Władysławowo – raj dla dzieci

Jak za pewne zauważyliście na Instagramie, ostatnie dwa tygodnie spędziliśmy we Władysławowie, a konkretniej w Chłapowie. Bajaderka dalej korzysta z dobrodziejstw morza z dziadkami, a El i ja wróciliśmy już do domu, do pracy. Wszystko co dobre szybko się kończy. Niestety.

latawiec

Do tej pory preferowałam wyjazdy do mniejszych nadmorskich miejscowości. Dopiero w tym roku skusiłam się zwiedzić Władka, choć wiele osób mi odradzało, że niby zbyt tłocznie, zbyt szumnie, niefajnie. Zdecydowanie mam zupełnie odmienne odczucia. Jeśli jedziemy nad morze z małym dzieckiem, lepiej wybrać bardziej rozrywkową miejscowość, zamiast totalnej głuszy, gdyż można ciekawiej spędzić czas, szczególnie gdy pogoda jest kapryśna. Oczywiście mając samochód zawsze możemy zwiedzać pobliskie miejscowości, niezależnie od miejsca zakwaterowania. Jednak jakieś dodatkowe rozrywki, poza ogromną piaskownicą, jaką jest plaża bardzo się przydają w zasięgu ręki na wyjazdach z małymi dziećmi. Dlatego według mnie Władysławowo to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o rodzinne wakacje.

Pensjonat, który wybraliśmy również był idealnym miejscem dla rodziny z dzieckiem. Miejsce to zostało mi polecone przez znajomą i ja również będę polecać je dalej. Mowa o wesołej i kolorowej willi Bursztynek, o której więcej informacji znajdziecie tutaj. Ogród pełen atrakcji to ulubione miejsce dzieci spędzających wakacje w Bursztynku. Mnóstwo kolorowych zjeżdżalni, piaskownica, trampolina i spory basen rozporowy (większy niż ten na zdjęciach z poprzednich lat) to ulubione miejsca zabawy Bajaderki. W środku domu znajduje się również pokój zabaw dla dzieci, bardzo przydatny przy nieciekawej pogodzie, albo gdy chcemy schronić się trochę przed słońcem. Kiedy tylko przebywaliśmy w pensjonacie, Bajaderka była tak pochłonięta zabawą z dziećmi w ogrodzie, że my z El mogliśmy w spokoju pochłaniać książki siedząc na werandzie. Full relax…

Na przeciwko pensjonatu znajdują się restauracje serwujące obiady domowe w korzystnych cenach. Są dwie, więc jeśli danego dnia nie pasuje nam menu w jednym miejscu, możemy uderzać do drugiego. W zasięgu ręki mamy też sporo sklepów i stoisk z pamiątkami. Jedynym mankamentem jest dość ruchliwa ulica, którą trzeba przejść, aby dostać się do morza. Morze widać już z balkonu Bursztynka (z drugiego piętra, gdzie mieliśmy pokój).

Przez pierwszych kilka dni pogoda nas nie rozpieszczała. Wiem, że silny wiatr, czy deszcz sprzyjają „jodowaniu” organizmu, ale jednak każdy marzy o tym, by na urlopie świeciło mu słońce i było dość ciepło. Ponieważ na początku nie mogliśmy zbyt długo wytrwać na plaży, szybko zaczęliśmy szukać okolicznych atrakcji. Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy Hel. Od dziecka spędzam prawie każde wakacje nad morzem, a tak się złożyło, że jeszcze nie byłam na Helu. Postanowiłam, więc to jak najszybciej zmienić. Dzień, który wybraliśmy sobie na wycieczkę był zdecydowanie najgorszy ze wszystkich na wyjeździe, jeśli chodzi o pogodę, ponieważ większość czasu padało, z małymi przerwami. Mimo to, wycieczkę zaliczam do bardzo udanych, a wszystko za sprawą godzinnego rejsu statkiem, który wypływał z portu z turystami. Bajaderka również była zachwycona. Trochę bujało, było zimno i chwilami padało, ale nie odebrało nam to frajdy.

hel

Kolejnego dnia od rana kropił deszczyk, dlatego postanowiliśmy poszukać jakiejś atrakcji pod dachem. Wybraliśmy się więc do Muzeum Kocham Bałtyk, gdzie można zobaczyć wystawę klocków Lego. Poza ogromną kolekcją Lego Space (łącznie z zestawami z mojego dzieciństwa) znajdują się tutaj miniatury dworca we Władysławowie, a także plaża i morze – oczywiście wszystko zbudowane z klocków. Na koniec zwiedzania można także pobudować wraz z dzieckiem swoje projekty z Lego lub Lego Duplo. Bajaderka nie chciała się od tego zajęcia oderwać.

lego

Gdy wyszliśmy z muzeum okazało się, że świeci słońce. Od tego momentu z pogodą było tylko coraz lepiej.

muzem kocham bałtyk

Najfajniejszą wycieczką, którą zaliczyliśmy był jednak spływ kajakowy. W tym celu musieliśmy oddalić się od miejsca zakwaterowania o jakieś 20km. Spływy kajakowe są organizowane w okolicach Dębek. Nie dosyć, że jest to fantastyczna przygoda to i cena takiej atrakcji wyjątkowo niska. My załapaliśmy się na spływ jeszcze w czerwcu, gdzie za kajak trzeba zapłacić 30 zł. W lipcu cena wzrasta do 50zł. Kajaki są dwuosobowe, ale bez problemu zmieszczą się w nich dwie osoby dorosłe i jedno małe dziecko. Płynie się po spokojnej rzeczce, która przez większość drogi jest płytka. Spływamy z nurtem w kierunku morza. Najpierw myślałam, że będzie to ekstremalne przeżycie, gdyż nigdy nie brałam udziału w spływie kajakowym, a kojarzyłam tylko jakieś wyścigi po potokach górskich 😉 Szybko okazało się, że taka wycieczka kajakiem to sama przyjemność, choć trzeba się trochę nawiosłować. Wieczorem miałam nawet zakwasy na ramionach i bąbla przy kciuku. Spływ jest przyjemny, ale dostarczył też nieco emocji. Raz dość poważnie zablokowaliśmy się w szuwarach. Sporo trudu przyniosło nam też przepłynięcie pod przewalonym drzewem, gdyż trzeba było płynąć całkiem na leżąco, a we trzy osoby w kajaku to niełatwe zadanie, trochę mało miejsca. Po spływie, który kończy się w Dębkach, organizatorzy zabierają ze sobą kierowców, aby dowieźć ich po zostawione na początku drogi samochody. Okoliczność ta spowodowała kolejną przygodę, gdyż El, niczym Tatuś Świnka zapomniał wziąć ode mnie kluczyki od samochodu. Przypomniał sobie zanim wszyscy ruszyli na miejsce, w którym zaczynał się spływ, ale już po tym, gdy z Bajaderką poszłyśmy przez las na pasaż w Dębkach, gdzie miałyśmy czekać aż po nas El podjedzie. Organizatorka spływu powiedziała, że mogą dojechać na pasaż po te kluczyki, tylko mam czekać na końcu pasażu. Nie wiem czemu uznałam, że miejsce, w którym przebywam to początek pasażu (pewno dlatego, że wyszłam z lasu i dla mnie był to początek ;)) i pokierowałam się na drugą stronę. Kolejne kilka minut było żenującym szukaniem się z Elem, krążącym samochodem po Dębkach wraz z innymi kierowcami ze spływu kajakowego i organizatorami. Kwestia początku i końca pasażu była dla mnie trochę dziwna, gdyż był to zaledwie pasażyk, za którym znów nastawał kawałek lasu i kolejny pasażyk. Nie wiedziałam w rezultacie, gdzie oni wszyscy czekają, nie mogliśmy się znaleźć. Gdybym została tam gdzie byłam, zamiast szukać końca pasażu – problem by nie zaistniał. Żeby było ciekawiej El wysłał mi lokalizację przez smsa, ale wyprowadziła mnie ona w jakieś dziwne odludne miejsce, w którym bez wątpienia żaden samochód z kajakami nie czekał. Ludzie już się niecierpliwili, więc El wysiadł i dalej szukaliśmy się sami. Traf chciał, że od tego momentu nie potrwało to już zbyt długo (dogadaliśmy się lepiej bez wskazówek organizatorki spływu). Gdy się odnaleźliśmy El poinformował mnie, że musimy przejść ponad 3 km drogą, aby dotrzeć do samochodu. Była ona obsypana drobnymi kamieniami, w pełnym słońcu. Niewiele się zastanawiając ruszyliśmy. W międzyczasie przejechał jeden samochód i El wpadł na pomysł, że może by złapać autostopa. Nie miałam nic przeciwko. Jednak gdy się na tą opcję napaliliśmy, żaden kolejny samochód nie był widoczny na horyzoncie. Po jakichś 15 minutach marszu zobaczyliśmy, że mknie coś w oddali. Mieliśmy farta, że na tej rzadko uczęszczanej drodze ktoś się zatrzymał. Był to jakiś okoliczny mieszkaniec z żoną. Mieliśmy dużo szczęścia, że podwiózł nas prawie do samego celu, gdyż Bajaderka nie dałaby rady przebyć taki dystans po kamieniach, na pełnym słońcu i El musiałby ją nieść. Tak zaliczyliśmy tego dnia ciekawy spływ i podróż autostopem.

kajak

Z atrakcji w samym Władysławowie byliśmy jeszcze w Muzeum Iluzji. Jest to fajne miejsce, ale niestety dla trochę starszych dzieci. Bajaderka szybko się znudziła i nie dała nam wszystkiego obejrzeć. Jej podobały się jedynie lustra zmieniające kształt odbicia. Na wystawie są pokazane najróżniejsze znane iluzje optyczne. Ponad 100 eksponatów z dziedziny optyki i fizyki, stanowiących dowód na niedoskonałość ludzkiego oka, które bardzo łatwo jest oszukać. Muzeum usytuowano w wieży widokowej Domu Rybaka, z której można podziwiać panoramę Władysławowa. Nieopodal znajduje się Lunapark, o który również zahaczyliśmy na chwilę. Okazało się jednak, że atrakcje podobnie jak w łódzkim Lunaparku muszą pamiętać naprawdę dawne czasy, a za każdą „przejażdżkę” płacimy niemałe pieniądze – przykładowo za jeden wolny obrót na kole widokowym, przypominającym diabelski młyn płacimy 8 zł za osobę (za trzylatka tyle samo).

mlyn

Ostatnią naszą wycieczką był wypad na promenadę w Jastrzębiej Górze, gdzie dopiero co otworzono nowy dom do góry nogami. Tego typu domków jest w Polsce sporo i chyba nawet jeden we Władku, ale myśmy trafili do Jastrzębiej Góry pod wpływem jakiegoś plakatu. Błędnik szaleje w takim miejscu, ponieważ nie dosyć, że wszystko w domu jest przewrócone do góry nogami to jeszcze pod lekkim kątem. Zarówno dziecko, jak i osoba dorosła ma problem, by utrzymać się na nogach. Można tam porobić fajne zdjęcia. W Jastrzębiej Górze spotkała nas jeszcze jedna niemiła przygoda, gdyż wypożyczyliśmy trzyosobowego gokarta i zatrzymała nas na nim straż miejska. Pytaliśmy wcześniej chłopaka, który wypożyczał gokarty, gdzie można nimi jeździć. Powiedział, że wszędzie, a okazało się to nieprawdą. Otóż po promenadzie nie można jeździć takim pojazdem. Na szczęście dostaliśmy tylko upomnienie, nie mandat. Bajaderce bardzo się przejażdżka podobała. Gdy sapaliśmy, pedałując pod górę, krzyczała byśmy szybciej jechali i mocniej pedałowali 😉

domek

Resztę czasu spędziliśmy na plaży, gdyż pogoda zaczęła przypominać iście hiszpańską (trzeba było nawet chować się przed słońcem). Dwa razy plażowaliśmy sobie w Dębkach, gdyż tam morze utworzyło takie jakby dwa bajorka na piasku, w których jest płytko i ciepła woda. Raj dla dzieci jeśli chodzi o kąpiel. Dużym mankamentem plaży w okolicy naszego zakwaterowania są klifowe zbocza i bardzo strome i długie zejście po schodach na dół. Trzylatek pomyka po tych schodach bez sapania, ale z wózkiem, czy mniejszym dzieckiem na rękach byłoby ciężko. Dalej we Władku jest na szczęście również łagodne zejście.

zejscie

Po drodze na plażę w Chłapowie znajdziemy ogrom atrakcji dla dzieci młodszych i starszych. Dmuchane place zabaw, koniki i pojazdy na monetę, trampoliny, basen z piłkami i zjeżdżalniami, gokarty, maszyny wszelkiego rodzaju z grami. Tam nie da się nudzić, ale trzeba też uważać na wielki odpływ. Gotówki oczywiście 😉 W okolicy jest także mnóstwo atrakcji, których nie zdążyliśmy zwiedzić jak np. Ocean Park, Aleja Gwiazd Sportu, Tarzan Park, Aquapark i wiele wiele innych.

Wyjazd ten zaliczam do najbardziej udanych nadmorskich wakacji odkąd mam dziecko. Wypoczęłam, dotleniłam się, wygrzałam kości na plaży, a także aktywnie spędziłam czas. Jak stwierdziła pani ze stoiska z gazetami w trakcie krótkiej pogawędki: dostało mi się od Bałtyku wszystko co najlepsze – najpierw sesja jodu, a potem plażowanie.

Więcej zdjęć na Instagramie i Facebooku.

  • Świetne zdjęcia! My wybieramy się nad morze na przełomie sierpnia i września 😉 kto wie… może pójdziemy Waszym śladem?! Nie wybralismy jeszcze konkretnego miejsca ani nawet miejscowości, a koniecznie musi to być miejsce przyjazne dzieciom. 😉 Dziękuję za gratulacje 😉 :*

  • Pingback: Władysławowo – raj dla dzieci | Tamara Tur()