Mama sama i niebieskie migdały

Cenię sobie chwile samotności. Mimo że mam dużo znajomych i nie lubię się nudzić, od zawsze potrzebowałam w życiu odskoczni do swojego prywatnego świata. Może taka przypadłość jedynaków, a może niektórzy potrzebują samotności bardziej od innych. Może to kwestia przyzwyczajenia, bo znam osoby z dużych, wielodzietnych rodzin, które nie lubią zbyt często zostawać same ze sobą. Trudno powiedzieć. Mój El ma bardzo podobnie, dzięki czemu doskonale rozumiemy wzajemne potrzeby w tej kwestii i staramy się jedno drugiemu taki czas dla siebie i tylko siebie dawać. Nie muszę mieć tego czasu dużo, ale za to potrzebuję go regularnie.

Wiele matek zaczyna mieć problem z macierzyństwem, gdy nie dostają czasu na własne sprawy i myśli wcale. Dziecko bynajmniej tych potrzeb nie zrozumie. Małe dziecko chce być przy mamie jak najwięcej, a najlepiej cały czas. Kiedy ona idzie się kąpać, kiedy idzie do toalety, gdziekolwiek się nie ruszy. Gdy malec się czegoś obawia lub wstydzi będzie trzymać mamę za nogę lub spódnicę. Podąża za nią jak cień, „skrobiąc marchewki”, podchodzi pod nogi, depcze po palcach, robi wszystko by być jak najbliżej. To cudowne uczucie wiedzieć, że masz na świecie kogoś, kto tak bardzo cię kocha i potrzebuje. Niestety to uczucie zamiast wywoływać wzruszenie, staje się dla niektórych matek katorgą. Dla tych, które nie mają czasu dla siebie…

Mnóstwo kobiet jest obarczonych wychowywaniem dziecka w 100%, tak jakby wszystko co z tym związane należało tylko i wyłącznie do ich obowiązków. Czasem mąż czy partner i reszta rodziny narzucają przedpotopowy reżim, ale częściej to kobiety same się na taki stan rzeczy godzą, albo wręcz go powodują. Zaczyna się od tego, że po urodzeniu dziecka nie chcą nikogo do niego dopuścić i uważają, że wszystko one zrobią najlepiej. Dziecko, które tak już jest skonstruowane, że na początku życia najbardziej potrzebuje matki, zostaje całkowicie od niej uzależnione. Nie zna sytuacji, w której mama oddala się od niego choć na krok, więc, gdy w końcu do takiej sytuacji dochodzi zaczyna się histeria. Mama w tym momencie nabija sobie głowę, że jest straszna, chcąc opuścić na trochę swoje dziecko i czym prędzej z pomysłu rezygnuje. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej przykuwając się do muru i godząc na więzienie. Na dokładkę my matki zawsze, gdy próbujemy wyrwać się z domu czujemy wewnętrzne rozdarcie, bo chęć opuszczenia naszego dziecka jest tak samo ogromna jak potrzeba zostania z nim. Od tygodni, czy nawet miesięcy nie marzymy bardziej o niczym, jak o samotnym wyjściu gdziekolwiek, a kiedy to zrobimy dopada nas tęsknota, albo wyrzuty sumienia, albo jedno i drugie. Te uczucia są całkowicie normalne i warto nad nimi zapanować, by pozostać normalną i nie popaść w skrajności. Odchył za bardzo w jedną stronę, może po czasie zaprocentować zbyt dużym odchyleniem w drugą, charakteryzującym się absurdalną wręcz radością, gdy dziecka nie ma przy nas. To jak spuszczenie ze smyczy.

Kocham swoje dziecko nad życie, ale nie umiem całkowicie mu się poświęcić. Nie uważam by macierzyństwo, czy w ogóle rodzicielstwo musiało stanowić poświęcenie. Nie sądzę by poświęcenie było koniecznym elementem dążenia do ideału, a nawet wątpię, by prowadziło do czegoś dobrego. Wręcz odwrotnie. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i mamy swoje potrzeby. Niespełnianie tych potrzeb prowadzi do frustracji, a z czasem depresji. Sfrustrowana matka nie jest dobrą matką. To prosty schemat przyczynowo-skutkowy.

Uwielbiam babskie wypady z koleżankami. Same spotkania nie są chwilami prywatności, momentami pozostania w towarzystwie siebie samej i własnych myśli, za to stanowią doskonałą zabawę i reset codziennych problemów. Dodatkowo są one okazją do uszczknięcia odrobiny czasu w samotności. Podróżując na tego typu spotkania zawsze więc wybieram autobus zamiast auta. Nie zabieram ze sobą książki, nie słucham muzyki. Jestem tylko ja, moje myśli i przypadkowi ludzie dookoła. Inaczej wygląda podróż autobusem do pracy, jazda z dzieckiem do przedszkola, czy lekarza. To zupełnie inna bajka, gdy podążamy gdzieś w pośpiechu, na konkretną godzinę, z głową nabitą codziennymi obowiązkami, tworząc w myślach listę zakupów na dzisiejszy obiad, albo co mamy do zrobienia w pracy i po pracy. Gdy jedziemy spotkać się ze znajomymi, czeka nas chwila relaksu, a więc i myśli zaczynają błądzić swobodnie. Ostatnio, gdy wyrwałam się z przyjaciółką na kolację do ogródków w centrum miasta, uświadomiłam sobie jak bardzo odprężająca może być podróż autobusem. Oczywiście nie jechałam w godzinach szczytu, na stojąco i w uścisku w czasie upału. Miałam dla siebie całe pół godziny siedzenia, patrzenia w okno i dumania o niebieskich migdałach. W jedną i drugą stronę po tyle.

Okazji do spotkań mam wiele i nie z każdej korzystam, bo w końcu więcej wolnego czasu spędzałabym ze znajomymi, niż z rodziną, a nie mam takich potrzeb. Nawet bardzo rozrywkowa osoba, gdy zostaje matką, dlatego, że tego chciała, w pewnym momencie docenia uroki domowego spokoju i towarzystwa rodziny. Okazjonalny reset i trochę czasu dla siebie, który można znaleźć również pozostając w domu są w pełni wystarczające.

Lubię weekendy, podczas których Bajaderka nocuje u dziadków – choć są sporadyczne i czasami odwlekane w nieskończoność. Nie wyobrażam sobie „sprzedawać” dziecka w każdy weekend, czy nawet co miesiąc lub dwa. Choć cieszy mnie czas dla siebie, w tym czas dla mnie i Ela we dwoje, to najzwyczajniej tęsknię za Bajaderką, więc niezbyt często korzystam z uprzejmości babci i dziadka. Jednak komfort psychiczny związany ze świadomością posiadania takiej opcji jest ogromny.

Od zeszłego lata zaczęliśmy w rodzinie praktykować 2 tygodnie wakacji dziecka z dziadkami. Głównie chodzi o to, by Bajaderka mogła zostać dłużej nad morzem. Specyfika mojej pracy pozwala mi na wzięcie urlopu tylko na 2 tygodnie latem, ewentualnie potem jakieś pojedyncze dni, czy przedłużone weekendy. Nie chcę, by dziecko na tym traciło. Dlatego zaistniał taki pomysł. Płakałam jak bóbr wyjeżdżając z Elem po dwóch tygodniach rodzinnych wakacji, zostawiając Bajaderkę z dziadkami na kolejne 2 tygodnie (szczęście wtedy spała, bo jeździmy w nocy, a przy pożegnaniu w dzień jakoś dałam radę nie wyć jak syrena strażacka). Tęskniłam szalenie, a gdy mała wróciła, zryczałam się z radości na jej widok. Mimo że chodziłam do pracy, gdy dziecko było nad morzem, czasami nie wiedziałam, co z wolnym czasem zrobić. Obiecałam sobie jednak, że wykorzystam go w pełni na wszystko, co lubię. Wybrałam się do fryzjera, innego dnia – na długie zakupy, nadrobiłam zaległości w książkach i filmach, spotykałam się ze znajomymi (El w tygodniu pracuje do późna). W tym roku zaplanowaliśmy tą samą akcję wakacyjną i zarówno się cieszę jak i wiem, że będę tęsknić. Taka pogmatwana logika matki.

Dlaczego człowiek dorosły potrzebuje czasem odskoczni od dziecka? A no właśnie po to, by dać głowie odpocząć od obowiązków, od odpowiedzialności. Wychowywanie dziecka stanowi duże obciążenie, gdyż trzeba cały czas być przytomnym, skupionym, trzeźwo myślącym i przewidującym. Dotyczy to głównie małych dzieci, przy których musimy mieć stale oczy dookoła głowy. Nawet gdy się bawimy z maluchem, nawet gdy spędzamy z nim ciekawie czas, nasz procesorek musi działać na pełnych obrotach. Gdy jesteśmy przy dziecku jego potrzeby i to co chce nam przekazać są dla nas najistotniejsze, dlatego np. rozmowa ze znajomą, która nas odwiedziła nie może być w pełni swobodna. Pomijając charakterystyczne dla rozmawiających z kimś matek wstawki skierowane do dziecka, przypominające zespół Touretta, po prostu nie skupiamy się za bardzo na towarzystwie innej osoby w trakcie opieki nad dzieckiem. Będąc na spacerze nie możemy słuchać śpiewu ptaków, czy siedząc na ławce czytać książkę. Musimy bacznie obserwować poczynania naszego potomka: czy za daleko nie odejdzie, czy się nie przewróci, czy nie postanowi podnieść coś z ziemi i zjeść. Na plaży nie poleżymy na leżaku z zamkniętymi oczami, wystawiając twarz do słońca, chyba że mąż przejmie pałeczkę i zajmie się brzdącem, który tylko gdy znajdzie sposobność będzie próbował jak smakuje piasek. Przykłady można podawać w nieskończoność. Wszystkie mamy to znają. Bez względu na to, co robimy przy dziecku, nasz mózg pracuje na pełnych obrotach, dlatego czasem potrzebuje odpoczynku, resetu, częściowego wyłączenia się. Nie rezygnujcie drogie mamy ze swojego czasu na myślenie o niebieskich migdałach, a jeśli ktoś wam ten czas odebrał, walczcie o jego odzyskanie. To jedyny sposób zachowania równowagi.

1391671157_i6hmgr_600żródło: www.demotywatory.pl

  • Pewnie niektóre matki mają ochotę Cię ukamieniować 😉 wychowywanie dziecka bez poświęceń!? 🙂 ja też muszę mieć trochę czasu dla siebie, ale czasami denerwuje mnie towarzystwo w ubikacji i milion pytań, gdy ja akurat załatwiam cos ważnego przez telefon. 😉 co do wakacji… z dziadkami córka wyjechała już dwa razy ale na góra 5 dni. W tym roku jadą nad morze na dwa tygodnie i zabierają ją ze sobą, ale po tygodniu chcemy do nich dołączyć. Tu akurat chodzi o naszą tęsknotę i to, by świeżo urodzony syn, też pobył chwilę w lepszym klimacie 😉 No i największy grzech mojego macierzyństwa- gdy córka miała trzy miesiące, zostawiłam ją u dziadków i wyjechałam z mężem do Krakowa na weekend! No dobra… budzilam się w nocy parę razy ale taki wypad był dla mnie relaksem po 9ciu miesiącach ciąży i po porodzie! No….i średnio raz w tygodniu, córka zostaje na noc u dziadków!

    • To że robię coś z dzieckiem lub dla dziecka, albo rezygnuję z czegoś dla siebie bym mogła dać to dziecku nie traktuję jako poświęcenie, a normalność, sprawia mi to satysfakcję nawet (wolę np. kupować rzeczy małej niż sobie). Jednocześnie nie boję się realizować swoje pragnienia i potrzeby. Po prostu słowo „poświęcenie”, nigdy nie powinno pojawiać się w temacie macierzyństwa. Nie o to w byciu dobrą matką chodzi.

  • W moim przypadku NA SZCZĘŚCIE moje dziecko pragnie równie mocno jak ja od czasu do czasu rozłąki. Mam ten komfort, że mieszkam z rodzicami. Ale, jak wiadomo, wszyscy pracują, każdy ma swoje obowiązki. Moja mama jest nauczycielką, więc wakacje spędza raczej w domu (raczej, bo uczy maluszki, więc jeśli jest taka potrzeba musi się nimi zająć). Mój tata wraca o 15 i Młody ma chyba zakodowany jakiś taki biologiczny zegar mówiący mu, że już chyba jest około 15, bo czeka tylko na dziadka pod drzwiami. Młody uwielbia towarzystwo inne niż moje i uważam, że to zaleta. Nie jestem typem matki, która ubolewa, że dziecko za nią nie płacze. Wiadomo, są takie chwile, kiedy czuje się dobrze tylko z mamą (choroba, gorszy dzień). Wtedy przytulam go mocno i on doskonale wie, że go kocham ponad życie. Mój mąż niestety pracuje długo i on zdecydowanie ostatnio znajduje siebie zbyt dużo odskoczni od rodziny. Obiecał, że to sie zmieni. Zobaczymy.
    Rację masz również z tą potrzebą samotności, a właściwie jej brakiem u osób z wielodzietnych rodzin. Mój Luby ma piątkę rodzeństwa. I zawsze kiedy chcę, żeby zabrał Młodego na chwilę, żebym mogła nawet sama poleżeć, on po 5 minutach zjawia się przy mnie. Nie mówię, że to źle, ale sama rozumiesz, ja tej samotności potrzebuję bardzo. Tej takiej własnej przestrzeni. Prywatności.

  • Bardzo mądry tekst. Wiem, co czujesz – miewam podobne chwile. Czasem trzeba po prostu odpocząć i nie ma to nic wspólnego z brakiem miłości do dziecka. Zwłaszcza, że to, co najbardziej męczy, to siedzenie w czterech ścianach, gdy mama nie pracuje lecz zajmuje się domem.

  • Ja nie uwazam, aby odstapieniem dziecka na krok mozna mu bylo zrobic krzywde. Popieram, bo musi sie jakos uczyc samodzielnosci. I doskonale rozumiem, ze rezygnacja ze spotkan czy pasji do niczego dobrego nie prowadzi.

    • Wszystko zależy od wieku dziecka. Takie co dopiero zaczęło chodzić raczej się nie odstępuje na dworze, w domu tez się pilnuje. Moje tego wymagało, bo często przewracała się tak, że uderzala się w głowę

  • Moja żona kiedy wychodzi gdzieś na spotkanie często dzwoni do mnie pytając jak synek (2 lata). Mówię jej, żeby zapomniała o nas bo ma czas dla siebie. Zauważam, że potem jej energia wzrasta a spotkania pozytywnie ją nakręcają, co przekłada się na nasze relacje. Musi być równowaga, dziecko też musi wiedzieć, że nie zawsze będzie z mamą, w naszym przypadku tym bardziej, bo zamierzamy niedługo wysłać brzdąca do żłobka.