Ciąża, czy poronienie, a co za różnica?

Empatia to obecnie bardzo rzadka zdolność. Możesz się z nią spotkać u osób ci bliskich, które cię kochają, więc zrozumienie tego, co czujesz jest dla nich ważne. Czasem znajomi wykrzeszą jej trochę dla ciebie, gdy coś złego wydarzy się w twoim życiu. Osoby całkiem ci obce rzadko się taką zdolnością charakteryzują, nawet te, które z racji wybranego zawodu – powinny, jak np. lekarz, pielęgniarka, opiekunka dzieci, osób starszych, czy niepełnosprawnych, pracownicy hospicjum. Jestem przekonana, że żadne pieniądze świata tego problemu by nie zmieniły. Albo ktoś empatię odczuwa, albo nie, więc usprawiedliwienia typu „za małe zarobki” w poszczególnych zawodach nie są wytłumaczeniem.

Życie, jak do tej pory oszczędziło mi pobytów w szpitalu. Pomijając jednodniowy zabieg, który miał miejsce ponad 10 lat temu, leżałam w szpitalu dwa razy – raz po porodzie z Bajaderką, a drugi z powodu poronienia ponad trzy miesiące temu. W trakcie porodu nie doznałam taśmowego traktowania, o którym wspomina większość kobiet rodzących w państwowych szpitalach, ale też zdecydowałam się na wynajęcie znakomitej położnej, aby takiej sytuacji uniknąć. Poza tym rodziłam w nowym, prywatnym szpitalu, który dopiero co podpisał umowę z NFZ i zależało mu na dobrej opinii pacjentek (znaczy dyrektorowi zależało, bo pracownikom szpitala oczywiście nie wszystkim, ale to już temat na osobną notkę). Zanim wybrałam szpital nasłuchałam się tysięcy opowieści o tym, jak źle traktowane są kobiety podczas porodu w naszym kraju. Raz na jakiś czas padły gdzieniegdzie pozytywne opinie. Słowem, wszystko było uzależnione od ekipy, która akurat miała dyżur w szpitalu. Albo trafili się ludzie z empatią, albo bez. To trochę jak wygranie losu na loterii.

Mało pozytywne opowieści potwierdziły się, gdy trafiłam do ogromnego, państwowego szpitala, po tym jak lekarz USG zdiagnozował w 7 tygodniu ciąży puste jajo płodowe. Zostałam skierowana do owej placówki w celu usunięcia patologicznej ciąży, jeżeli samoistnie nie zostanie poroniona w ciągu kilku dni. Wcześniej, w swoim życiu nie raz natknęłam się na jakąś dramatyczną opowieść, opisującą poronienie w szpitalu, albo co gorsza przedwczesny poród obumarłego płodu. Nie były to tylko historie znalezione w internecie, gdyż niestety jedna z moich bliskich znajomych również taką sytuację przeżyła, tracąc dziecko w 20 tc. To, co spotkało mnie, nie jest w ogóle adekwatne do znanych mi straszliwych, wręcz skandalicznych wydarzeń, aczkolwiek pozostawiło po sobie niesmak i refleksję na temat deficytu empatii we współczesnym świecie. Chodzi o taśmowe traktowanie kobiet na oddziałach związanych jakkolwiek z ciążą. Możliwe, że problem dotyczy i innych oddziałów, ale nie doświadczyłam tego, więc wypowiadać się i rozprzestrzeniać historie jedynie zasłyszane – nie będę.

Zacznijmy od przyjęcia do szpitala. Gdy cię w końcu wywołają przechodzisz do szatni, by się przebrać, męża odsyłają na oddział, a ty oczekujesz wraz z tłumem pozostałych pacjentek na przyjęcie przez położną, czy tam pielęgniarkę i lekarza. Położna bada ciśnienie i przeprowadza standardowy wywiad, typu która ciąża, który poród (to pytanie jest dziwne, bo jeśli jesteś w trakcie poronienia to nie wiesz czy masz uznać to za poród; w papierach przy wypisie poronienie jest zaznaczone jako poród, jak się potem okazało), podajesz wzrost i wagę, odpowiadasz na pytania związane z przebytymi poważniejszymi chorobami (zarówno tymi w najbliższej rodzinie). Wszystko trwa jakieś 2-3 minuty, a potem na podobne pytania odpowiadasz jeszcze lekarzowi w innym gabinecie. Jeśli chodzi o położne ja trafiłam na te ludzkie. Zmartwiły się moją dopiero co przebytą grypą bostońską, która najprawdopodobniej była winna wstrzymania rozwoju ciąży. Usłyszałam nawet słowa pocieszenia. Gdy weszłam do lekarza, nim jeszcze usiadłam, rozległ się znudzony ton człowieka w białym kitlu:

Tamara Tur, puste jajo?

Stary gbur z nosem w papierach, które dopiero co przysunął, odkładając te należące do poprzedniej pacjentki, w końcu na mnie spojrzał, oczekując odpowiedzi.

– Tak, Tamara Tur puste jajo – odrzekłam sztywno. Dalej wyrecytował w biegu standardowe pytania, usłyszał szybkie odpowiedzi, po czym podał nazwisko następnej pacjentki, którą miałam wywołać wychodząc i neeext. Ruszyła taśma.

Poczułam się nazwana pustym jajem. Dobra wiem, że w szpitalach czasem tak się mówi i np. te 10 lat temu pielęgniary mówiły o mnie „ciśnieniowa nadżerka”, bo miałam niskie ciśnienie i poważną nadżerkę wycinaną z fragmentem szyjki macicy. Jednak poronienie to dla kobiety ciężki temat. Nie raz potrzebna jest wizyta u psychologa, jak nie psychiatry po utracie dziecka. Lekarz najwidoczniej nic sobie z psychiki pani Puste Jajo nie robił.

Po tych formalnościach, co parę minut pielęgniarki wywoływały grupę kobiet, które rozprowadzane były po oddziałach docelowych. Ja szłam z kilkoma brzuchatkami w zaawansowanej ciąży i dwiema kobietami, u których brzuszków jeszcze nie było widać. Wjechałyśmy na górę, ale zanim ulokowano nas po salach, radosna położna oznajmiła:

– No to teraz ustawcie się do słuchania serduszek waszych maluszków!

Spojrzałam na nią i w tym momencie zorientowała się, jaką gafę strzeliła dodając:

– Oprócz pani…

Tego samego dnia, już po przyjęciu trafiłam na badanie USG, które miało potwierdzić brak zarodka. Kilka dni wcześniej, jak opisywałam w notce pt. Postludium byłam jedną dobę w szpitalu i wypisałam się na własne życzenie, aby poczekać z usunięciem jaja do 8tc. Jeśli do tego czasu nie wytworzyłby się zarodek, miałabym pewność, że to nie pomyłka lekarzy (jestem nieufna, a niektórzy na obchodzie nawet sugerowali, by poczekać, bo czasem takie cuda się zdarzają i zarodek wytwarza się z opóźnieniem). Lekarz, który miał przeprowadzić to ostatnie, decydujące USG najwyraźniej potraktował moją decyzję za jakiś psychopatyczny pomysł, gdyż usłyszawszy całą historię, zmierzył mnie wzrokiem i zapytał nieprzyjemnym tonem:

– Ale chyba zdaje sobie pani sprawę, że jak nie znajdziemy teraz zarodka to sytuacja jest przesądzona? Ile chce pani jeszcze z tym chodzić?

Naprawdę cieszę się, że moja sytuacja klarowała się od jakiegoś czasu, dzięki czemu miałam czas na wypłakanie oczu w zaciszu domowym. Mogłam sobie wszystko wytłumaczyć i pogodzić się z faktem, że zważywszy na niezbadanego do końca enterowirusa grypy bostońskiej może i lepiej, że stało się tak teraz, a nie później. Widocznie tak miało być. Jakbym była z tym wszystkim na świeżo, dopiero co dowiedziała się o utracie ciąży, albo poroniła istotkę, której biło już serduszko, naprawdę te przytoczone sytuacje mogłyby spowodować rozbicie się na drobne kawałki. Ale co to obchodzi tych wszystkich ludzi? Przecież to ich codzienność. Setki takich jak ja, albo i gorszych przypadków się przewija…

Kolejnym ciężkim tematem w klimatach ciąży patologicznej jest trzymanie razem pacjentek z żywymi ciążami, wraz z tymi, które poroniły, albo wiadomo, że nic już z tego nie będzie. Leżąc na oddziale jest się bombardowanym odgłosami bijących serduszek z brzuchów przyszłych mam. Mnie spotkała jeszcze taka sytuacja:

Tego samego dnia, gdy trafiłam do szpitala, kilka godzin później na moją salę doszła młoda dziewczyna w pierwszej ciąży z silnym krwawieniem w 5tc. Na drugi dzień, kiedy u mnie zaplanowano podanie pigułki wywołującej skurcze i rozszerzającej szyjkę macicy okazało się, że dziewczyna ta również poroniła, ale ponieważ nie oczyściła się do końca również dostanie pigułkę. Chcąc, nie chcąc płakałyśmy razem, pocieszałyśmy się, zbliżyła nas ta tragiczna sytuacja, bo kto inny może cię zrozumieć, jak nie osoba, która przechodzi to samo? W dniu, w którym dostałam pigułkę, a koleżanka dowiedziała się, że to koniec i następnego dnia czeka ją identyczne postępowanie, doszła na naszą salę bardzo pozytywna babka, w piątej ciąży, po czterdziestce, z podejrzeniem zespołu Downa u płodu, czego i tak nie przyjmowała do wiadomości, czując, że wszystko jest dobrze (i było, jak się potem okazało!). Niefajnie mogła czuć się w ten dzień, gdy poznała nas dwie, zapłakane i zdołowane. Na szczęście okazała się tak pozytywną osobą, że swoim optymizmem zarażała innych. Dzięki niej jakoś szybciej pozbierałyśmy się do kupy.

Jeszcze przed wieczornym obchodem tego dnia, gdy dostałam pigułkę przyszły na naszą salę położne i oznajmiły, że mnie przenoszą, gdyż jestem po pigułce i nie mogę być na sali, z kobietami w ciąży (nie ważne, że koleżanka obok była w trakcie poronienia, które chcieli kolejnego dnia przyspieszyć pigułką). Zrobiło mi się strasznie źle. Polubiłam te kobitki. Nasza wieloródka-świruska (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) utrzymywała znakomitą atmosferę, że nawet dziewczyna, która poroniła pierwszą ciążę wyglądała po rozmowach z nią znacznie lepiej. Ale cóż, takie zarządzenie. Zebrałam swoje manatki, położne wywiozły moje łóżko i trafiłam na ciemną salę, na wspomnienie której wciąż dostaję gęsiej skórki. Były tam dwie dziewczyny. Jedna cały czas szlochała lub patrzyła się w dal mętnym wzrokiem, druga krzyczała, że za dużo krwi traci po pigułce, którą dostała. Zobaczywszy tą sytuację, z moją lekką fobią szpitalną stwierdziłam, że gdy zostanę na tej sali, będą musieli mnie przenieść na oddział psychiatryczny. Zaczęłam sobie wkręcać, że za chwilę zacznie się ze mną dziać to samo, co z tą spanikowaną dziewczyną, której na domiar złego strasznie obniżyło się ciśnienie i zaczęła tracić przytomność, a przynajmniej tak mówiła. O ile tego typu obrazki nie robią na ludziach wrażenia, gdy oglądają Dr House’a, o tyle bycie obok, jako pacjent w podobnej sytuacji rozwala banię. W rzeczywistości reakcja personelu, nie jest tak błyskawiczna, jak na filmach. Dziewczyna długi czas utrzymywała, że odpływa i dopiero, gdy powiedziała, że przestaje widzieć na oczy zmierzono jej ciśnienie i podjęto decyzję o natychmiastowym łyżeczkowaniu. Moje ciśnienie natomiast, skoczyło jak oszalałe. Byłam wręcz roztrzęsiona, przestraszona. Gdy dziewczyny z mojej sali zobaczyły moje przerażone lico na korytarzu, namówiły mnie, bym porozmawiała o przeniesieniu z powrotem. Tak też zrobiłam. Położne nie były zachwycone i stwierdziły, że rano mam porozmawiać z profesorem, będącym dyrektorem oddziału, że wróciłam na pierwotną salę na własne życzenie. Musiałam im swą wolę zostawić na piśmie, a „współlokatorki” poprosić o zgodę na mój powrót. Inicjatorki mojej przeprowadzki patrzyły się na mnie, jakbym prosiła o przeniesienie do pokoju osób bardziej popularnych i lubianych na koloniach. Przecież co je obchodzi komfort psychiczny kobiety, która właśnie straciła wymarzone i długo wyczekiwane drugie dziecko? W końcu z zewnątrz wyglądało, że całkiem nieźle się trzymam. Poza rozpłakaniem się po ostatecznym USG własnym i później po USG koleżanki z sali, nie wyglądałam na osobę pogrążoną w żałobie. Każdy przeżywa cierpienie na swój sposób przecież. Ja czułam, że w tej nowej sali się rozpadnę. Nie zamierzałam nikomu bruździć i robić swoją osobą problemy, dlatego z rana pierwsze co, to wyruszyłam na poszukiwania profesora. Była już nowa zmiana położnych. Zapytałam jedną z nich, gdzie mogę znaleźć profesora i wyjaśniłam, dlaczego chcę z nim rozmawiać – tak mi polecono zważywszy na ten zamęt z przenosinami. Położna z dziennej zmiany raz, że była trochę zdziwiona całą tą sytuacją, a dwa – poprosiła bym się nie wychylała. Jeśli profesor zapyta – wtedy mam wyjaśnić sytuację. Ok, no problem.

Tego dnia, dla mnie zaplanowano łyżeczkowanie, w celu doczyszczenia macicy, a dla koleżanki z sali – pigułkę. Co ciekawe, jej nikt nie próbował przenosić do innej sali. Za to wieczorem, pojawiła się ta sama zmiana, co to mnie chciała ulokować w miejscu dla mojej psychiki niekomfortowym. Były zdziwione, że koleżanka jest wciąż na naszej sali. Gdy zapytały lekarki podczas obchodu, czy pacjentka nie powinna zostać przeniesiona, lekarka odparła sarkastycznie:

– A gdzie panie chcą ją przenosić? Na porodówkę? Bo nie rozumiem.

Czyli te salowe migracje były wymysłem kilku położnych, a może reszta, łącznie z lekarzem nie zna procedur? Zważywszy na to, że jedna z moich znajomych leżała na tym samym oddziale po poronieniu z dwiema brzuchatkami w ciążach bliźniaczych przez tydzień, zakładam, że to co spotkało mnie było czyimś widzimisię. Niemiła sytuacja. Niepotrzebny stres.

Oczywiście zgadzam się z tym, że kobiety w trakcie, czy po poronieniu nie powinny leżeć z tymi, które są w ciąży, bo to nieprzyjemna sytuacja zarówno dla brzuchatek jak i tych, którym nie dane było doczekać się brzucha. Tym bardziej, że każdy jest w szpitalu, na oddziałach typu perinatologia, czy patologia ciąży z jakiegoś powodu. Moja sytuacja była wiadoma od początku, więc nie wiem czemu zostałam ulokowana w sali, tak, a nie inaczej. Do tego przenoszono mnie od osoby, której sytuacja nie odbiegała za bardzo od mojej, więc pomysłodawczynie całej akcji wykazały się brakiem jakiejkolwiek logiki. Dobrze, że chociaż przystały na moją prośbę. Trochę empatii widocznie zakiełkowało.

Cały czterodniowy pobyt nie był dla mnie jakimś traumatycznym przeżyciem, ale i pozytywnego wrażenia nie wywarł. Nie przeszkadzały mi kwestie związane z wyżywieniem, na co wiele osób lubi narzekać, warunki bytowe (szpitala chyba nie remontowano od czasów PRL-u), chodzenie za lekarzami, ciągłe przypominanie się i wyciąganie informacji (po to, by zdążyć wyjść na urodziny Bajaderki). Wszystko to da się znieść. Na negatywne odczucia wpłynął tylko i wyłącznie ten brak empatii, u ludzi, którzy powinni ją odczuwać, a zamiast tego dowalają osobom w trudnej sytuacji dodatkowych nieprzyjemnych wrażeń. Ich ignorancja jest na tyle ogromna, że w większości robią to całkiem nieświadomie…

 red-school-blur-factory

Tamara Tur