Rozprawa o „zwykłym katarze”

Zaczęło się przedszkole, a wraz z nim ekspansja wirusów. Miałam napisać mocny tekst i pojechać niektórych rodziców, ale spróbuję wytłumaczyć swoje racje na spokojnie. Tytuł notki miał brzmieć: Dla Ciebie to zwykły katar. Tylko przez ten katar ktoś inny mógł stracić dziecko. Chodzi o egoistyczne podejście rodziców, którzy z premedytacją puszczają do żłobków, czy przedszkoli chore dzieci. Gdzie należałoby postawić granicę między zdrowiem a chorobą? Przez wyjątkowo luzackie podejście niektórych ludzi, a nawet bardziej trafnym określeniem byłoby słowo „bezmyślne” podejście, ta granica wciąż się przesuwa. Dlatego też współczesne żłobki, czy przedszkola to taka niewyobrażalna wylęgarnia zarazków. Ze względu na wydarzenia, które mnie spotkały pod koniec zimy reaguję na tego typu tematy bardzo alergicznie. Kiedy jestem świadkiem, jak pani w przedszkolu klaruje rodzicowi, że ewidentnie coś doskwiera jego dziecku, które ma temperaturę i powinno na razie zostać w domu, a ten wszystko neguje, mam ochotę rozstrzelać delikwenta pod murem (rodzica, nie dziecko). Postanowiłam jednak, że na blogu nie będę wyciągać bazooki. Mamy już dostatecznie niebezpieczne czasy. Zmieniłam tytuł notki i przekażę to, co mam do powiedzenia w sposób spokojny. Nie powinnam się teraz denerwować.

Niedawno usłyszałam: katar to nie choroba. W takim razie chyba należałoby poprawić definicje we wszystkich słownikach, bo coraz więcej rodziców zaprzecza pierwotnemu znaczeniu słowa „katar”. Mają oni w tym temacie swoją własną filozofię. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że o ile zgodzę się, że katar katarowi nierówny, to niestety wszelkie próby łagodzenia zagrożenia, jakie ze sobą może nieść katar prowadzą do nadużyć, takich jak ignorowanie różnych, nawet niebezpiecznych infekcji. Tym też sposobem powstają potem akcje typu: zakrapianie dzieciom nosa w tajemnicy, w szatni przedszkola przed wejściem na salę, bo katar cieknie ciurkiem, ściemnianie, że każdy nieżyt nosa to tylko alergia, podawanie leków przeciwgorączkowych przed wyjściem z domu i ukrywanie każdej, nawet zakaźnej choroby. Przeczyta taka jedna mamuśka z drugą, że dziecko z katarem można posyłać do przedszkola, bo w ten sposób zbuduje sobie odporność i potem puszcza dziecko z zielonym kilometrowym gilem, bo już nie dotrze do niej całkowity sens takiej wypowiedzi (że z takim i takim katarem, w takich i takich okolicznościach można puszczać dziecko po konsultacji z lekarzem (!), a z takim i takim już nie, bla, bla, bla). Uściślenie, że katar to choroba jak każda inna rozwiązałoby problem hardcorowych wylęgarni wirusów, jakimi są współczesne przedszkola, czy żłobki.

Katar to często początek większej choroby. Gdy się zaczyna nigdy nie wiemy do czego doprowadzi. W momencie, gdy pojawiają się pierwsze objawy dziecko najbardziej zaraża.

Dlaczego katar jest taki niebezpieczny?

– U wielu dzieci katar działa niczym detonator bomby.

Kilka godzin po pojawieniu się kataru rozwija się u nich np. zapalenie ucha, zapalenie zatok, zapalenie krtani, zapalenie oskrzeli, zapalenie płuc itd. Słowem Ty prowadzisz do przedszkola swojego potomka „tylko z katarem”, a Jaś, który siedział obok niego przy obiedzie i przypadkiem złapał jego widelec ląduje w szpitalu z zapaleniem płuc przez ten „tylko katar”.

– Dużo dzieci w wieku przedszkolnym posiada młodsze rodzeństwo.

Nawet, gdy sami nie wykazują objawów infekcji są nośnikiem wirusów z rozmysłem przynoszonych do przedszkoli. Noworodek, czy kilkumiesięczny bobas nie ma tak rozwiniętego układu odpornościowego i każdy byle katar może się u niego skończyć koniecznością podania antybiotyku. Poza tym, chyba jeszcze pamiętasz, jak trudno leczy się niemowlęta, które nie powiedzą, co dokładnie im dolega.

– Wiele dzieci w wieku przedszkolnym ma mamy w ciąży.

Ciężarne bardzo często mają obniżoną odporność. Ponad to wszystkie, nawet najdrobniejsze infekcje wirusowe są bardzo niebezpieczne w pierwszym trymestrze ciąży. Wszelkiego rodzaju grypy w większości przypadków prowadzą do poronienia. W późniejszym stadium ciąży mocny kaszel, czy kichanie mogą doprowadzić do przedwczesnych skurczy. Ciężarne intensywniej przechodzą wszelkie choroby ze względu na wysuszenie śluzówki – jeden z podstawowych, charakterystycznych objawów ciąży. Ból gardła, czy katar stają się wtedy nieznośne, a metod ich leczenia, spodziewając się dziecka mamy niewiele.

– W przedszkolach zbyt rzadko wietrzy się pomieszczenia.

W takiej sytuacji nawet najdrobniejszy katar rozprzestrzenia się z prędkością światła.

– Wspólne jedzenie sprzyja zarażaniu.

Po prostu nie wierzę, że opiekunki są w stanie zauważyć, czy jakieś dzieci nie podmieniły sobie w trakcie jedzenia sztućców, albo czy nie wkładały innym dzieciom palców do talerza. Mimo każdorazowego mycia rąk przed jedzeniem, gdy dziecko ma katar ociera go dłonią lub rękawem.

Niektórzy lekarze także wyznają taki trend o nazwie „katar przedszkolny”, który można ignorować i udawać, że go nie ma. Problem polega na tym, że mało który rodzic rozpoznaje poprawnie ów katar przedszkolny (jest to minimalny, permanentny katar, który nie przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu). Na pewno nie należy do niego cieknący jak z kranu gil, zielone, czy żółte gęste gluty, częste kichanie, podwyższona temperatura. Gdy dziecko jest od jakiegoś czasu zupełnie zdrowe i nagle z dnia na dzień pojawia się u niego wodnisty katar, również nie można go nazwać katarem przedszkolnym. To zwykły początek jakiejś infekcji. Infekcji mniej lub bardziej niebezpiecznej dla danego organizmu, zależy od jego aktualnej odporności (dzieci, które dopiero rozpoczęły uczęszczanie do przedszkola, czy żłobka są przy niej na straconej pozycji).

Jeśli Twoje dziecko ma „tylko katar” chodź sobie z nim na spacery, na place zabaw nawet. Na otwartym powietrzu nie stanowi ono takiego zagrożenia dla otoczenia. Jednak w przedszkolu, czy żłobku jest ono czymś w rodzaju detonatora bomby. W dobie patrzenia na czubek własnego nosa i znieczulicy ludzkiej pewno to, co piszę nie zmieni zasad, które nagle powstały, ale może chociaż kogoś skłonię do refleksji, zanim kolejny raz będzie tłumaczył sobie, że infekcja jego dziecka nie istnieje. Przez Twoje chore dziecko ktoś może stracić dziecko, o które starał się miesiącami. Przez Twoje chore dziecko ktoś będzie musiał spędzić kolejny tydzień w stresie w szpitalu z niemowlęciem. Przez Twoje chore dziecko smyk, który ma słabą odporność i nie może wykaraskać się z chorób dostanie kolejny antybiotyk.

Nawet Jan Brzechwa napisał wiele lat temu wierszyk dla dzieci o tym, jak szybko rozprzestrzenia się katar. Chora Katarzyna poszła pod pierzynę, nie do przedszkola…

foto: its*me*red

298302937_085de1b815_osm

  • ~Marta

    Martuś współczuję, szczerzę! Jednak nie zgadzam się do końca z tym co napisałaś. Wiadomo, że trzeba do choroby własnego ukochanego dziecka podchodzić rozsądnie. Ale sama posyłam z katarem, zarówno do żłobka jak i do przedszkola. Kiedyś bardziej zwracałam na to uwagę, ale ja jedna świata nie zbawię, jeśli reszta dzieci przychodzi chora…Patrząc na to z jeszcze innej strony jestem w stanie zrozumieć rodziców, którzy posyłają dzieci z katarem do placówek oświatowych, gdyby za każdym razem, gdy dostana ich dzieci kataru brali zwolnienie, równie dobrze mogliby się pożegnać z pracą. Niestety taki mamy klimat w kraju, matka czy rodzic na zwolnieniu nie jest dobrze postrzegany. Oczywiście inną kwestią jest gorączka i gdy dziecko nie ma siły przez chorobę, to już jest męczarnia. Gdy moje dzieci są w takim stanie zostają w domu, bo wiem, że w placówce się umęczą. Czasem jednak jest też tak, że rano jest super, a nagle dostaję telefon z przedszkola, że córka ma gorączkę…no cóż niechętnie, ze strachem, ale jadę po nią i jedziemy najpierw do lekarza potem do domu! Przy samym katarze, kiedy nie ma gorączki, kiedy maja energię, kiedy bawią się, skaczą pomimo kataru, idą obie normalnie do żłobka i przedszkola.
    Przedszkole czy żłobka nie jest jedynym miejscem, gdzie kobieta spodziewająca się dziecka może złapać infekcję, ja złapałam norowirusa w pracy. Moja 2 miesięczna córka złapała infekcję od tatusia, który przyniósł grypę z pracy. Nie można generalizować, bo infekcja może wpaść wszędzie nawet w centrum handlowym, na imprezie rodzinnej.
    Podsumowując nie oceniam rodziców przyprowadzających chore dzieci, bo wiem, że może robią tak bo nie mają z kim tego dziecko zostawić. Z katarem prowadzam, ale, gdy pojawia się kaszel zawsze idę do lekarza zasięgnąć opinii. Jeśli dostanę informację w placówce, że coś się z dzieckiem zaczyna dziać, obserwuję. Gorączka, wymioty kwalifikują się do zostania w domu, jednak wiem, że oba symptomy dają dużą szansę, że organizm się obroni przed infekcją.
    Wiem, że mogę rozpocząć burzliwą dyskusję, ale mam nadzieję, że zdecydujesz się opublikować post.
    Pozdrawiam

    • Posyłając dziecko do żłobka, czy przedszkola trzeba się liczyć z tym, że będzie potrzebna opieka na czas choroby. My mamy szczęście, że mamy dziadka na emeryturze. Koleżanka takiego komfortu nie ma, więc zatrudniła nianię na takie sytuacje. Zawsze jest rozwiązanie. Gdyby każdy podchodził do kwestii posyłania dzieci chorych do przedszkola, czy żłobka bardziej racjonalnie to te dzieci aż tak bardzo by w tych miejscach nie chorowały. Owszem wszędzie można coś złapać, ale z infekcjami dziecięcymi, które panoszą się w skupiskach dzieci mało co może się równać. Dopóki moje dziecko nie chodziło do żłobka nigdy ja ani El się od niej nie zarażaliśmy. Ba, wydawało nam się, że mamy dobrą odporność. Teraz naprzemiennie łapiemy jej choroby. Teściowa zawsze szczyci się tym jaką El miał super odporność i w ogóle nie chorował, choć chodził do przedszkola. Cóż jak widać współczesne żłobki i przedszkola nie mogą się równać z dawnymi, bo on choruje nie mniej ode mnie.
      Poza tym czy to ja, czy moja córka mamy tak, że jak szybko wychwycimy infekcję to ona szybko mija. Gdy sama nie raz chciałam przechodzić zaziębienie trwało ono minimum 2 tygodnie, ja zdychałam i jeszcze pozarażałam współpracowników. To nigdy nie jest dobra opcja. Znam przypadek osoby, która przez chodzenie z grypą do pracy trwale uszkodziła sobie serce.
      Trzeba się w tym pędzie życiowym czasem zatrzymać. Zarówno my jak i dzieci mamy prawo się wyleczyć w razie choroby. Zwykle wystarczą 3 dni plus weekend, jeśli infekcja nie jest przełażona.

    • PS. Nie publikuję tylko wulgarnych i niekulturalnych wypowiedzi oraz spamu 😉 Każdy ma prawo mieć własne zdanie.

  • ~ematka

    Trafione w punkt! Najbardziej mnie powalają argumenty o „budowaniu odporności” – ciekawe, że te dbające o zdrowie swoich smarkających pociech postępowe mamusie nie wiedzą, że budowanie odporności nie polega na przyprowadzaniu chorego dziecka do placówki, gdzie spędzi długie godziny w zamkniętej przestrzeni, tylko na odpowiedniej diecie, ruchu na świeżym powietrzu, nieprzegrzewaniu itp. Nie chcesz „kisić” chorego dziecka w domu to nikt ci nie każe, ale nie przyprowadzaj go do żłobka czy p-kola, idź do parku, na boisko, na plac zabaw. A co do zwolnień lekarskich i problemów z opieką nad dzieckiem, to chyba każdy myślący człowiek wie, że opieka nad dzieckiem to nie tylko pierwsze 3 lata życia…przecież jest okres przedszkolny, początek szkoły, dziecko wtedy jest wciąż małe, nie rozumiem jak można nie przewidzieć pewnych rzeczy i chociażby nie odkładać na opiekunkę na godziny (argument, że nie każdy ma z czego odkładać w ogóle jest kompromitujący, bo w takim razie w ogóle nie powinno się bawić w dzieci i rodzinę). Ogólnie odpowiedzialność rodziców leży i kwiczy.

    • Dokładnie, zresztą na te wiecznie niedoleczone dzieci rodzice zostawiają tyle pieniędzy w aptekach i u lekarzy, że spokojnie po jakimś czasie zwróciłoby się za opiekunkę. W tym współczesnym pędzie pogubiliśmy się strasznie. Szkoda, że ludzie nie widzą, że to pęd do grobu. Do tego wciągamy w go nasze dzieci…

  • ~mar

    Wiesz, że za granicą katar czy kaszel nie jest pretekstem do tego aby dziecko nie szło do przedszkola. Lekarz daje leki i heja do przedszkola. Temperatura – tak, katar – nie. Bo jeśli jest temperatura z katarem, to już nie jest „tylko katar”.
    To jest tylko polska mentalność, że przy najdrobniejszym katarze zamknąć w izolatce, bo zaraża i zagrożenie stwarza. A i jeszcze kurtka puchówka jak ledwo poniżej 10 stopni spadnie temperatura, rajtki na nogi i czapka uszatka.
    Jeśli dziecko ledwo żyje, ma gorączkę, to poza kwestią zarażania innych w żłobku czy przedszkolu będzie się męczyć i nie będzie brać udziału w zajęciach.
    Właśnie dlatego, że przy najdrobniejszej infekcji dzieci są izolowanie tak to wygląda, że potem byle co rozwija się do zapalenia płuc czy oskrzeli.

    A to, że w żłobkach i przedszkolach nie wychodzi się na dwór jak już trochę chłodniej, to niestety lenistwo. No, ale to też takie typowo polskie. Norweskie dzieci spędzają większość dnia na dworze, śpią, jedzą na dworze bez względu na pogodę, a klimat mają raczej chłodniejszy niż w Polszy.

    • Katar nie jest powodem do izolatki. Można sobie chodzić na spacery, ale puszczanie dziecka z katarem do przedszkola to czysty egoizm i głupota. To nie jest żadne budowanie odporności. Dzieci w przedszkolach kiszą się tak samo jak w domu, albo i gorzej, bo w pomieszczeniach są wysokie temperatury i nie jest wietrzone dostatecznie dużo oraz jak sama mówisz – nie chodzi się na spacery, gdy tylko temperatura spadnie. Różnica polega tylko na tym, że rodzice mają je z głowy, ale żeby to wpływało na odporność to sorry próżny trud. Jak napisała jedna osoba, w grupie dyskusyjnej, w której opublikowałam tę notkę:
      Moje dzieci 3 miesiące biegały boso, kapaly sie w basenie, byly na dworze od 8.00 do 20.00, biegały w deszczu, jadly owoce, warzywa… Julas wytrzymał tydzień w przedszkolu, bo przeciez 2 innych dzieci już przywyklo do funkcjonowania w przedszkolu z gorączka i zielonym gilem. Ktoś tu na forum napisał ze lepiej wzmacniać odporność swojego dziecka niż czepiac sie tych co chore dzieci posylaja… Ja mam odwrotna prośbę – zróbcie cos z tym, ze dziecko chodzi cały rok z gilem rozsiewajac zarazki.
      Podpisuję się pod tym nogami rękami. Moje dziecko ma budowana odporność od urodzenia. Nie przegrzewam, nie stosuję antybiotyków, zdrowo odżywiam. Będąc nad morzem bawiła się z dziećmi z gilami w pensjonacie i niczego od nich nie złapała. W żłobku łapała coś co chwilę i zarażała całą rodzinę, choć wcześniej uważaliśmy, że mamy odporność. Po prostu do żłobka, czy przedszkola ludzie prowadzają dzieci ciężko chore, bez żadnych skrupułów.

    • ~t

      Mar, to co piszesz jest dla mnie trochę zaskakujące. Mieszkam w Szwecji i wiem, że gdybym wysłał dziecko z gorączką (albo markotne) do przedszkola, najpierw dostałbym burę od przedszkolanki i musiałbym zabrać dziecko natychmiast do lekarza, albo domu, a gdybym próbował lekceważyć te zasady, mógłbym szybciutko być pod lupą Socjalstyrelse, a chyba wiesz z czym to się wiąże?
      Pozdrawiam! 🙂

  • ~mar

    Katar, sam katar bez gorączki itp. to nie jest ciężka choroba. Na prawdę w Anglii, Norwegii czy Danii lekarze nie widzą powodu do nie posyłania dziecka do przedszkola czy żłobka z powodu kataru. O dziwo tam dzieci bardziej odporne niż u nas.
    Idąc tym torem, to trzeba byłoby przy najmniejszej infekcji miesiąc zostawiać dziecko w domu. Jeśli do kataru dojdzie kaszel, to ten zanim całkiem minie potrwa z miesiąc. W konsekwencji już lepiej wypisać dziecko z placówki.

    • Mojemu dziecku katar mija po 3 dniach na syropie z cebuli i nie kończy się kaszlem, gdy zostanie od razu wychwycony…
      Problem w tym, że tak jak pisałam rodzice coraz bardziej przeciągają tę granicę kiedy można dziecko posyłać do przedszkola. W rezultacie puszczają dzieci z zielonym glutem na kilometr, z gorączką po podaniu Nurofenu, z kaszlem jak u gruźlika. To jest codzienność, którą się ogląda w naszej „Polszy”.

  • To samo zjawisko można zaobserwować w każdym biurze czy zakładzie pracy. Kowalski chodzi do pracy z grypą i ma w głębokim poważaniu, że zaraża współpracowników i klientów, a co za tym idzie ich dzieci, współmałżonków, sąsiadów i znajomych królika. I tak kichają i prychają na Ciebie pasażerowie autobusu, sprzedawczynie w markecie, panie z okienka w urzędzie i banku… Strach wychodzić z domu, a co dopiero dziecko wypuścić. 😉
    A co do przedszkoli i żłobków, to od lat wiadomo, że to wylęgarnia chorób wszelakich i ta opinia nie bierze się znikąd. Fakt, że nie każdy ma babcię i nie każdego stać na opiekunkę, ale nikt nie obiecywał, że wychowanie dziecka to bezproblemowa sielanka. Problemem jest jednak podejście, że póki moje dziecko zaraża inne to ‚who cares’, ale gdy to moje dziecko się zarazi od innego to już insza inszość…
    Cóż dodać… zdrówka wszystkim dzieciakom i ich rodzicom życzę! 🙂

  • ~Marra

    To podam inną sytuację. Dziecko kaszle i ma katar. Idę z nim do lekarza. A lekarka na to, że to nie jest powód do siedzenia W domu i daje karteczkę, że do prZedszkola iść może. I co w takiej sytuacji.

    • Znaczy, że Pani doktor poświadczy, że to nie infekcja i nikogo nie zarazi??? Czasem po infekcji kaszel długo się utrzymuje, bo muszą odbudować się rzeski w oskrzelach. Wtedy faktycznie można już normalnie funkcjonować i nikogo się nie zarazi. Ale jeśli dziecko dopiero coś zaczyna chwytać to jest to początek infekcji. Jeszcze nie spotkałam się z lekarzem, który daje w takim przypadku zaświadczenia albo namawia do chodzenia do przedszkola. Poza tym żaden rodzic charczącego i smarkającego dziecka w przedszkolu jakoś nigdy zaświadczenia nie ma. Tylko głupio się tłumaczy. W żłobku mojej córki, gdy jeszcze tam chodziła zawsze, gdy opiekunki prosiły o zaświadczenie kończyło się przyprowadzanie chorego dziecka…

  • U nas też wiele rodziców przyprowadza chore dzieci do przedszkola, z tym się chyba nie wygra, ale jest i druga strona medalu, bo nie zawsze sprawy są takie, jak na pierwszy rzut oka wyglądają. Mój syn praktycznie non-stop od roku ma katar alergiczny i gdyby miał z nim nie chodzić do przedszkola, to musiałby nie chodzić wcale. Ewentualnie musielibyśmy się przeprowadzić nad morze, bo tylko tam mu katar na jakiś czas minął…

    • Są oczywiście takie przypadki jak Twój syn, ale mi chodziło o naciąganie teorii z katarem, który niby nic nie znaczy. Dziecko zwykle jest zdrowe, łapie katar i idzie do pkola, a rodzice ściemniają…