Najpierw dziecko, potem Tokio

2009 rok. Lotnisko w Monachium. Właśnie pożegnałam się z menadżerką jednego z oddziałów firmy, w której pracuję. Miałyśmy przybliżone godziny odlotów do swoich krajów, więc odwieziono nas na lotnisko razem. Jestem wykończona i mam wrażenie, że mój mózg paruje od nadmiaru informacji. Przyłapuję się na myśleniu w języku angielskim. Niby tylko trzy dni byłam wśród ludzi, którzy nie znają słowa po polsku i już tak się przestawiłam. Jak to możliwe? Pytałam kiedyś jednego z trójjęzycznych szefów tureckiego pochodzenia, mieszkającego na stałe w Niemczech, w jakim języku myśli. Stwierdził, że w tym, w którym akurat mówi, czyli najczęściej w niemieckim.

Zasiadam na swoim miejscu w samolocie i wyciągam organizer. Muszę szybko zrobić notatki z ostatniej, szybkiej rozmowy z prezesem, by nic mi nie uciekło. Tyle planów, tyle zmian się zapowiada. W tak młodym wieku mnie dostrzegli, więc nie mogę zawieść. Lot trwa nie dłużej jak 20 minut. Niestety czeka mnie jeszcze przesiadka w Zurychu.

Po wylądowaniu w Zurychu biegnę na samolot do Polski. Przesiadka jest zaplanowana na styk. Zadziwia mnie doskonała organizacja tak wielkiego lotniska. Nie muszę się błąkać, tylko lecę według wyraźnych oznaczeń. Po chwili zwalniam na wieść o tym, że lot zostanie przesunięty z powodu burzy. Kolejne 2 godziny jestem uwięziona na lotnisku jednego z najbogatszych krajów świata. Nie jest mi źle z tego powodu. Wreszcie mogę się trochę rozluźnić, bo nie prowadzę konwersacji z wszystkimi szychami firmy, a kelner restauracji pięciogwiazdkowego hotelu nie przygląda się bacznie, czy aby przypadkiem nie skończyła się w mojej filiżance kawa. Szczęka boli mnie od ciągłego uśmiechu. Przez ostatnie trzy dni byłam sama tylko tyle, co podczas krótkiego snu. Kolacje kończyły się zazwyczaj po północy, a o 6:00 już w pełnej gotowości zasiadaliśmy do śniadania w hotelowej restauracji. Mieliśmy być fresh & crispy – jak zarządził dyrektor. Przypomina mi się jak jeden z naszych zagranicznych szefów, trzymających pieczę nad polskim oddziałem, zasnął przy stole podczas wspólnej kolacji w Polsce, wydanej na pożegnanie menadżera, który odchodził. Grzaliśmy z niego równo. Teraz rozumiałam jego zmęczenie.

Każdego dnia pobytu po śniadaniu jeździliśmy do biura. Tam siedzieliśmy do 17:00. Większość czasu trwały dyskusje na sali konferencyjnej. Każdy musiał się produkować. Potem osobne rozmowy z dyrektorem. Trochę zwiedzania europejskiej centrali. W międzyczasie jakiś lunch w pobliskiej restauracji, a potem znów burza mózgów przy wielkim stole w firmie. Po opuszczeniu biura wspólna obiadokolacja, kończąca się w późnych godzinach nocnych. I kolejny dzień masz być fresh & crispy od 6:00. Taka tam delegacja. Codzienność większości tych ludzi.

W późniejszych miesiącach wiele razy spotykaliśmy się naszą polską ekipą z menadżerką jednego z pomniejszych krajów – weteranką firmy, pracującą od kilkunastu, jak nie dwudziestu paru lat. Dziwiliśmy się, że ona, będąc w eleganckiej restauracji zamawia do jedzenia… gotowane ziemniaki. Nie była w stanie nic innego przetrawić. Miała jakieś straszliwe problemy z żołądkiem. Poza problemami ze zdrowiem posiadała też oryginalną torbę od Louis Vuitton, eleganckie ciuchy (głównie czarne) i… wieczne wory pod oczami, mimo makijażu. Kiedyś przyznała się, że jej syn, który jest po trzydziestce wciąż mieszka z nią i jest bezrobotny. Nie wiem czemu zebrało jej się na wyznania od serca, ale postanowiła podzielić się swoją historią rozwoju kariery kosztem dziecka. Syn w dzieciństwie zawsze jako ostatni był odbierany z przedszkola, czy szkoły. Kiedyś, dawno temu, jeszcze w przedszkolu powiedział jej, że marzy, by mama raz odebrała go jako pierwszego… Zastanawiałam się, po co mi takie rzeczy opowiada, gdyż nie byłyśmy jakoś super blisko, a ja nie miałam wtedy w planach zakładania rodziny. Dopiero co poznałam Ela i umawialiśmy się na randki. Może chciała pokazać młodej siksie, że kariera równa się wyrzeczenia.

Jakie wnioski wysnułam obserwując tych wszystkich menadżerów, ludzi „sukcesu”, gdy sama omal nie wpadłam w sidła „wielkich aspiracji”? Wszyscy są niewolnikami, wiecznie zmęczeni i schorowani, poświęcili swoje życie dla człowieka bogatszego i skuteczniejszego od nich. Owszem mają pieniądze, najnowsze gadżety, drogie ubrania, fajne firmowe samochody, ale dobra materialne to jedyne, co posiadają. Podróżują dużo, ale są to głównie wyjazdy służbowe, podczas których niewiele mogą zwiedzić, czy uszczknąć z takiego pobytu cokolwiek dla siebie. Rzadko chodzą na urlopy, a nawet na wakacjach muszą odbierać maile i telefony od dyrektora, czy ważniejszych kontrahentów. Każde spotkanie i rozmowa telefoniczna z dyrektorem zarządzającym jest dla nich stresująca. Nie mogą sobie pozwolić na swobodną kreatywność, bo jeśli coś nie pasuje dyrektorowi to wiadomo, że nie przejdzie. Z czasem są w stanie przewidzieć, jakie tematy w ogóle nie należy poruszać w towarzystwie bossa, jakich pomysłów mieć nie można.

Oczywiście na świecie jest masa różnych zawodów, w których praca wygląda trochę inaczej. Inne problemy dotyczą lekarzy, prawników, artystów, biznesmenów. Nikt nie ma lekko i bardzo trudno jest nie zatracić w pędzie za karierą siebie, szczególnie gdy ma się parcie na dużą kasę.

Jak społeczeństwo postrzega życie tego typu menadżerów, nie znając go od wewnątrz? Jako raj na ziemi. Przecież stać ich na wszystko. To ambitni ludzie sukcesu, którzy zaczynając od najniższego szczebla kariery, wzbijają się coraz wyżej i wyżej. Niektórzy pochodzą z naprawdę biednych krajów, ale udało im się. Cena jaką muszą za to zapłacić nie gra roli. O tym się nie mówi. Osoby, o których napomknęłam straciły zdrowie, a matka poświęciła macierzyństwo. Większość to rozwodnicy. Sen jest dla nich przywilejem. Znam kobietę z tych kręgów, z zewnątrz piękną i zadbaną, która od lat stara się o dziecko.  In vitro też próbowała. Niby nie jest taka stara. Podobnie, jak główna bohaterka spotu Nie odkładaj macierzyństwa na potem.

woman-hand-smartphone-desk

TAK WIEM, cała kampania jest zupełnie oderwana od polskich realiów, dlatego nie rozumiem, czemu tak bardzo bulwersuje osoby, których w ogóle nie dotyczy. Jest źle zrobiona, bo identyfikować się z postacią z kampanii mógłby znikomy procent kobiet w naszym kraju. Większość odkłada macierzyństwo z zupełnie innych względów. No bo umówmy się – 25-latka, która mieszka jeszcze z rodzicami lub wynajmuje mieszkanie, awansując co jakiś czas w korpo i wydając połowę pensji na ciuchy w sieciówkach nie powinna się porównywać z panią ze spotu, a właśnie tego typu kobiety to robią, najbardziej czepiając się szczegółów filmiku. Krytykują po całej linii macierzyństwo i twierdzą, że naciska się je, by zmarnowały sobie życie i wszystkie szanse przez DZIECKO. Z takimi opiniami za sprawą tej hucznej kampanii spotkałam się najwięcej (pomijając zwalanie wszystkiego na warunki panujące w państwie). Ok, fajnie że taka jedna z drugą panią są zadowolone z siebie, żyjąc w kraju narzekaczy, ponadto myślą, że robią wielką karierę, a ambicja wylewa się im uszami, ale…  no proszę ludzie, bądźmy realistami. Która z nich osiągnie choć połowę tego, co postać ze wspomnianego spotu?  Ekskluzywny, wielki dom i wyjazdy do Tokio. Czemu więc odbierają tą kampanię tak  personalnie? Ja odczytałam ją bardzo dosłownie i nie ma tam niczego nieprawdziwego. Problem tkwi w tym, że większość ludzi nie potrafi się postawić w sytuacji głównej bohaterki spotu, bo jest ona przypadkiem reprezentującym bardzo małą grupę społeczną. Tu nie chodzi o to, co ta kobieta osiągnęła i że inne nie powinny do tego dążyć. Tu nie chodzi o to, że przedstawicielki płci pięknej mają wracać do garów i rodzić dzieci. Tu nie zabrania się mieć ambicje i osiągać sukcesy. Większość, co piszą ludzie na temat tej kampanii to już mocna nadinterpretacja. Spot daje tylko do zrozumienia, że na wszystko w życiu mamy praktycznie nieograniczony czas, poza macierzyństwem! Biologii nie da się oszukać. Dlatego warto jest czasami się zatrzymać w biegu i pomyśleć pod tym kątem. Jeszcze raz uporządkować priorytety. Bo jeśli mamy w planach macierzyństwo, ale jest ono ustawione na szarym końcu zadań do wykonania, to najzwyczajniej w świecie może nam nie wystarczyć czasu na zrealizowanie tego ostatniego punktu. O to tylko chodzi w całej kampanii. Nie pędź, zatrzymaj się, nie przegap czegoś ważnego, a nie: rodź dzieci, rodź dzieci, rodź dzieci, bez względu na to czy chcesz być matką i nie zważając na sytuację życiową oraz warunki. Możesz mieć dzieci, możesz się realizować, możesz osiągać sukcesy, tylko musisz wszystkie swoje plany odpowiednio ułożyć, nie odkładając macierzyństwa na sam szary koniec, jak mówi wprost tytuł kampanii. Natomiast z mojej notki dodatkowo morał płynie taki, że wysokie stanowisko w międzynarodowej, wielkiej firmie i duże pieniądze to nie zawsze droga do sukcesu. To wyrzeczenia, poświęcenia, rezygnacja z własnego życia, niejednokrotnie utrata zdrowia. Jeśli bycie rodzicem to według wielu młodych, bezdzietnych ludzi kula u nogi, to czym jest niewolnictwo np. w korporacji? Zniewolić się możemy na wiele sposobów. Na szczęście czy się na taki stan rzeczy zgodzimy, czy nie, zależy tylko i wyłącznie od nas samych i decyzji, które podejmiemy. Pamiętajmy również, że sukces dla każdego oznacza co innego. To samo ambicje – są różne. Dlaczego kobiety, które wybrały pozostanie w domu, by w pełni oddać się wychowaniu dzieci są uważane za gorsze od korpo-niewolników? Mówi się, że mają mniejsze ambicje i się nie rozwijają. Macierzyństwo to cenne doświadczenie, uczące dobrej organizacji czasu, odpowiedzialności, kreatywności. Już nie będę się rozpływać w tej cudowności, bo mi zaraz co poniektórzy zarzucą, że wyolbrzymiam i upiększam. Powiedzmy tak: są osoby, które potrafią z macierzyństwa czerpać inspirację dla siebie i prowadzi to do rozwoju, są osoby, które inspiracji nie znalazłyby nawet w trakcie miesięcznej podróży dookoła świata, pełnej niecodziennych przygód. W każdym razie dziecko nie jest przeszkodą w samorozwoju, a ślepy pęd za karierą to nie zawsze gwarancja sukcesu.

Nie jest możliwe jakąkolwiek kampanią społeczną zachęcić kobiety, które nie chcą być matkami do rodzenia dzieci. Postawienie takiego celu jest bezsensowne. Żadna, nawet najlepiej zrobiona kampania nie wpłynie na tak poważną decyzję życiową. Natomiast kampania nakłaniająca do przemyśleń, będąca ostrzeżeniem to według mnie strzał w dziesiątkę. Nie mogę powiedzieć, że spot, który wywołał tyle szumu jest idealny, bo sama preferuję, gdy ludzi łapie się od ich wrażliwej strony, a nie denerwuje. Bardzo ważnym celem każdej kampanii jest dotarcie do jak największej liczby odbiorców i skłonienie ludzi do refleksji, czy nawet dyskusji, a to się twórcom Nie odkładaj macierzyństwa na potem bez wątpienia udało.

Poniżej omawiany spot, choć nie wiem, czy znajdzie się osoba, która go w ostatnim czasie nie widziała:

  • ~Monika

    Dobrze, ze ktos rozumie to tak samo jak ja 🙂

  • Uwielbiam Cię czytać. Raz, że względu na to jak przyjemnie się czyta. Dwa, bo często w Twoich tekstach odnajduje siebie. Sama pracowałam w korporacji. Cztery lata. Owszem, rozwijałam się. Ale była to praca na pełnych obrotach. Studiowałam dziennie wiec zatrudniona na umowę zlecenie zrywałam noc za nocą. Efekt? Kasy dużo, bo który student zarobi 3000 na rękę? A oprócz tego? Wrzody żołądka, wypadające włosy. -10 kg. Zero snu, jak sama napisałaś. Kiedy patrzę wstecz wiem, że nie było warto. A patrząc na Młodego jestem dumna. Bo okazał się moim największym życiowym sukcesem. Świetny tekst!

    • Ja nie mogę powiedzieć, że wiem co to praca w typowej korporacji, bo firma, w której pracuję nie jest korporacją. Chcąc pozostać w polskim oddziale można powiedzieć, że drabina awansów się kończy, a aspirując na menadżera trzeba wyrzec się części życia (przez wyjazdy) i zdrowia (przez stres). Typowe w firmach zagranicznych.
      Dzięki za miłe słowa 🙂

  • ~BBP

    W samo sedno! Bardzo dobry tekst.

  • No tak… sama prowadziłam z mężem firmę i nasza córka też zostawała w przedszkolu sama, do samego końca. Dużo pracowaliśmy, nasze portfele zapełniały się szybciej ale wszystko do czasu…. zaszłam w drugą ciążę, a w firmie zaczęły się komplikować rzeczy na które nie mieliśmy wpływu i wszystko się rozpadło… i wiesz co…? Na szczęście!! Jedyne czego mi szkoda to to, że zostały nam kredyty do spłacania. Teraz mąż pracuje jako taksówkarz, a nasza córka odbierana jest z przedszkola jako jedna z pierwszych. Popołudniami mamy czas dla siebie i dużo mniej stresów. Nigdy więcej pogoni za pieniądzem! Wolimy żyć skromniej ale w spokoju i wspólnie. 😉

  • ~Kamyczkowa_Mama

    Idealnie napisane, bardzo to lubię!!!

  • No cóż. Jako target tej kampanii (tak, w Tokio też byłam) mogę powiedzieć, co w niej jest nie tak.
    Po pierwsze, kobiety nie są głupie i podejrzewam, że większość z nas doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że zegar tyka, a cofnąć się go nie da. Nie trzeba tego uświadamiać za pomocą rzewnych spotów reklamowych.
    Po drugie, pomysłodawcy pojechali stereotypem przyprawiającym o ból zębów i założyli, że w życiu kobiet robiących karierę jedynym czynnikiem decydującym o nieposiadaniu dziecka jest kariera właśnie. To bywa znacznie bardziej skomplikowane.
    Po trzecie, jak, oglądając taki filmik, ma się poczuć kobieta, która owszem, osiągnęła zawodowy sukces, chce mieć dziecko, ale nie ma z kim? Albo ma z kim, ale nie wychodzi? A jeśli to zdaniem szanownej fundacji nieistotne, to dlaczego są przeciwko in vitro?…
    Po czwarte, cała ta fundacja fatalnie zareagowała na falę krytyki i zamiast otworzyć się na dyskusję, arogancko ogłuchła.
    Nie twierdzę, że starzejące się społeczeństwo nie jest problemem – jest. Ale ktoś, kto pomyślał, że spot reklamowy wystarczy do skłonienia kogoś do refleksji nad własnym życiem, musiał być bardzo naiwny. Jak sama piszesz, to zależy wyłącznie od nas i decyzji, które podejmiemy. I nikomu nic do tego. Poważnie – jedyne refleksje, jakie miałam po obejrzeniu tego dzieła, dotyczyły intelektu i empatii pomysłodawców.

  • Cały ten spot ma jakiś taki negatywny wydźwięk. Jak dla mnie jest szary i przygnębiający. Myślę,że tego typu kampanie powinny raczej kłaść nacisk na pozytywy płynące z macierzyństwa i na koniec podkreślić hasło: „możesz już nie zdążyć” albo coś w tym stylu. Tymczasem jest spot, który zupełnie nie kojarzy mi się z podjętym tematem.

  • Dla mnie osobiście środowisko korporacji i pęd do robienia kariery to jeden koszmar. Ale nie mogę tego obiektywnie oceniać, ja po prostu tak mam, że dla mnie to coś, co mnie odrzuca. Nigdy nie chciałam robić żadnej kariery i najszczęśliwsza jestem siedząc w domu, zajmując się rodziną i pisząc książki 🙂