Relacja z wielkiego sprzątania. Jak walczyć z konsumpcjonizmem?

Rok temu o tej porze, gdy zaczynałam szukać naszego wymarzonego mieszkania nie mogłam się już doczekać równie wymarzonego porządku. Trudno było upchnąć na 35 mkw wszystkie rzeczy trzyosobowej rodziny. Na domiar złego El ma problem z wyrzucaniem starych, czy nienoszonych rzeczy. Jego garderoba wprawdzie nie jest duża, jak to u facetów, ale gdyby wziąć pod uwagę same rzeczy, które nosi, albo kiedykolwiek jeszcze założy to zajmowałaby 1/4 objętości.

We dwoje mieściliśmy się bez problemu w mojej kawalerce, ale gdy rodzina się powiększyła niektóre rzeczy po prostu nie miały swojego miejsca, z jego braku. Naciągnęłam kawalerkową przestrzeń do granic możliwości. We wszystkich możliwych kątach poupychałam pudła ozdobne z różnymi rzeczami. Pudła były na wielkiej szafie w przedpokoju, na szafie i na specjalnej półce przy suficie w pokoju, na szafkach kuchennych. Wszystkie te „rozwiązania” bardzo zagraciły przestrzeń. O wolnym fragmencie nie było mowy. A dziecko rosło i rzeczy przybywało.

Wyobrażałam sobie, że nowe mieszkanie prawie dwa razy większe rozdmuchnie moje problemy z brakiem miejsca i odfruną one w siną dal. Z zachwytem oglądałam szafy wnękowe i pawlacze w swoim przyszłym mieszkaniu. Byłam pewna, że wszystkie nasze rzeczy nie tylko się zmieszczą, ale i będą miały luz (szczególnie ubrania). Jakże bardzo się pomyliłam…

W trakcie przeprowadzki, gdy El sam wnosił stopniowo cały nasz dobytek, a ja go układałam po szafach, szafkach i pawlaczach nie mogłam uwierzyć w to JAK DO JASNEJ CHOLERY tyle rzeczy zmieściło się w kawalerce? Mieliśmy wtedy mało czasu, gdyż musieliśmy przygotować kawalerkę pod wynajem, przez co wszystko na szybko poupychaliśmy, gdzie się da, bez przeglądania i zastanawiania się nad przydatnością każdej rzeczy. Mama przywiozła mi też ubrania Bajaderki, z których ta wyrosła, a trzymałam co ładniejsze i niezniszczone u rodziców dla drugiego dziecka (jeśli by była to dziewczynka). Po ulokowaniu wszystkiego ze smutkiem stwierdziłam, że będę musiała również użyć kilku pudeł ozdobnych, które staną w kątach pokoi.

Do tego czasu robiłam stopniowe porządki, oraz największy i najbardziej oczyszczający przestrzeń ostatnio – tuż po powrocie z urlopu, gdy moje dziecko zostało jeszcze nad morzem z dziadkami. NARESZCIE udało mi się uwolnić szafy do tego stopnia, że ubrania nie są poupychane, dałam radę zlikwidować większość pudeł ozdobnych z kątów (i oczywiście ich zawartość) i zminimalizować liczbę kosmetyków w łazience (choć szafek łazienkowych wciąż się nie dorobiłam, a nawet lustra w łazience jeśli możecie sobie to wyobrazić). Jestem do tego stopnia zachwycona efektem swojej pracy, że teraz zanim nabędę kolejny ciuch muszę się naprawdę mocno zastanowić i zazwyczaj dochodzę do wniosku, że wcale go nie potrzebuję, bo zburzy moje szafowe feng shui. Po lekturze książki Lekcje Madame Chic marzę o umiejętności posiadania 10 rzeczy (nie mylić z 10 stylizacjami z różnych rzeczy!) na daną porę roku w szafie i wciąż nad tym pracuję. Konsumpcjonizm to najgorsza choroba współczesnego społeczeństwa, które teoretycznie wciąż narzeka na brak pieniędzy, ale mimo tego nie umie przestać kupować. Prawie każdy ma jakiegoś bzika. Jedni kupują za dużo ciuchów, albo butów, czy torebek, drudzy sprzętów i gadżetów elektronicznych, trzeci ubranek, zabawek i akcesoriów dla dzieci, jest też sporo osób lubiących często zmieniać aranżację swoich mieszkań. Bez wyrzutów sumienia można kupować książki i dobrej jakości jedzenie. Co do reszty – nawet mając pieniądze dobrze jest się ograniczyć, gdyż nadmiar niektórych rzeczy czyni z nas więźniów. Pieniądze naprawdę można dużo lepiej spożytkować.

Nawet gdy wydaje Ci się, że masz mało, od lat nie zarabiałaś swoich pieniędzy, nie pamiętasz jak to jest poszaleć na wyprzedaży, a w Twojej szafie brakuje ubrań zastanów się czy masz mniej niż 10 rzeczy na daną porę roku (nie wliczamy do tego bielizny, podkoszulek, ubrań wierzchnich typu płaszcze, czy kurtki, wieczorowej kreacji kupionej na wesele, czy Sylwestra, piżam, dodatków oraz butów). Chodzi o 10 ubrań typu spodnie rurki jeansowe, zwiewna bluzka, sukienka, spódnica rozkloszowana, rozpinany kardigan, czarny żakiet itp. Wyobraź sobie, że 10 rzeczy wystarcza do tego, by wyglądać elegancko i stylowo, a przede wszystkim pomaga pozbyć się odwiecznego problemu każdej z nas, bez względu na gabaryty posiadanej garderoby pt. „Nie mam co na siebie włożyć!”. Ograniczenie liczby ubrań jest oczywiście również przeogromnym ułatwieniem w zachowaniu porządku. Wszystkie ubrania lub ich część zmieniamy wraz z nadejściem nowej pory roku, aby znów osiągnąć stan 10 ubrań do noszenia w szafie (np. białe letnie jeansy zmieniamy na granatowe jesienią). Nie chodzi o kupowanie za każdym razem nowego zestawu garderoby, tylko podmienianie tego co mamy pod panujące warunki. Nową rzecz kupujemy wtedy, gdy inna się zniszczy, albo ewidentnie czegoś nam brakuje w garderobie. Wszystkie rzeczy staramy się dobierać w ten sposób, aby pasowały do pozostałych. Ograniczenie nie dotyczy podkoszulek, aby nie wpaść w niewolę ciągłego prania. Oto przykładowe propozycje takiej garderoby na lato w książce Lekcje Madame Chic:

DSC06666sm

Jak uwolnić swoją szafę?

U mnie na nadmiar rzeczy w szafie wpływają znacząco dwa czynniki – jeden to: nie niszczę ubrań, a drugi – nie zmienia się mój rozmiar. Co do pierwszego zjawiska – nie chodzi o to, że zawsze kupowałam rzeczy tylko dobrej jakości (taką zajawkę mam dopiero od niedawna, a kiedyś szłam głównie w ilość, nie jakość). Praktycznie żadne ubrania, poza butami mi się nie niszczą, nawet dziadowskie, kupione za grosze, z kiepskich materiałów i Made in China. Może sunę przez życie jak zjawa? Nie wiem jak to jest możliwe. Gdy jeszcze mieszkałam z rodzicami to większość swoich szmatek prałam ręcznie, ale dawno się z tej przypadłości wyleczyłam. Kot zniszczył mi tylko kilka par rajstop i nagminnie robię dziury dużymi paluchami u nóg w skarpetkach i rajstopach, bo mam strasznie długie te paluchy (widać jednego doskonale na moim zdjęciu z Kindle na Facebooku ;)). Reszta ubrań ma u mnie ogromnie długą żywotność. Robiąc przegląd szafy bardzo raduje mnie widok jakiejś zniszczonej rzeczy, bo tylko wtedy mogę wyrzucić ją bez wyrzutów sumienia i wielkiego dumania.

Co do rozmiaru – może to i marzenie większości kobiet, ale potrafi przysporzyć problemów garderobianych. A jakie to mogą być problemy szczęściaro cholerna? – myślicie sobie. Otóż uważam, że nie wszystko wypada nosić w danym wieku. Co z tego, że mieszczę się w miniówkę, którą miałam na swoich 21 urodzinach, skoro teraz nie czułabym się dobrze tak skąpo ubrana? No i na złość ta miniówka wygląda jak nowa. Wtedy pozostaje w szafie na wieki wieków i za każdym razem, gdy sprzątam dumam: wyrzucić, czy nie wyrzucić, oto jest pytanie? Tak tworzy się bałagan i na pozór napchana szafa.

Z pomocą w tego typu problemach przychodzi zazwyczaj internet. Mamy w tej chwili masę serwisów, w których można sprzedawać, a także wymieniać ciuchy. Przez lata sporo się w to bawiłam. Ostatnio raczej brakuje mi czasu. Każdą rzecz należy jakoś atrakcyjnie przedstawić na zdjęciu i w opisie, bo wymięta prosto z napchanej szafy i rzucona na podłogę przed cyknięciem fotki, nawet spod igły projektanta nie wygląda dobrze.

Kiedy zdecydujemy się pozbyć ciuchów, które NIE SĄ ZNISZCZONE dobrze jest zostawić je w pojemnikach na odzież z PCK. Można też skontaktować się z wolontariuszem, który pomaga biednym rodzinom i przekazać mu rzeczy. Takie rozwiązanie uchroni nas od poczucia marnotrawstwa, a nawet przyjemnie będzie mieć świadomość, że komuś pomogliśmy. Tylko nie tłumaczmy w ten sposób swojego zakupoholizmu!

mg_9937

Przy porządkach w szafie najlepiej jest kierować się takimi prostymi zasadami:

– Jeśli coś jest zniszczone – bezsprzecznie to wyrzucamy.

– Jeśli danej rzeczy nie miałyśmy na sobie od roku albo dłużej – czas się jej pozbyć.

– Jeśli coś jest za małe, nie czekamy aż schudniemy, a pozbywamy się zalegającej rzeczy. To samo, gdy coś jest za duże.

– Pod ręką trzymamy tylko ubrania na dany sezon. Czyli np. latem chowamy w dalsze zakamarki szafy grube swetry i bluzy, wełniane spodnie i spódnice. Możemy zapakować je w worki próżniowe.

– Nie kupujemy pod wpływem impulsu.

Jest jeszcze kwestia garderoby innych domowników. Przy mężu chomiku, jak mój trzeba czasem uciec się do podstępu. On każdą znoszoną koszulkę chce trzymać do noszenia „po domu” albo na wypadek malowania mieszkania, co zdarza się przecież raz na kilka lat. W rezultacie koszulek „po domu” ma więcej niż wyjściowych. Zdarza mi się cichcem chyłkiem wyrzucać stopniowo kolejne koszulki. Nie zauważył jeszcze 😛

Co do rzeczy do noszenia „po domu”. Jeśli chcemy zdecydować się na eksperyment 10 rzeczy w szafie, który na podstawie obserwacji Francuzów proponuje Jennifer L. Scott, musimy darować sobie trzymanie znoszonych ubrań jako domowych. Chyba, że chcemy by nasze dresy wliczały się w te 10 ubrań i zajmowały miejsce mogące posłużyć jakiemuś ładnemu ubraniu, którego nie powstydzimy się w trakcie przypadkowego spotkania na ulicy od lat niewidzianej koleżanki. Koncepcja 10 ubrań ma na celu zmobilizować nas do codziennego ubierania się ładnie i schludnie oraz do porządku w szafie.

Przyznaję, że ciężko mi osiągnąć taki minimalizm w garderobie. Autorka Lekcji Madame Chic proponuje, by na początek wyselekcjonować sobie te 10 ubrań, a resztę schować i nie ruszać. Gdy ubieram się do pracy, faktycznie balansuję wśród 10 ubrań, ale gdy np. wychodzę wieczorem gdzieś na spotkanie zaczynam już kombinować ze stylizacjami (a potem słyszę od El: czeeemu ty się tak stroisz na wyjście z dziewczynami? ;)).  Przyznaję więc, że czasami sięgam po coś spoza listy. Drobnymi kroczkami do przodu. Moja szafa i tak już mocno odetchnęła.

W kwestii ubranek dziecięcych najlepiej jest sprzedawać lub oddawać na bieżąco to z czego dziecko wyrośnie. Jeśli jednak planujemy zachować coś dla kolejnego potomka, nie trzymajmy tych rzeczy w szafie z ubraniami do noszenia. Dobrze jest ułożyć rzeczy rozmiarami w mniejszych pudełkach i zapakować do większego. Większość z nas ma tylko jedną opcję na ulokowanie takiego pudła – znaczy komórkę (chyba że jesteście radosnymi posiadaczkami strychu w domu jednorodzinnym), więc dla lepszego zabezpieczenia można owinąć je szczelnie folią stretch.

Jak nie zagracić łazienki lawiną kosmetyków?

W moim przypadku gwoździem do trumny było bycie konsultantką pewnej znanej marki. Żeby wyrobić odpowiednią ilość punktów, kupowałam czasami rzeczy, które nie były mi potrzebne. Oprócz tego z racji mojej pracy jeżdżę regularnie na targi kosmetyczne, na których dostaję całą masę kosmetyków, nie zawsze zgodnych z potrzebami mojej skóry. W ten sposób liczba tubek, tubeczek, buteleczek i słoiczków ciągle przybywa. Czasem nie zauważam, że dany kosmetyk już się przeterminował i dalej zajmuje miejsce na półce wokół wanny (a El klnie, gdy ma wannę umyć). Od ponad dwóch lat staram się stosować tylko kosmetyki naturalne, dlatego pozbycie się z domu wszystkich pozostałych było tej zmiany konsekwencją, ale też bez szaleństw. Mam masę cieni do powiek, które dostałam na targach. Kolory, które mi nie pasują rozdałam. Pozostałe staram się zużyć do końca, choć marzę o przejściu na cienie mineralne mojej ulubionej firmy od minerałów Annabelle Minerals. Z dobrych, w sensie nieprzeterminowanych kosmetyków wyrzuciłam jedynie szkodzące mi żele do mycia twarzy o zbyt chemicznym składzie. Teraz kupuję kosmetyki mądrze i np. w końcu zrozumiałam, że nie potrzebuję pięciu odcieni eye-linera, bo nie jestem żadną wizażystką, a na co dzień używam tylko czarnego odcienia albo khaki z drobinkami.

Jak zachować porządek w kosmetykach?

– Dwa razy do roku sprawdzaj daty przydatności na opakowaniach. Niektóre kremy są dobre tylko przez 3 miesiące od otwarcia słoiczka!

– Ogranicz przeglądanie blogów kosmetycznych, albo oglądaj je z mniejszym entuzjazmem (mi to bardzo pomogło).

– Unikaj promocji kosmetycznych np. w Rossmanie. Przy tych promocjach można stracić głowę. Ewentualnie idź na zakupy w czasie promocji wraz z listą potrzebnych Ci rzeczy i kup tylko to, co masz na liście.

– Pozbywaj się kosmetyków, które Ci nie służą (choć np. odżywkę, która nie pasuje naszym włosom można wykorzystać jako krem do golenia).

A co z pokojem dziecięcym?

W moim domu najbardziej zagraconym miejscem pozostanie oczywiście pokój dziecięcy. Nie, nie mam fazy na kupowanie nadmiernej ilości zabawek, ale też nie pozbywam się tych starych, mając w pamięci jak ważne były dla mnie moje zabawki w dzieciństwie. Przyznam szczerze, że jestem w szoku jak rodzice masowo wyprzedają całe zestawy używanych zabawek na Allegro. Wiem, że czasami jest to nieuniknione, zwłaszcza, że babcie i dziadkowie są bardzo często niereformowalni w kwestii kupowania kolejnych zabawek. Niestety takie podejście uczy dzieci materializmu, braku szacunku do rzeczy posiadanych i tego że tylko to co nowe jest najlepsze (i że ciągle coś nowego trzeba kupować, a stare się sprzeda i będzie część pieniędzy na nowe). W dzieciństwie bardzo emocjonalnie związywałam się ze swoimi zabawkami – w szczególności z maskotkami i lalkami, którym nadawałam imiona, nazwiska i wpisywałam na listę obecności w zeszycie, który udawał dziennik szkolny. Nie wyobrażam sobie jakby wtedy mama wyprzedała połowę mojej zabawkowej klasy! Natomiast w dzisiejszych czasach dzieci mają tyle zabawek, że czasem nie zauważają, że dana rzecz zniknęła z ich pokoju! Gdy dojdziemy do takiego etapu – przestańmy kupować! Porozmawiajmy poważnie z rodziną. Zawsze można założyć dziecku jakieś konto oszczędnościowe i tam wpłacać pieniądze od dziadków, zamiast kupować kolejny gadżet, który się po tygodniu małemu konsumentowi znudzi. Pomyślmy nad sprzedażą lub oddaniem zabawek, z których dziecko ewidentnie wyrosło (np. ma trzy lata i nie potrzebuje już pchacza, czy maty edukacyjnej dla niemowląt). Na pewno najbardziej wychowawczą opcją będzie przygotowanie pudełka z nieużywanymi zabawkami wraz z dzieckiem i zaniesienie go do domu dziecka lub szpitala.

Mieszkanie to nie muzeum

Nasze mieszkanie powinno być miejscem, w którym dobrze się czujemy, to nie muzeum do podziwiania przez znajomych. Dlatego też nie można i przesadzić w drugą stronę. Zbyt puste wnętrza i ogromne niezagospodarowane przestrzenie dają poczucie zimna, nie są przytulne. Jeśli w salonie, gdy coś mówimy słychać echo warto pomyśleć nad dywanem, czy zasłonami z firankami, albo i dokupieniem mebli. Aby nasze mieszkanie nabrało charakteru, a nie wyglądało jak na zdjęciu z katalogu Ikea ważne jest, by zachować w nim rzeczy, które mają dla nas wartość emocjonalną. Nie chodzi o to, by przesadzić z bibelotami, ale też nie miejmy paranoi co do ustawiania jedynie dopasowanych do siebie gadżetów, w takim samym ułożeniu jak na stronie katalogu o dekoracji wnętrz. Przypadkowość naszych własnych bibelotów nadaje mieszkaniu niepowtarzalnego wyglądu. Zdjęcia rodzinne, laurki od dzieci, czy ulubiona muszla przywieziona z fantastycznej zagranicznej wycieczki mogą zajmować honorowe miejsce w salonie, skoro tak właśnie się nam podoba – co by nie mówił na ten temat dekorator wnętrz, czy specjalista od feng shui.

Nie walcz z wiatrakami!

Nie zapominajcie też o pewnej przypadłości, którą za jakiś czas na 100% potwierdzi jakieś prawo fizyki – w domu, w którym są małe dzieci ZAWSZE musi być bałagan. NIC Z TYM NIE ZROBISZ. Na szczęście to okres przejściowy.

Tamara Tur