Błąd, który przypłacisz zdrowiem lub życiem

Dzisiejszy wpis powstał ku przestrodze – dla wszystkich matek. Ten błąd popełnia każda kobieta mająca dzieci. Nawet taka, która sądzi, że ma czas dla siebie i pamięta o własnych potrzebach. Najbardziej niebezpieczne w całej sytuacji jest to, że zwykle zauważamy nasze zaniedbanie za późno, dopiero gdy spotka nas coś złego. Co gorsza – nieodwracalnego.

O czym mowa? O ignorowaniu własnych problemów zdrowotnych, przekładaniu planów zajęcia się nimi w nieskończoność. Zwykle mobilizację uzyskujemy dopiero w momencie ujawnienia się jakiejś ciężkiej choroby, która uniemożliwia nam życie, jakie wiodłyśmy do tej pory. W większości przypadków można by takiej sytuacji zapobiec, gdyby pomyśleć o sobie i swoim zdrowiu na czas, jednak zazwyczaj tak się niestety nie dzieje…

Mam do Ciebie kilka pytań. Odpowiedz na nie sama sobie:

1. Kiedy ostatni raz robiłaś morfologię i badanie moczu?

2. Kiedy badałaś swoje piersi?

3. Kiedy robiłaś cytologię?

4. Kiedy ostatni raz byłaś u lekarza (ze sobą nie z dzieckiem)?

Oczywiście jeśli dopiero co urodziłaś dziecko lub jesteś w ciąży masz za pewne szereg w miarę aktualnych badań na koncie. Warto jednak przypomnieć sobie te pytania za jakiś rok, dwa. Zobaczysz, że nie odpowiesz na nie tak śpiewająco.

Mam jeszcze dwa pytania:

1. Czy zaobserwowałaś u siebie jakąś dolegliwość, która pojawiła się po urodzeniu dziecka? (np. problemy z kręgosłupem, nasilenie objawów alergicznych, ciągłe migreny, obniżenie odporności, pogorszenie wzroku, duży przyrost lub spadek wagi, permanentne zmęczenie, nerwowość lub stany depresyjne, inne objawy, których kiedyś nie było lub pojawiały się sporadycznie, a teraz męczą Cię coraz częściej)?

2. Jeśli odpowiedź na powyższe pytanie brzmi TAK, czy zrobiłaś coś w kierunku poprawienia swojego samopoczucia?

– Czy rozmawiałaś o swojej dolegliwości (lub dolegliwościach) z lekarzem?

– Czy udałaś się do specjalisty/specjalistów?

– Czy zrobiłaś jakieś badania?

– Czy zmieniłaś w jakikolwiek sposób swój dotychczasowy tryb życia (np. poprzez wprowadzenie odpowiedniej diety, uprawianie sportu)?

Media kładą nam do głowy, że matka jest robotem – wielofunkcyjną maszyną do wszystkiego, która musi zadbać o rodzinę, pomijając przy tym wszystkim siebie. Zmęczenie matek jest uznawane jako zjawisko naturalne, z którym każda z nas liczy się jeszcze zanim urodzi dziecko. Przecież niejedna koleżanka, sąsiadka, czy ciotka chętnie nas w tym temacie oświecą, jeszcze gdy turlamy się z brzuchem. W rezultacie przyjmujemy na klatę wszystkie zmiany, które pojawiły się wraz z macierzyństwem, utratę sił witalnych i pogorszenie naszego samopoczucia jako coś normalnego, bo to spotyka KAŻDĄ znaną nam matkę. Na zasadzie:

Jestem tak zmęczona, zasypiam na stojąco, ale przecież Magda, Kaśka czy Monika mają tak samo.

Boli mnie kręgosłup, coraz częściej ból promieniuje na nogę, ale czytałam na forum, że większość młodych matek ma problem z odcinkiem krzyżowym kręgosłupa.

Gorzej widzę, chyba mam za słabe okulary, ale przecież w tym miesiącu trzeba pójść z synkiem do alergologa prywatnie, więc i tak nie zrobię sobie nowych szkieł.

Kicham jak opętana, moja alergia nie przeszła mi jak zwykle z końcem lata, ale przecież dopiero co byłam na zwolnieniu przez córeczki grypę jelitową, a w przyszłym tygodniu znów muszę urwać się z pracy, by iść z nią do ortopedy. Zapiszę się do alergologa za jakiś czas, bo mnie szef prześwięci (i tak mijają lata).

Jestem sfrustrowana. Moje dziecko działa mi na nerwy. Czytałam na jednym blogu, że inne mamy też tak mają. A jakie niektóre napisały komentarze! Chyba żadna matka nie jest szczęśliwa, a jak jest to pewno ma niańki do pomocy albo kłamie…

Tak same nawzajem pierzemy sobie mózgi, akceptując WSZYSTKO co nas po urodzeniu dziecka spotka, biorąc za normę coś co wcale nie jest do końca normalne. Ciężko rozróżnić typowe okresowe zmęczenie młodej matki związane np. z ząbkowaniem dziecka od hiper-zmęczenia wynikającego z choroby w tym np. depresji. Tym bardziej, że inni będą matce wciskać, że to co czuje jest zupełnie normalne. Nie ty pierwsza, nie ostatnia.

Do tego dochodzi typowa przypadłość każdej matki, która ZAWSZE odłoży swoje potrzeby na później, aby zająć się jak najlepiej dzieckiem. Służbę zdrowia mamy jaką mamy, zarobki większości nie wystarczają na wszystko. Jeśli wydałaś w tym miesiącu 400zł na prywatnych lekarzy i leki swojego dziecka to logiczne, że nie stać Cię by pójść ze sobą do dentysty. I tak przekładasz wizytę na kolejny miesiąc, w którym znów coś wypada (np. trzeba kupić nową kurtkę i buty maluchowi na zimę), tym sposobem mijają tygodnie, miesiące, a czasem i lata. Odraczanie własnych wizyt u lekarza jest też związane z obawą o utratę pracy, gdzie nie powinnyśmy się co chwilę zwalniać, a czas, który możemy wykorzystać zużywamy zwykle w 100% na dzieci.

Niejednokrotnie zaniedbujesz swoje zdrowie nieświadomie, masz ogromną cierpliwość i tolerancję na to co Ci doskwiera, bagatelizujesz syndromy, stwierdzając, że to nic takiego (to ja). Kobiety to twarde sztuki, dlatego umiemy normalnie funkcjonować podczas przeziębienia i grypy, kiedy to mężczyźni umierają na sam stan podgorączkowy. Pewno tego typu „gruboskórność” została nam dana, bo to my zmagamy się z bólem porodowym.

Czemu o tym wszystkim piszę teraz? Gdyż niedawno los postanowił mnie uświadomić, jak kruche jest zdrowie.

Od dziecka cierpiałam na katar alergiczny sezonowy. Przed laty stwierdzono u mnie lekkie uczulenia na pyłki traw głównie, pleśnie: alternaria i cladosporium, jakieś tam zboża. Po urodzeniu Bajaderki katar sienny przyszedł na wiosnę i nie skończył się jesienią. Właściwie to trwał cały rok, raz lżejszy, raz silniejszy. W końcu podkusiłam się o to, by pójść do laryngologa i sprawdzić czy to nie coś z zatokami. Internista ignorował mój problem, stwierdzając, że pewno nabawiłam się alergii na kurz i wystarczy walić na co dzień psikacz sterydowy do nosa. Wielkie mi mecyje. Nie widział w tym żadnego problemu. Ja – przeciwniczka permanentnego przyjmowania leków w ogóle nie brałam tej opcji pod uwagę. Sama alergia była dla mnie taką trochę wyimaginowaną chorobą, na którą to zwala się wszystko z czym lekarze sobie poradzić nie mogą. Miałam w pamięci to, jak w wieku 16 lat zaczęłam nagle dostawać ataków pokrzywki skórnej, której przyczyny nie mógł za bardzo dociec alergolog. Leki na to nie działały, testy nie wykazywały jakiejś dużej nadwrażliwości na jakikolwiek alergen poza tymi trawami, pleśniami i zbożem. Pokrzywka po roku ataków przeszła samoistnie. Uznałam, że te wszystkie „alergie” to jeden wielki pic na wodę.

Laryngolog nie stwierdził problemów z zatokami – katar był wodnisty, typowo alergiczny, do tego kichanie i łzawienie oczu. Wszystkie objawy przechodziły po lekach przeciwalergicznych i sterydowym psikadle do nosa. Lekarz powiedział więc, że powinnam udać się do alergologa…

Miałam w planach zrobienie testów alergicznych. Mam przecież kota w domu. Może faktycznie nabyłam alergii na kurz i kota i coś tam jeszcze. Jak to typowa matka – nie wiem kiedy minęły 3 lata, a na testy nie dotarłam…

Permanentny katar wpłynął na spadek mojej odporności. Nigdy wcześniej nie miałam problemów ze zdrowiem, nie łapałam każdego napotkanego wirusa. Do czasu zajścia w pierwszą ciążę nie byłam ani razu na zwolnieniu, a pracowałam w jednej firmie od ponad 3 lat. Leczyłam się raczej naturalnie. Ostatni antybiotyk brałam z powodu jakiegoś mocnego stanu zapalnego rosnącej ósemki ileś tam lat wstecz. Wszystko zmieniło się po urodzeniu dziecka. Przez pierwszy rok Bajaderka raczej nie chorowała, potem sporadycznie, ale ja potrafiłam się od niej zarazić. Gdy poszła do żłobka mając 2,5 roku przechodziłam z nią większość infekcji.

– To normalne – mówił internista.

– To normalne. Ja też wszystko łapię od dzieci – słyszałam opinie innych matek.

Nie zmieniłam jakoś diametralnie trybu życia. Od zawsze patrzę na to co jem, już moja mama dbała o moje zdrowe odżywianie. Ze sportem było u mnie zawsze ciężko. Nie umiałam w żadnej aktywności fizycznej znaleźć frajdy, więc w końcu zupełnie ten temat odpuściłam – to przyznaję.

Ponieważ drugą ciążę straciłam najprawdopodobniej przez wirusa grypy bostońskiej, w obecnej ciąży ginekolog zalecił separację od skupisk dzieci w pierwszym trymestrze. Były to akurat wakacje, więc Bajaderka miała dłużej wolne. Był plan, że dopiero we wrześniu pójdzie do przedszkola. Jednocześnie nasilił mi się katar alergiczny – jak to zwykle latem bywa. Gdy katar męczył mnie straszliwie trafiłam do jakiejś nieznanej mi lekarki internistki, która odmówiła przepisania leków przeciwalergicznych ciężarnej, uzasadniając swoją decyzję tym, że nie chce ponosić odpowiedzialności… Sama stwierdziłam, że nie będę szprycować się chemią w ciąży. Dam jakoś radę. Co tam katar! Nie konsultowałam tego doskonałego pomysłu z innym lekarzem. Nawet własnym ginekologiem.

Nastały chłodniejsze jesienne dni, rano zimno, a popołudniami gorąco. Gil męczył mnie coraz bardziej. Moje dziecko zdrowe jak rybka hulało do przedszkola. Ja czułam, że coś mnie chwyta, katar urósł do rozmiarów monumentalnych, więc wskoczyłam do łóżka i leczyłam się każdą znaną mi naturalną metodą. Nie raz sprawdzoną na sobie i dziecku. Po trzech dniach bardzo silnego kataru, doszedł kaszel. Katar nieco zelżał. W sumie to myślałam, że jestem już na dobrej drodze, autentycznie czułam się lepiej. El wyszedł z Bajaderką na plac zabaw. Było to słoneczne, niedzielne popołudnie. Zostałam sama w domu. Nagle zauważyłam, że ciężko mi się oddycha. Mój oddech stał się płytki, musiałam się nad nim mocno skupić – nad czymś co od urodzenia robi się automatycznie. Odpaliłam inhalator z solą fizjologiczną. Inhalacje trochę mi pomagały. Napisałam do El by wracał szybko, bo chyba mam duszności.

5 minut później był w domu i dzwonił na pogotowie. Chcieliśmy zapytać, do którego szpitala najlepiej pojechać. Ciężarna z dusznościami – to nie lada wyzwanie. Poradzono nam, by skorzystać z pomocy doraźnej, a tam lekarz ewentualnie pokieruje dalej.

Pisałam Wam kiedyś, żeby uważać na lekarzy na doraźnej, gdy wylądujecie tam z dzieckiem. Już nie raz trafiłam na typy, które wciskały antybiotyk na zapalenie gardła, albo nie miałam pewności co do poprawności ich diagnozy.

Weszłam do lekarza. Byłam w stanie wymówić 2, maks 3 słowa na jednym wdechu. Mój oddech był świszczący na kilometr. Lekarz stwierdził brak zmian osłuchowych. Kazał dalej pić syrop z cebuli, robić inhalacje solą fizjologiczną, wdychać olej Olbas.

Wróciliśmy do domu. Mój stan specjalnie się nie poprawiał, ale przecież byłam dopiero co u lekarza. Wmówiłam sobie, że pewnie przez ciążę tak ciężko znoszę tą infekcję. Jeszcze gdzieś przeczytałam, że w drugim trymestrze możliwe są duszności…

Całą noc zmagałam się z dusznościami próbując oddychać przeponowo, by jak najwięcej docierało do dziecka. Olbas faktycznie trochę łagodził dolegliwości. Po 5:00 zadzwoniłam na pogotowie i powiedziałam jak wygląda moja sytuacja i jaką diagnozę postawił lekarz. Kazali mi zadzwonić do tego lekarza. Po prostu doskonale rozmawia się ze wszystkimi świętymi wypowiadając 2 słowa na jednym wdechu! Dobrze, że jestem osobą opanowaną, do tego przyjęłam na klatę, że to co mi się dzieje pewno jest normalne w ciąży i nie histeryzowałam, bo w przeciwnym wypadku mogłabym się udusić. Lekarz z doraźnej stwierdził, że absolutnie nie powinnam mieć duszności przez całą noc i w ogóle to czemu nie zadzwoniłam wcześniej??? Ha! Kazał jechać do szpitala na oddział pulmonologiczny. Powiedział, który szpital wybrać. Chwała mu, że polecił najlepszy z możliwych.

Na izbie przyjęć osłuchało mnie dwóch lekarzy. Powiedzieli, że świsty i gwizdy słychać na kilometr. Podali inhalacje, dzięki którym mogłam oddychać. Chwilę później wylądowałam jeszcze u dyrektora oddziału pulmonologiczno-alergologicznego, był to lekarz pulmonolog. Po zbadaniu i przeprowadzeniu wywiadu stwierdził najprawdopodobniej ostre zapalenie oskrzeli oraz pierwszy atak astmy alergicznej. Postawił cały oddział na nogi. Wynaleźli dla mnie osobną salę, żebym będąc w ciąży jeszcze czegoś dodatkowo nie złapała. Chwilę później wróciły duszności, więc dostałam kolejne inhalacje i antybiotyk w żyłę. Lekarze o najróżniejszych tytułach zapewniali mnie, że leki które stosują są bezpieczne dla dziecka, a interniści, którzy się ich boją są niedouczeni. Dobrze, że to był już 16 tydzień ciąży.

Łącznie osłuchało mnie 7 lekarzy – dwóch na izbie przyjęć, na oddziale pulmonolog, alergolog, ordynator – bardzo znany profesor dr hab. pulmonolog-alergolog i dwóch młodych lekarzy. Oczywiście nie można było zrobić prześwietlenia, no bo ciąża. Nie dało się więc wykluczyć zapalenia płuc. Po lekach z minuty na minutę było ze mną coraz lepiej. Szmery malały, osłuchiwali mnie przecież co chwilę. Duszności nie miałam, bo dostawałam Pulmicort i jakiś steryd wziewny. Pierwszego dnia spirometria była fatalna na 40% (lekarka tłumaczyła, że to tak jakbym oddychała jednym niecałym płucem), a już następnego, po lekach wyszła na 65%. Wypisano mnie po dwóch dniach i nocach w stanie bardzo dobrym i oczywiście z zaleceniem dalszego leczenia antybiotykami i lekami na alergię w domu.

Pierwszy raz od trzech lat nie mam kataru od ponad tygodnia. W poniedziałek idę na kontrolę i spirometrię. Muszę pozostać pod opieką pulmonologa do końca ciąży, a alergologa – do końca świata. Tak z zaniedbania dorobiłam się astmy i dla ratowania życia musiałam przyjąć masę leków w ciąży. Lekarze zapewniali, że leki te nie mogły wpłynąć na dziecko na tym etapie, a steryd, który dostałam stosuje się w większej dawce w ciąży, gdy grozi przedwczesny poród (aby płuca maluszka szybciej się wykształciły). Tłumaczyli mi wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, których nie jestem w stanie powtórzyć. Pozostaje mi tylko w to wierzyć. Jest nawet jakiś pozytyw z całej tej tragicznej sytuacji – poznałam świetną panią alergolog w szpitalu i po ciąży będziemy dalej się badać i leczyć. Z kotem w domu.

To nie jedyny mój grzech zaniedbania własnego zdrowia. Nie miałam też czasu przez 3 lata na okulistę przez co bardzo zwiększył mi się astygmatyzm. Prawie 2 lata temu w Sylwestra wylądowałam na pogotowiu zgięta w pół, z ogromnym bólem krzyża. Jak wiele matek dorobiłam się dyskopatii tego odcinka kręgosłupa. Pochodziłam 2 miesiące na rehabilitację, a potem już zapomniałam, by zapisać się do lekarza. Ćwiczenia na kręgosłup w domu? Pfff a kiedy??? Może ze 2 razy udało mi się zmobilizować. Praca, dziecko, blog i skłonność do perfekcji we wszystkich rolach, które spełniam były dla mnie dostatecznym wytłumaczeniem braku czasu na dbanie o swoje zszargane już zdrowie. Gdy koleżanka proponowała jogę na kręgosłup ironicznie pytałam, czy może jeszcze chorągiewkę mam sobie w dupkę wsadzić. Zdążyłam dać z siebie wszystko w pracy. Zdążyłam być fajną mamą swojego dziecka. Zdążyłam przygotowywać świetne posiłki. Zdążyłam założyć bloga. Uchronić się przed astmą nie zdążyłam. W tym momencie zatrzymuję się przy oknie w salonie i patrzę smutnym wzrokiem w dal, czyli na szkołę, która stoi pod moim blokiem i przysłania ciekawsze widoki, których i tak bym ze szczegółami nie dojrzała w moich za słabych okularach. A na poważnie: która z Was nie popełnia tych samych błędów?

A teraz słuchajcie, bo będzie kazanie. Jesteście dla swoich dzieci całym światem. Matka jest tylko jedna i jej psim, zasranym obowiązkiem nie jest poświęcanie się, sprzątanie, pranie, gotowanie i stawanie na rzęsach, ale dbanie o to, by móc towarzyszyć swoim dzieciom w zdrowiu jak najdłużej. Nie tylko małe dzieci potrzebują matki. Aby wychować człowieka potrzeba wielu sił i czasu, którego najzwyczajniej może nam zabraknąć, jeśli nie zwolnimy i nie zadbamy o własne zdrowie. Nie powiem Wam jak tego dokonać, skąd wziąć czas i pieniądze, z czego zrezygnować, by uzyskać odpowiednie środki. Wierzę, że każda da radę to zrobić, gdy uprzytomni sobie skalę problemu. Przecież nikt nie umie lepiej od matek dokonywać niemożliwego! Możemy założyć jakąś grupę wsparcia, w której będziemy odpytywać się, co w danym dniu zrobiłyśmy dla własnego zdrowia. Może dzięki temu mamy niemowlaków nie zapomną o zjedzeniu obiadu, a schorowane mamy wreszcie umówią się na wizyty do lekarzy? Dajcie znać co myślicie o takiej inicjatywie.

1408999224_ff48463297_b

Foto: Fanny

  • O Jezusie nawet nie wiesz ile masz racji w całym tym wpisie. Ja też się zbieram do lekarza i na badanie krwi i zebrać się nie mogę bo od 3-4 miesięcy zasypiam wcześniej niż moje dziecko i odczuwam zmęczenie. Może faktycznie wystarczyłoby trochę ruchu i witamin ale mimo wszystko zawsze jest coś ważniejszego ode mnie samej.

  • ~misia

    Podpisuje się pod Twoim postem w 100%. Jestem pracującą mamą dwójki dzieci, zawsze starałam się raz w roku zaliczyć badanie krwi (oczywiście na własną rękę, bo który lekarz da „zdrowej” osobie skierowanie na badanie??), ginekologa i okulistę. Wczoraj w końcu zaliczyłam ginekologa – jak się okazało – moja pamięć też zawodzi, bo ostatnią wizytę miałam 2 i pół roku temu. Za tydzień idę do okulisty u którego też już nie byłam około dwóch lat. To jest prawda, ze przy dzieciach, zapomina się o sobie – a przecież nasze zdrowie jest równie ważne. Mam nadzieję, że Twój wpis zmobilizuje mamuśki (i nie tylko), aby poświeciły trochę czasu sobie i zaserwowały sobie swojego rodzaju „przegląd techniczny” ciała

    • Najgorsze jest to, że ja nawet nie wiem kiedy tyle czasu zleciało…

  • To u mnie jest wręcz na odwrót. Odkąd mam dziecko uważniej przyglądam się sobie.Przez całe zycie nie byłam u tylu specjalistów co w ciagu ostatniego roku.

    • No to gratuluję subordynacji. Ja jak byłam na urlopie macierzyńskim to jeszcze jakoś to było, ale gdy poszłam do pracy to nie wiem kiedy zleciało tyle czasu i doszło do zaniedbania 🙁

  • Mnie to chyba jakoś zycie oszczędziło, ale tylko pod względem zdrowia, bo pod innym nie, raczej staram się zawsze dbać o swoje zdrowie, choc bez przesady, ale podstawowe badania staram się robić choć raz na dwa lata. Masz szczęście, ze w końcu trafiłaś na odpowiednich lekarzy, ja miałam problem z synkiem ale na szczęście od urodzenia był pod opieką bardzo dobrej pediatry, a od 3go miesiąca zaczął chorować i od razu zauważyła, że to pierwsze objawy astmy oskrzelowej, cóż 3 mce leki, inhalacje i tak w kółko, a końca nie widać, więc gdy usłyszała że mamy okazję wyjechać nad morze śródziemne sama zaczęła mnie namawiać (nota bene moja koleżanka)do wyjazdu dla dobra dziecka i tak zrobiliśmy i od tamtej pory, zero leków, a śladu po astmie nie ma, choc i tu lekarz powiedział, że ma skłonności do takich chorób, ale na szczęście klimat mu sprzyja więc nic mu nie grozi, tylko mamy uważać przy wyjazdach np do Polski.

    • No to ja np. nad naszym morzem miałam katar alergiczny. Nie przechodził mi tam 🙁
      Dzieci często wyrastają z astmy, więc jest szansa, że nie będzie się męczył z tym dziadostwem w wieku dorosłym.

  • Racja!!! Ja już od dawna odwlekam wizytę u dentysty, bo co chwilę, któreś z moich dzieci choruje i zostawiam fortunę w aptekach. Albo kupuję nową kurtkę i buty przedszkolakowi! 🙂 Z resztą… My, Mamy nie mamy czasu na chodzenie po lekarzach… można nam mówić i mówić, ale my zawsze wiemy lepiej. 🙂 A jak mąż zachoruje, albo dziecko… to od razu na badania wysyłamy! 🙂 Takie już jesteśmy.

  • Ja dopiero teraz biegam od lekarza do lekarza i jeśli mam być szczera nigdy tak dokładnie nie byłam badana jak w ciąży.
    Co do internistów często zastanawia mnie dlaczego oni oceniają zawsze chorobę jako błahą? Zawsze ten sam sposób „pić syropek”, „wziąć tabletkę” do jutra przejdzie. Przeraża mnie to, ale będę pamiętać o tym wpisie.

    • Dokładnie, mi nawet internista nie mówił bym szła do alergologa. A co za problem sobie psikać steryd w nos? Przecież zadziała na każdy katar.
      W ciąży owszem badań jest mnóstwo, ale też zaniedbaną wcześniej chorobę trudniej wyleczyć :/

  • O rety! Ale miałaś przejścia, bardzo Ci współczuję. A artykuł bardzo pomocny i potrzebny, aż mam wypieki na twarzy po jego przeczytaniu, tak rzeczowe są Twoje argumenty. I bardzo mobilizują, by zadbać też o swoje zdrowie, nie tylko dzieci. Dużo zdrowia Ci życzę!

  • AniaK

    Święta prawda. Wiesz, co ja bym dodała jeszcze do tego artykułu? Żeby w swoje urodziny/imieniny (zamiast przyjmować gości, robić super obiadki lub imprezkę w pracy) pójść po prostu do lekarza przebadać się kontrolnie. Ja w swoje 40.ste zrobiłam sobie badania profikaktyczne pod kątem chorób serca i naczyń, a imieniny kolejną wizytę u innego lekarza. Zdrowia życzę zaglądającym

    • Tamara Tur

      Świetny pomysł 🙂

  • Tamara, weź nic nie mów, bo zaraz będę ryczeć jak bardzo zjeb*łam na własne życzenie, bo „a nie ma czasu, bo coś…”!

    • Tamara Tur

      Ja też zjeb*łam i musiałam przez to przyjąć w 16tc 4 antybiotyki. Na szczęście ani infekcja, ani leki nie wyrządziły szkody na malutkim. Ale to mnie przynajmniej otrząsnęło i teraz bardziej o siebie dbam. Mam nadzieję, że nie zapomnę o tym po powrocie do pracy.