W czym tkwi sekret „dobrego wychowania”?

Ze wszystkich pomysłów psychologów na wychowanie dziecka najbliższa jest mi teoria rodzicielstwa bliskości. Po samej nazwie myślałam, że to koncepcja, którą nieświadomie stosowała moja mama, ponieważ uważam mamę za najbliższą mi w świecie osobę i przyjaciółkę. Jednak gdy zaczęłam się zgłębiać w lektury doszłam do wniosku, że to jak byłam wychowywana ja, a to w jaki sposób obecnie proponuje się budowanie więzi między rodzicami a dziećmi to jednak dwie inne bajki. Oczywiście nie w każdej kwestii i nie po całości metody mojej mamy różniły się od tego co jest teraz sugerowane. Aczkolwiek moja rodzicielka stosowała też sposoby, które prekursorzy teorii rodzicielstwa bliskości całkowicie wykluczają, wręcz mocno krytykują. Mimo tych „karygodnych błędów”, które mama w wychowaniu popełniła według obecnych psychologów, jest dla mnie najbliższą osobą, a ja nie wyrosłam na zakompleksionego nieudacznika.

Jaki więc można by wysnuć wniosek?

Rodzicielstwo bliskości to piękna, chroniąca dzieci filozofia. Warto by jak najwięcej rodziców zapoznawało się z jej założeniami. Dla niektórych będzie to zupełnie inne spojrzenie na rodzicielstwo, w szczególności gdy sami zostali wychowani w ciężkich emocjonalnie warunkach. Niektóre rozwiązania mogą okazać się dla wielu inspiracją. Po kilku lekturach w tym nurcie łatwiej nam zrozumieć pewne zachowania dzieci, pojąć ich ekspresywne okazywanie emocji, najzwyczajniej wczuć się w swojego malca ale… zauważyłam też pewne minusy całej koncepcji. Może to będzie egoistyczne to co napiszę, ale chcąc podążać za założeniami tej współczesnej filozofii musimy praktycznie na każdym kroku się kontrolować, co chyba nie do końca dobrze działa na naszą własną psychikę – rodzica. Niemal wszystko co wypływa z naszych ust powinno być w pełni przemyślane i odpowiednio sformułowane. Istnieje cała masa zwrotów zakazanych (w tym pochwały), których nie powinniśmy w stosunku do dzieci używać. Mam wrażenie, że u niektórych rodziców staje się to wręcz fobią (szczególnie gdy czytam różne spory internetowe dotyczące tego rodzaju wychowania). Ludzie zaczynają doszukiwać się zła i nieodpowiedniego zachowania w stosunku do dzieci na każdym kroku. Np. niedawno na profilu Agnieszki Stein powstała dyskusja odnośnie znanej od lat piosenki Jestem sobie przedszkolaczek. Generalnie większość stwierdziła, że to straszna piosenka, którą należałoby wycofać z przedszkoli za tekst nie grymaszę i nie płaczę (bo nie można tłumić emocji) i za to, że uczy dzieci ślepego posłuszeństwa i podążania za grupą, do tego krytykuje indywidualizm i znów sugeruje tłumienie emocji w zwrotce:

Kto jest beksą i mazgajem,
Ten się do nas nie nadaje,
Niechaj w domu siedzi sam,
Ram tam tam, ram tam tam.

Co więcej, ktoś jeszcze stwierdził, że dzieci muszą w przedszkolach zachowywać się tak jak panie nauczycielki im zagrają. Najlepiej pod rytm tego nieszczęsnego bębenka ram tam tam, ram tam tam… W ten sposób tworzy się uległe społeczeństwo…

Trochę opadła mi szczęka. Ileż podtekstów można wyszukać w takiej krótkiej pioseneczce? Jednak czy to już nie jest trochę nadinterpretacja?

Zacznijmy od tego, że nie należy porównywać wychowania przedszkolnego do wychowania w domu. Oczywiście rodzic ma postępować tak, by być dla dziecka najbliższą osobą w życiu, ale czy to samo tyczy się nauczycieli? Nie uważacie, że wychowanie w domu jednego, dwóch, nawet trójki dzieci to jednak trochę inna sytuacja od ogarniania dwudziestki różnych indywidualności? Ponadto nie uchronimy dzieci od emocji związanych z bytowaniem w grupie, w której to zawsze powstają relacje oparte albo na chęci przynależności jednostki do owej grupy, albo próby odstępowania od niej, czy to za sprawą bycia indywidualistą, czy z powodu odrzucenia przez grupę, czasem z jakiegoś naprawdę błahego powodu.

A wracając do samego rodzicielstwa. Jeśli na poważnie wprowadzamy w życie postulaty filozofii rodzicielstwa bliskości, to w jaki sposób czujemy się, gdy w danej, sporadycznej nawet sytuacji nasze emocje zwyciężą? Oczywiście rodzic zawsze czuje się tragicznie winny, gdy nie zdoła opanować swoich nerwów i np. krzyknie na dziecko lub zwróci się do niego w niemiły sposób. Chcąc sprostać propozycji współczesnego nurtu dochodzi jeszcze stała kontrola nad tym co mówisz do dziecka (na każdym kroku) i wyrzuty sumienia, gdy nagle psycholog uświadomi Ci, że zwroty, które stosowałeś były nieodpowiednie (np. Twój zachwyt nad dziecka rysunkiem). Trochę kłóci się to wszystko z teorią: szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko, o istotności której również zwykle przypomina Agnieszka Stein. Mam wrażenie, że sama filozofia rodzicielstwa bliskości z założenia bardzo dobra zaczyna obecnie wprowadzać zbyt wiele negatywnych emocji oraz poczucie winy u rodziców właśnie.

W miarę jak moje dziecko rośnie i miałam okazję wypróbować na niej różne koncepcje i triki, które niekoniecznie sprawdziły się u dzieci koleżanek, dochodzę do wniosku, że nie da się stworzyć idealnej propozycji wychowania każdego człowieka na świecie. Rodząc się nie jesteśmy jak niezapisana tablica, posiadamy już szereg cech wrodzonych – dlatego niektóre noworodki są spokojniejsze, a inne bardziej wymagające. Nie na każdym więc sprawdzi się to samo postępowanie. Są osoby, które z natury lubią zasady i ustalony porządek, są osoby, które od zawsze były i zawsze będą wolnymi ptakami. Jestem przekonana, że nie tylko wychowanie daje gwarancję stworzenia ciekawego życia indywidualisty, który poradzi sobie w tych coraz trudniejszych czasach. Dowodem na to może być fakt bardzo często spotykanych różnic między rodzeństwem wychowywanym przecież przez jednych i tych samych rodziców.

Ludzie zafascynowani filozofią rodzicielstwa bliskości są przekonani, że wychowają silną, pewną siebie jednostkę, która zwojuje tym światem, wyrastając na solidnym, niezniszczalnym fundamencie bezwarunkowej miłości. Natomiast ja zastanawiam się, jak ci rodzice przyjmą do wiadomości sytuację, w której ich dzieci okażą się ludźmi przeciętnymi? Oczywiście wtedy psychologowie przybiegną z nowymi propozycjami.

W jaki sposób więc należałoby wychowywać dzieci?

Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Na pewno warto jest poznawać różne teorie i inspirować się nimi pod warunkiem, że podejdziemy do nich racjonalnie i bez szaleństw. Każde wariactwo z naszej strony to tylko wariactwo, spinanie się i usilne ograniczanie albo próby naśladowania innych ze względu na modę nie zrobią z nas dobrych rodziców. Nie zapominajmy przede wszystkim o własnej intuicji! Tylko nie na zasadzie, że ja jestem rodzicem, więc wiem najlepiej co jest dla mojego dziecka najlepsze. Oczywiście znasz swoje dziecko dużo bardziej niż każdy psycholog, ale czy potrafisz wczuć się w jego rolę, postawić na jego miejscu? Masz na uwadze, że to inny człowiek jest, niekoniecznie podobny z charakteru do Ciebie? Mi np. bardzo pomaga przypominanie sobie różnych sytuacji z dzieciństwa i tego, co w danym momencie czułam. My dorośli z wiekiem wyrzucamy te wspomnienia z głowy, a przecież o wiele łatwiej żyje się z dzieckiem, pamiętając jak to jest być dzieckiem.

dziewczynka z warkoczykami

  • Bardzo ciekawie to wszystko ujęłaś, wychowanie dziecka na porządnego człowieka wcale nie jest łatwe, każdy z nas jest tylko człowiekiem i może popełnić błędy, ja wychowując synów starałam się nie popełnić błędów mojego ojca, bo mamy to zbyt wiele nie pamiętam. W tej chwili są dorośli, każdy jest inny, każdy ma swój indywidualny charakter, jednak nie usłyszałam ani jednego złego słowa na ich temat od sąsiadów, znajomych którzy stykają się z nimi na co dzień, raczej same pochwały, a mnie jako matkę bardzo to cieszy, a chłopcy sami dziękowali nie raz że pokazałam im odpowiednią drogę..

  • Ktoś kiedyś powiedział, że wychowujemy dzieci dla innych,nie dla siebie. Dla mnie mądre. Trzeba tak wychować dziecko, że jak pójdzie w świat to jemu i innym ludziom będzie z nim dobrze.To tak na skróty. Mnie przerażają niektóre trendy w wychowaniu. Kontrola na każdym kroku? Dziecko ma prawo być zdenerwowane, jęczeć o byle co i marudzić? To ja też. Mam prawo być zła, zmęczona albo zdenerwowana. Moje dziecko ma prawo mnie denerwować a ja powinnam mu to pokazać i jasno określić granice. Starałam się nauczyć swoje dziecko dwóch pojęć: niestosowne i niedopuszczalne. Niestosowne jest np chodzenie do kościoła w krótkich spodenkach, głośne zachowanie w autobusie, bieganie po sklepie albo w przychodni itp. Niedopuszczalne jest opowiadanie o innych używając nazwisk w autobusie, wtrącanie swoich racji w momencie kiedy stoję przy ladzie, płacę i rozmawiam z panią sprzedawczynią, głośne informowanie o swoich potrzebach fizjologicznych w miejscu publicznym itp. Teraz jest modne wmawianie dziecku jakie jest mądre, niepowtarzalne i wyjątkowe. A później trafia między ludzi i dalej oczekuje hymnów pochwalnych jak mu się „odbije”. I tu zonk. I rodzą się frustracje i kompleksy. Taki byłem/am zawsze zaje… a oni tego nie widzą. Dziecko powinno wiedzieć, że dla nas jest najpiękniejsze, najmądrzejsze i najcudowniejsze, bo nasze. Ale tak jak ono nie lubi wszystkich naokoło, tak inni maja prawo nie lubić jego. I tu apel do rodziców „zakochanych w swoich dzieciach”. Dajcie im „szczepionkę” na reakcje innych ludzi. Będzie im łatwiej w życiu.