześniej sytuacja z laryngologiem: po płukaniach zatok, podczas których moja trzylatka przechodzi męki Tantala, ale jest dzielna jak Prometeusz – nie potrafię odmówić jej lizaka. Tłumaczę się jeszcze sama przed sobą, że i tak rzadko kiedy zjada lizaki do końca…

Zdarza mi się czasami przekupywać moje dziecko i mówić, że jak będzie grzeczna np. u tego nieszczęsnego laryngologa to kupimy jajko z niespodzianką, czy lizaka. Albo jedno i drugie…

5. Przegrzewanie/Zimny wychów

Obiecywałam sobie od kiedy tylko w moim brzuchu zaczęło tworzyć się życie, że moje dziecię będzie przyzwyczajane do zimna. TAK DO ZIMNA. Będzie jednym z tych maluchów, które latają w krótkim rękawku przy 16 stopniach i jako jedyne z grupy w przedszkolu nie chorują, nawet gdy wszyscy padną. Ja zawsze byłam w cieple chowana i chorowałam. Teraz też łatwo u mnie o zaziębienie.

No i urodziło się to to takie chude i małe, ciutkę za wcześnie, więc trafiło na dogrzanie do inkubatora. Potem położne zakładały jej podwójne śpioszki i opatulały porządnie, mówiąc że marznie szybko. Potem znów nie mogłam się przemóc, by nie zakładać czapeczki po kąpieli. Czapeczka na spacery też długo była obowiązkowa, niezależnie od pogody. Jak trochę wyluzowałam to mi znowuż niania dziecko ubierała grubiej, bo zimne łapki miało, a gdy przez telefon coś takiego usłyszałam, potwierdzałam, że ubrać cieplej faktycznie trzeba. Wraz z pójściem do żłobka zaczął się ciąg chorób, a po tym to już w ogóle ma się paranoję odnośnie ubioru dziecka. Wprawdzie Bajaderka nigdy nie chodzi spocona, ale to jak jest ubierana zimnym wychowem nazwać nie można. Jak by nie patrzeć.

6. Codzienna wspólna zabawa

Choć bawimy się często, a także codzienne obowiązki staram się przekształcać we wspólną zabawę, są takie dni, że nie ogarniam tego tematu. Nie mam siły, nie mam ochoty, nie mam koncepcji, albo nie wiem w co ręce wsadzić i zaczynam zbywać dziecko. Ona tak bardzo prosi o wspólną zabawę, El jest do późna w pracy,  a pomoc mamie w kuchni akurat jej nie odpowiada. I znów super-matka przekształca się w kupę jeża, bo mówi zaraz i nie ma czasu na dziecko…

7. Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj, szybko, szybko stygnie kawa…

Pamiętacie ten wierszyk Danuty Wawiłow z dzieciństwa?

Szybko Danuta Wawiłow

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko, światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

Na nic nigdy nie ma czasu?

A ja chciałbym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej,
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby, i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie spieszyć się w ogóle…

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno?

Ja doskonale. Uczyłam się go na którąś lekcję polskiego na pamięć i do tej pory mogę go wyrecytować w całości. Zawsze obiecywałam sobie nie być takim rodzicem, jak ci przedstawieni w tym bardzo mądrym wierszyku. Niestety gdy masz świadomość, że za chwilę przez dotrzymanie tej obietnicy spóźnisz się do pracy, po raz piąty z rzędu w tym tygodniu, całe postanowienie idzie w diabły. Ułatwienie mam takie, że poranny wyścig z czasem zazwyczaj dotyczy Ela, który to odwozi Bajaderkę do żłobka. Zaczyna później pracę, więc czasami, gdy wychodzę oni jeszcze śpią. Jednak, gdy mała obudzi się na równi ze mną, jakoś w pewnym momencie okazuje się, że czas za szybko pędzi, a wizja spóźnienia do pracy przekształca mamę w nerwową torpedę, która przestaje być wyrozumiała na opcje chodzenia przez kałużę trzy godziny albo dłużej.

8. Mleko w butelce

Nie miałam problemów z odzwyczajeniem małej od smoczka. Byłam zdeterminowana by to zrobić, zaplanowałam misję i poszło. Trzy wieczory dłużej pomęczyliśmy się z usypianiem i Bajaderka bardzo szybko smoczek pożegnała, bez większych ceregieli. Ładnie też poszło z odpieluchowaniem zarówno dziennym jak i nocnym. Za to mam jeden grzech śmiertelny na koncie. Nie umiem odzwyczaić mojego dziecka od mleka modyfikowanego podawanego… o zgrozo… w butelce ze smoczkiem! Takim totalnie zgryzionym, ale smoczkiem. Do tego jeszcze się usprawiedliwiam i uspokajam swoje sumienie, bo znam innych rodziców z tym samym problemem. Dla naszych dzieci butelka z mleczkiem to swoisty drag, lek na całe zło, idealny uspokajacz i usypiacz. Taka pozostałość z dzidziusia, która nas rodziców chyba w pewien sposób rozczula. Moje dziecię nie chce mieć nic wspólnego z mlekiem krowim, ani kozim. Nawet kakao ją nie rajcuje. Za to mleczko modyfikowane to coś bez czego nie wyobraża sobie życia. Gdy pakuję ją do babci na noc, przypomina mi o mleczku! Żebym przypadkiem nie zapomniała. Kiedy jest chora i nic jej nie smakuje, chce pić tylko swoje mleko. Wiem, że odzwyczajenie od dzidziusiowego nawyku musi nastąpić nagle, jak ze smoczkiem, ale póki co nie umiem jej tego odebrać…

Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie żałuję i postanawiam poprawę, ale czy sprostam temu postanowieniu, szczególnie w niektórych przypadkach to pewności nie mam. Tak jak sobie to wszystko analizuję to albo łatwiej jest wychowywać młodsze dziecko (wtedy większość postanowień udało mi się realizować), albo po prostu z czasem za bardzo odpuściłam niektóre tematy. A jak jest u Was?

  • To ja przekupstwo i tablet.
    Oddałam jej mojego….
    Jestem beznadziejna!

    Jedzenie .. hmm moje dziecko nie lubi fastfoodów, frytek nawet! Lubi kus – kus O.o ?
    Jedzenie temat rzeka.

    • Moja generalnie lubi zdrowe jedzenie, staramy się wszyscy tak odżywiać. Nie odwiedzamy raczej restauracji z fast foodem, sama w domu frytek też nie robię. Czasem pizzę zamówimy, albo sama zrobię (to częściej). Z pizzy najbardziej lubi ciasto najlepiej to które sama zrobię. Tyle, że z tymi lizakami trochę przegięcie i nie mogę odżałować jaglanki :/

    • Zdrowe domowe jedzenie z tradycjami
      http://www.przepismamy.pl

    • niestety czasami zwycięża nad nami lenistwo, wygodnictwo i nawyki.
      Po wielu nieprzespanych nocach daje się z reguły wszystko co ono che byle już spało, byle już nie płakało. Zmęczenie jest chyba najgorszym czynnikiem. Przynajmniej tak było w moim przypadku.
      Ale może się przyda przepis na niskokaloryczną szarlotkę (smaczna i szybka do robienia).
      Smakuje również dzieciom a nie tuczy.
      http://odchudzaniejestproste.pl/dietetyczna-blyskawiczna-szarlotka-bez-pieczenia-przepis/
      Mam nadzieję, że będzie smakowała.
      Pozdrawiam 🙂

  • Po pierwsze i przede wszystkim, brawa za szczerość!! Mało która matka potrafi przyznać się do swoich błędów. Choć zauważyłam, że wśród blogerek to ostatnio coraz mniejszy problem 😉 w wielu przypadkach mam podobnie. Też czasem mam wyrzuty sumienia bo odpycham dziecko na bok, by dokończyć obiad, zmyć naczynia, złożyć pranie…. telewizorem i słodkościami też czasem „ratuję” sytuację. Usprawiedliwiam się tym, że każdego wieczoru mam czas tylko dla niej, gdy leży już w łóżku, a ja czytam jej bajki i głaszczę po głowie, a potem uważnie słucham jej opowieści, które akurat jej się przypomniały. 😉 niestety, robotami nie jesteśmy. .. też czasem mamy gorszt dzień, źle się czujemy, albo mamy za dużo na głowie! Ważne, że zdajemy sobie z tego sprawę i rekompensujemy to naszym dzieciom kiedy tylko się da! 🙂

  • Ja Ci powiem tylko tyle: jakbym czytała o swoim dziecku i o sobie. Nikt nie jest idealny. ważne , żeby się starać robić wszystko najlepiej jak potrafimy. ☺

  • ~Marta

    Marta, dzięki za post. Przywróciłaś mi wiarę w moje rodzicielstwo, bo w myślach już się niejednokrotnie biczowałam, a na głos o sobie mówię „wyrodna matka”. Do grzechów dodałabym jeszcze : Nigdy nie zaprowadzę przeziębionego dziecka do żłobka/przedszkola/na plac zabaw…niestety

    • Ja mam ten komfort, że w razie choroby mamy dziadka, więc nigdy nie byłam zmuszona do takiej sytuacji.

    • ~Mag

      Super, tylko że twoje dziecko wyzdrowieje a w międzyczasie zarazi 19 pozostałych dzieciaków. Bardzo odpowiedzialnie….

  • ~passionatka

    Mój staż wprawdzie krótki ale grzeszków też już się dorobiłam… Jak już wspomniałaś m.in. telewizja. U mnie jako „skupiacz” uwagi, gdy np. ciężko trafić łyżeczką w uciekającą buźkę.

  • ~ewa

    Jakbym czytała o sobie 🙂 Na pocieszenie mam to, że na tle rodziców, którzy te grzechy popełniają nagminnie (typu dziecko całe dnie je śmieciowe jedzenie itp) u nas jest na prawdę dobrze 🙂 Ale grzechy są. W końcu jesteśmy tylko ludźmi i też mamy dni gorsze gdzie odpuszczamy, puścimy te bajki, czy damy lizaka dla świetego spokoju lub w ramach przekupstwa. O ile jest to sporadyczne, to nic się nie stanie myślę takiego 🙂 Co do oduczania butelki z mlekiem to u nas było tak, że synek pił to mleko na noc, przed snem i miałam wrażenie ze nie z konieczności picia, tylko z przyzwyczajenia. Próbowałam podawać mu z kubeczka ale nie chciał. Mnie bardziej w sumie chodziło o to picie na noc i ewentualne psucie ząbków. Pomógł przypadek 🙂 Powiedziałam raz synkowi (niecałe 3 lata), że nie wolno pić mleczka w nocy, bo robaczki przyjdą i zrobią dziurki w zębach. Od tej pory nie chciał pic na noc. Ale jak rano się budził, to pytał czy teraz może pic mleczko. Dałam, bo w sumie nie chciałam żeby pił na noc właśnie, a w dzień mi nie przeszkadzało. Ale po kilku dniach przestał się rano upominać i mam spokój z butelkami i mlekiem modyfikowanym:)

  • ~Gaja

    trudno być matką idealną nieprawdaż… 🙂 dlatego wkurzają mnie „mamuśki” krytykujące inne „mamuśki” o to że „źle wychowują swoje dzieci”… a… i jeszcze jedno… nigdy nie mów nigdy…:) co do kar cielesnych to nie demonizujmy… jeden klaps dany z miłością i troską jeszcze nikomu nie zaszkodził, a niejednemu pomógł… czy nie stosowanie kar i oparcie się tylko na nagrodach jest dobre… sądzę, że za jakiś czas taka metoda zostanie ostro skrytykowana jako niewłaściwa i szkodliwa… ale do tego czasu… uważajmy na to aby dzieci nie pozbawić tzw. wolnego wybiegu. Problem jest zauważalny w USA, gdzie 13 letnie dziecko idące po ulicy może być zgarnięte przez policję jako pozostawione bez opieki. Dzieci same nie mogą chodzić do szkoły, do sklepu, a o zabawie na tzw. podwórku mogą zapomnieć… „Najgorsza matka Ameryki” zawiązała akcję usamodzielniania dzieci. Bo dzieciom do właściwego rozwoju jest potrzebna zabawa, przygoda i odkrywanie świata w gronie rówieśników. Wypadki mogą się zdarzyć wszędzie i zawsze, bez względu na to czy będziemy trzymać dziecko krótko na smyczy, czy ją poluzujemy. Obecnie zachowujemy się tak jakby każdemu zdarzeniu ktoś był winien… każdy nieszczęśliwy wypadek wymaga znalezienia i ukarania winnych… no i niestety najłatwiej dokopać rodzicowi…

    • Akurat jeśli chodzi o kary cielesne to uważam, że częściej są rozładowaniem nerwów rodziców niż jakąkolwiek metodą wychowawczą. Nie jestem przeciwniczką kar w ogóle, ale cielesnym mówię nie. Zbyt łatwo jest przekroczyć tutaj granicę i stracić panowanie nad sobą.
      Jeśli chodzi o Amerykę to cóż – tam w każdej kwestii poszło coś źle w pewnym momencie. O żywieniu dzieci i otyłości już nie wspomnę…

  • ~tetryk

    Drogie Panie, Mamy; Żony kochane: jesteście NORMALNE! Prawdziwe, szczere. Tak właśnie wygląda prawdziwa codzienność wychowywania. Wiem co piszę. Razem z żoną doprowadziliśmy do dorosłości trzech Budrysów. A Wasze dzieci, wierzcie mi, kochać Was będą do końca swoich dni. Też wiem coś o tym choć Rodziców już nie ma…

    • Takie słowa są naprawdę pokrzepiające! 🙂 Dziękuję w imieniu swoim i innych matek, które czują się czasem winne swoich błędów. Wychowanie dzieci to ciężki orzech do zgryzienia.

  • ~Tadora

    Karmienie piersią, zdrowe jedzenie zero słodyczy. Potem była przedszkole, szkoła, dziadkowie i oczywiście nadwaga. Dzisiaj mój syn ma trzydzieści lat i to ja się od niego uczę co i jak jeść.

  • ~Pola

    Pamiętam, że jak byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem obiecywałam sobie dużo że sama będę gotowała dla dziecka nie będzie dużej ilości słodyczy zero telewizji. No cóż urodziłam dwoje dzieci i życie szybko zweryfikowało na co mam czas a na co nie. Dzieciaki dostawały jedzenie w słoiczkach bo ja wolny czas wolałam poświęcić na zabawę z nimi. Dzisiaj gotuje już jeden obiad dla całej rodziny ale raz w miesiącu zabieramy dzieciaki na pizze albo inny fast food. Słodycze u nas w domu stały się kartą przetargową 🙂 Jedna bajka dziennie czasem dwie 🙂 Nie jestem matką idealną na pewno popełniłam wiele błędów wychowawczych ale kto ich nie popełnia? 🙂

  • ~Belmirka

    Ha! Wiec jestem wyrodna matka… Pozwalam na soczki, slodycz, chipsy, frytki, lody, zaleganie przed TV/komputerem- fakt nie codziennie. Pozwalam za to dwa razy dziennie na butle kaszy (na prawdziwym mleku i z cukrem) przez demonizowany smoczek u 5-ciolatka (jego siostra pila kasze do 7-go roku zycia). Krzycze na dzieci, poganiam o poranku do szkoly a wieczorem do sprzatania zabawkowego balaganu i mycia. Ba! zdarzaja sie tez kary… i co? I nic! Wszyscy zdrowi na ciele i duchu. Dzieci maja prawo wiedziec, ze rodzice tez bywaja zmeczeni, wkurzeni, chorzy, ze samo sie nie zrobi, nie ugotuje, nie wyprasuje… Nie dajmy sie zwariowac. Ja tam super-kwoko-matka nie jestem. Im szybciej dzieciaki zrozumieja ze nie sa pepkiem swiata tym lepiej dla nich i dla nas.

  • ~Magatek

    Jakbym widziała siebie. Przy pierwszej ciąży były marzenia o tym jak to będę zawsze miała czas dla małej, będę jej gotowała obiadki słodycze won, tv też, dużo na świeżym powietrzu same ochy i achy;) A po porodzie przyszły realia…. Obiady owszem zawsze gotowałam i gotuje sama acz nie powiem że nie miałam kilku słoiczków na wszelki ,,W”, z czasem też nie było tak różowo bo nie ukrywajmy drogie mamy ale żadna z nas się nie rozerwie, słodyczy jak się okazało moja Niucha nie bardzo lubi, wie gdzie są i wie że może je jeść ale jak na razie są one sporadycznie wyciągane i z tego się cieszę. Tv o ile na początku było jak zbawienie- Reksio mógł lecieć cały dzień o tyle teraz mała ma trzy ulubione bajki i jak ich nie ma to nie chce nic innego. Wodę pije pomimo że soczki też lubi, na razie się z tego cieszę ale kto wie co mojemu dziecku się odwidzi np. jutro:-) Teraz czekamy na drugie maleństwo i już się nie łudzę że będzie jak w podręcznikach. Nie ma co dawać się zwariować:-D Ważne że dziecko jest szczęśliwe a że nie zawsze idzie po naszej myśli…. no cóż nie jesteśmy robotami:P

  • ~owsik1

    Cześć Ci i chwała, o wyrodno matko. Jedna z niewielu normalnych

  • ~mama Igi

    Podpisuję się dwiema rękami. U mnie wszystko to samo, niestety albo i stety;).
    Małej też nie mogę oduczyć pić mleka w nocy, milion wymówek, że w dzień nie pije, że nabiału nie lubi itp.
    Ważne, że dziecko kochane i szczęśliwe. Reszta do przeżycia:). Pozdrawiam serdecznie i wszystkiego dobrego życzę:):).

    • Dziękuję i pozdrawiam również 🙂

  • Ale jaki piekny rachunek sumienia zrobilas! Nie staraj sie na sile zostac idealna matka, bo idealy sa nudne 😉

    • Oj kochana, ja i ideał to dwie sprzeczności. A co więcej – dobrze mi z tym 😉