Zapiski z wczesnej ciąży

Kiedy zaszłam w obecną ciążę próbowałam za wszelką cenę powstrzymywać radość, bałam się ucieszyć, aby się nie rozpaść gdyby coś poszło nie tak, jak poprzednim razem. Krążyły we mnie tak różne skrajne emocje poczynając od wielkiej radości, aż po smutek, gdy działo się coś niedobrego (jakikolwiek niepożądany objaw), wszystko spowite ogromnym strachem. Większości znajomych nie mogłam zdradzić co się dzieje, gdyż ze względu na poprzednie poronienie nie chciałam tak wcześnie rozgłaszać dobrej nowiny. Zaczęłam więc pisać tutaj z myślą, że opublikuję to wszystko po pierwszym trymestrze. Pisanie zawsze jest swego rodzaju terapią, nawet jeśli piszesz do szuflady. Pomogło mi przetrwać ten nerwowy okres w ukryciu.

Dajcie znać czy podobają się Wam tego typu wpisy dziennikowe, czy może to zbyt duży ekshibicjonizm. Nie obiecuję, że będę kontynuować taki publiczny pamiętnik, nie wiem czy chcę to robić regularnie. W tamtym czasie potrzebowałam gdzieś wylać swoje tłumione emocje, a dziś stwierdziłam, że mogę je pokazać światu. Miłej lektury więc…

11 lipca, sobota, 9:00 rano

Wiedziałam, czułam to! Okres spóźnia się raptem jeden dzień, ale ja miałam przeczucie, by zrobić test. Wczoraj, w dniu w którym powinnam dostać okres byłam z dziewczynami na piwie. Coś mnie tknęło, by nie pić więcej niż dwa piwa. Ganiłam się w myślach za te przeczucia i wyobrażenia, mając w pamięci swoje świrowanie przed zajściem w pierwszą ciążę. Mój niestety już świętej pamięci gin, za sprawą którego Bajaderka jest na świecie, kazał mi wtedy wyluzować, nie myśleć o tym tyle i przede wszystkim nie rezygnować z alkoholu, bo MOŻE już doszło do zapłodnienia. Powiedział wtedy: „Pani Tamaro, wino sprzyja zachodzeniu w ciążę. Proszę trochę wyluzować. Pojechać na jakieś wakacje last minute i wino zacząć pić już w samolocie.” Śmiał się, że prawie od pół roku starań nie tknęłam nawet kropli wina, czy piwa. (Wódki zazwyczaj nie pijam, żeby nie było ;))

Byliśmy na dziś umówieni na spotkanie z moją przyjaciółką i jej facetem. Stwierdziłam: a zrobię ten test, bo znów jakieś piwo się pewno trafi. Moje dziecię jest od tygodnia na wakacjach z dziadkami, stąd taka laba.

No i zrobiłam. Lekka kreska, kreska widmo. Bajaderka też była kiedyś kreską widmo…

Tym razem obiecałam sobie nie rozgłaszać światu radosnej nowiny. Powiem tylko najbliższym. Pozytywny test po poronieniu wiążę się z całą mieszanką bardzo różnych odczuć. A tym dominującym jest strach. W pierwszym odruchu masz ochotę podskoczyć z radości i zadzwonić do swojej bliskiej kumpeli, której tydzień temu też wyszedł test pozytywny, aby się pochwalić, że ty również zaszłaś (tak mi się trafiło zsynchronizować z jedną z przyjaciółek), ale chwilę później powstrzymujesz się. Ganisz siebie w myślach za tą absurdalną radość. Przecież jeszcze wszystko może się zdarzyć. Na tym etapie mogę dostać zwykłego okresu w każdym momencie i tyle z radości… Im mniej osób będzie wiedziało, tym łatwiej jeszcze nie przyjmować tego do wiadomości. Trzeba tą informację wyprzeć, dla własnego dobra, by potem, w razie czego tak mocno nie bolało. Ale tak naprawdę czy w ogóle jest sposób na to, by w razie złej opcji nie bolało? Nie wiem i nie chcę się nad tym zastanawiać. Odganiam myśli i odpisuję szybko na smsa od przyjaciółki, która miała na dzisiejszy dzień masę planów wyjazdowo-grillowych. Jest niestety zimno. Mnie paraliżuje strach. Wstawiam zdjęcie testu z kreseczką widmo i piszę coś w stylu: „Zostańmy dziś w domu. Boję się w takiej sytuacji przeziębić.” Przyjaciółka nie oponuje. Jedną ciążę przez wirusa już straciłam. Budzę El i pokazuję test. Nie potrafi stłumić uśmiechu, choć też stara się opanować emocje. Po obiedzie jedziemy do Doti. Później informuję też mamę co się dzieje.

12 lipca, niedziela rano

Dziś w planach wyjazd nad Zalew Sulejowski. Nasza polska pogoda jest nieprzewidywalna i nagle zrobiło się bardzo ciepło, wręcz upalnie. Od rana jakieś zawirowania, bo El nie chce się jechać. Strzelam focha i postanawiam jechać sama z Doti i Wojną. Moje postanowienie mobilizuje El do tego, by zebrać dupę w troki i zaczyna się ubierać na wyjazd i pakować plecak. Jego strasznie trudno gdzieś wyciągnąć, ale jak już się to uda – wtedy jest zadowolony, że dał się skusić. Humor mi dopisuje do czasu… Wchodzę do łazienki wysikać się przed drogą, po czym na papierze widzę jakieś zaróżowienie… I dół… Wiem, że na tym etapie mogą zdarzać się plamienia, miałam nawet coś takiego z Bajaderką w ciąży, myśląc, że okres mi się zaczyna. Jednak paranoja po poronieniu jest ogromna.

Przypomina mi się tekst mojego lekarza bym przyszła do niego niezwłocznie po tym, jak test wyjdzie pozytywny. Ze względu na niedawne poronienie chciał mi od razu przepisać progesteron. Poza tym jest bardzo ostrożnym człowiekiem i chce bym od początku na siebie chuchała i dmuchała. CHOLERA JASNA!!! Strzela mnie nagle pewna myśl. Przecież od jutro Aga zaczyna urlop! Nie mogę wziąć wolnego!

Wpadam w panikę i konsultuję się z El co robić. Doti i Wojna są już w drodze po nas. W pierwszym odruchu chcę ich odwołać, ale El mnie powstrzymuje. Namawia by zadzwonić do szefa i mu wszystko wyjaśnić. Jutro bezsprzecznie muszę iść do lekarza. Zastanawiam się chwilę nad pojechaniem do szpitala, ale potem stwierdzam, że jak dowiedzą się, że to 25 dzień cyklu to mnie wyśmieją i każą czekać na okres (mam bardzo krótkie cykle, 23 dniowe). Poza tym jest niedziela. W szpitalu nic mi w niedzielę nie zrobią.

Wedle zaleceń lekarza staraliśmy się o dziecko od zakończenia pierwszej miesiączki po poronieniu. Oczywiście pykło wtedy, kiedy to powinnam być w pracy w pełni sił. Przedstawiam na szybko sytuację M.przez telefon. Jest trochę podłamany. Zawiedziony?? Nie wiem i wolę się nie zastanawiać. Jeśli ktoś może pomyśleć, że w ciążę da się zajść pod konkretny termin, żeby komuś na złość zrobić to chyba nie ma dzieci, albo zaliczył same wpadki i myśli, że do zapłodnienia dochodzi od samego patrzenia na męskie spodnie. No dobra, wiem, że nie każdy ma takie problemy z zachodzeniem w ciążę jak ja, ale tak czy inaczej wycyrklować w konkretny termin się nie da. Wierzę, że M.rozumie. Choć jest mi strasznie głupio. Do kolegi, który będzie musiał mnie i koleżankę, która jest na urlopie zastąpić nawet nie dzwonię. Będzie miał Sajgon, tym bardziej, że na co dzień nie zajmuje się tym co my.

Mam doła, mam stracha ale postanawiam jechać nad ten zalew. W domu moje myśli by mnie chyba zagryzły. A tak trochę je odciągnę.

Płyniemy czteroosobowym rowerkiem w kształcie garbusa, chłopaki pedałują, my z Doti się wylegujemy, a przez mój mózg przepływa tysiąc myśli. Nienawidzę tego uczucia niepokoju. Zajście w ciążę powinno się wiązać z radością. Tym czasem jest to nic innego jak tłumienie emocji i usilne odciąganie myśli od tego, co się dzieje. Tak do 12 tygodnia zwykle. Chyba, że to pierwsza ciąża i brak komplikacji na koncie.

13 lipca, poniedziałek

Nie mogę się od rana dodzwonić do poradni, w której przyjmuje mój gin na NFZ. Wiem, że nie będą mieli miejsc na dzisiaj, ale gdzieś muszę złapać lekarza. Dzwonię do niego na komórkę i pytam, gdzie dziś przyjmuje. Okazuje się, że w poradni, nie w prywatnym gabinecie. Mówię mu jaka jest sytuacja i pytam, czy mnie przyjmie. Każe przyjść trochę przed 15:00, by przyjąć mnie jeszcze przed pierwszą umówioną pacjentką. Złoty człowiek.

W poradni pani w rejestracji czuje się zbulwersowana tym, że lekarz postanowił przyjąć mnie jak to nazwała „charytatywnie”. Oświadczam słabym głosem, że jestem po poronieniu niedawnym, we wczesnej ciąży z plamieniem. Zamyka usta. Nie mam siły, ani ochoty się wykłócać. Grunt, że lekarz trafił mi się empatyczny.

Dostaję Duphaston i Akart oraz nakaz leżenia. Mam przyjść za tydzień na kontrolę. Oczywiście muszę być na zwolnieniu, co by móc leżeć. Wracam do domu i ładuję się do wyra. Obiad zamawiam z naleśnikarni. Jestem uzbrojona w laptopa, książki, gazety, które zostawiła u mnie Doti. I kota. Mój jedyny towarzysz w ciągu dnia – kot dzielnie spędza ze mną cały czas w łóżku. Nie ma potrzeby by El brał zwolnienie. Nie wiadomo jak będzie później i jak długo będę musiała leżeć. Bajaderka wraca za tydzień, więc mogę sumiennie leżeć.

14 lipca, wtorek

Poczytałam, ułożyłam biżuterię i wpadam na pomysł by napisać notkę. Tak powstaje wpis Nakaz leżenia w ciąży – jak zwalczyć nudę?. Zastanawiam się, czy po tym wpisie ktoś nie domyśli się co jest grane. Stwierdzam, że będę zaprzeczać. Wciąż stosuję wypieranie informacji z głowy, jako koło ratunkowe. Plamienia nie ma. Było tylko to jednorazowe coś w niedzielę. Iskierka nadziei rozbłyska. Zaraz po tym chcę odwrócić swoje myśli. Medytuję.

15 lipca, środa

Leżę jak zwierzę. Nudno mi. Czekam z utęsknieniem aż El wróci z pracy. Dolegliwości ciążowych póki co brak. Mimo brania Duphastonu.

16 lipca, czwartek

Jadę rano na badanie moczu, morfologię i cukier, jak gin nakazał. Wieczorem sprawdzam wyniki on-line i nabijam sobie banię zbyt wysokim cukrem. Niby w normie, ale prawie górna granica. Z Bajaderką zawsze miałam dolną. WTF? Jeszcze cukrzycy ciążowej mi brakuje do szczęścia. Swoje obawy przedstawiam mamie przez telefon, która jest z Bajaderką na wakacjach. Moje dziecię nawet nie chce ze mną gadać, takie zajęte. Tęsknię, brakuje mi ich wszystkich.

17 lipca, piątek

Rano koleżanka z pracy uspokaja mnie przez telefon, co do tego cukru.

– Może nażarłaś się wieczorem sera żółtego? – pyta.

– Jadłam dwie kanapki z serem żółtym i pomidorem! – stwierdzam.

– No widzisz! Pewno ci powtórzą badania. A może to dlatego, że leżysz i metabolizm zwolnił.

Nie znam się i łykam tą argumentację. Dalej gadamy o pracy, zastanawiając się, jak chłopaki sobie bez nas radzą.

Do powrotu El oglądam dwa filmy. W tym Czarownicę z Angeliną Jolie, która wciela się w postać Diaboliny ze Śpiącej Królewny. Polecam wszystkim wielbicielkom bajek Disneya. Choć ta wersja nie jest ani trochę romantyczna, jak na produkcje disneyowskie przystało. Jest po prostu realistyczna, mimo że opowiada historię czarownicy. Trzeba to obejrzeć, by zrozumieć o co chodzi.

18 lipca, sobota

Budzę się rano przed El i skrobię notkę. Jutro już wraca Bajaderka! Nie możemy się doczekać. Później El sprząta chatę na przyjazd naszej księżniczki, ja się kręcę. Nie leżę plackiem. Nie mogę. Jest taki upał. Jemy obiad od teściowej, a potem bierzemy się za oglądanie filmu. Wilk z Wall Street. Kolejny rewelacyjny film. Ależ nadrobię zaległości w filmach.

20 lipca, poniedziałek

Wizyta u gina. Dowiaduję się, że z racji niedawnego poronienia będę musiała na siebie chuchać i dmuchać do końca 12 tygodnia. Gin każe leżeć, jak najwięcej. Mówię, że mojej trzylatce trudno będzie to zrozumieć. Rozmawiamy o tym, czy posyłać ją do żłobka w sierpniu, wspominając bostonkę, która załatwiła moją poprzednią ciążę. Gin stwierdza, że nie powinnam Bajaderki puszczać do skupiska do końca pierwszego trymestru, mimo że dzięki temu mogłabym więcej poleżeć. Zostaję więc obłaskawiona, a mój wyrok leżenia załagodzony. Lekarz stwierdza, że wie jak to jest z małym dzieckiem i po prostu mam się oszczędzać. ŻADNYCH prac fizycznych. Nie za długo na nogach. Absolutnie nie dźwigać. Spacery OK, ale nie za długie.

26 lipca, niedziela

Minął spokojny tydzień. Mama miała jeszcze urlop więc przyjeżdżała codziennie z tatą. Nie musiałam gotować, ani się wiele ruszać. Bajaderka bawiła się z dziadkami. Dopadł mnie już ciążowy śpioch. Każdego dnia muszę się przespać (zasnę niezależnie od okoliczności), chodzę spać koło 21:00. Niestety od trzech dni wykańczają mnie jeszcze mdłości nieustanne, całodniowe. Dokładnie tak samo jak to było w pierwszej ciąży. Zaczęło się nawet w tym samym momencie…

Od tego czasu moje dolegliwości żołądkowe zniechęciły mnie do pisania. Ciężko było usiedzieć przed kompem, by wyskrobać jakąś sensowną notkę. Do tego bardzo doskwierały mi ogromne upały, które ekstremalnie długo trwały tego lata. Trochę też się uspokoiłam, że ciąża postępuje, bo progesteron rośnie, skoro mój żołądek tak strajkuje.

Mdłości skończyły się po magicznym 12 tygodniu, czyli książkowo.

Czy teraz jest spokojniej? Cóż nie bardzo. Zagrożenie minęło, ale życie przygotowało dla mnie inne niespodzianki. Wczoraj wyszłam ze szpitala, gdzie trafiłam z powodu pierwszego w życiu ataku astmy alergicznej…

zapiski

Tamara Tur