Matko frustratko – czas na ewakuację!

Masz wszystkiego dosyć? Łatwo Cię urazić? Coraz gorzej radzisz sobie z dziećmi, a one mają za bohatera tatusia, który zajmuje się nimi ze 2 godziny po pracy i to nie co dzień? Mąż Cię wkurza? Nie możesz wynegocjować, by ruszył choć jednym palcem pod kątem zrobienia czegoś w domu? Wszyscy dookoła uważają, że masz na wszystko czas, bo przecież „siedzisz” w domu? To znak, że powinnaś uciekać! A gdzie? Oczywiście do pracy! I to takiej, której nie będziesz mogła wykonywać w „zaciszu” domowego ogniska, bo i tak będzie to postrzegane, że „siedzisz” w domu, więc przecież możesz w przerwie od odpowiadania na maile kontrahentów przygotować obiad dla relaksu.

Niestety bycie kurą domową (przepraszam panią domu) to niewdzięczna rola. Doceniana tylko wtedy, gdy występujesz w niej sporadycznie, bo gdy trwa ileś lat zaczyna już wpisywać się w krajobraz. Wtedy rodzina jest przekonana, że czysty dom, ciepły, zdrowy posiłek podawany pod nos, czy znikające spod łóżka brudne skarpetki, które wyprane i zwinięte w kulki trafiają z powrotem do szuflady to normalka, a nie zasługa czyjejś ciężkiej pracy, miłości i poświęcenia. Takie prawo fizyki, dzięki któremu rzucone na podłogę rzeczy trafiają na swoje miejsce, a jedzenie jest zawsze świeże i gorące. Szafa natomiast sama wypełnia się wypranymi i wyprasowanymi ubraniami. Zaczyna się od tego, że zajmiesz się tym i tamtym, bo przecież jesteś w domu. Po czasie, cichcem, chyłkiem wychodzi, że masz ogrom obowiązków, których na domiar złego nikt nie zauważa, ani nie docenia.

„Siedzenie w domu” negatywnie wpływa na związek. Nawet normalny, fajny facet, z którym zawsze dzieliliście obowiązki domowe potrafi się w takiej sytuacji rozleniwić. Częściej nie zauważa sterty brudnych naczyń, raz zapomni odkurzyć, drugi, Ty go wyręczysz, bo masz akurat wolną chwilę i nagle niepostrzeżenie zaczynasz wykonywać coraz więcej rzeczy, za które powinien być odpowiedzialny każdy domownik (niezależnie od tego czy pracuje zawodowo, czy nie). Poza tym, przez fakt, że dom to miejsce Twojego najczęstszego bytowania bardziej niż innych kłuje Cię w oczy kurz latający po kątach, czy zapomniana sterta zmywania.

Osoby długi czas pozostające w domu mają coraz większy problem z radzeniem sobie z emocjami. Narasta frustracja związana z byciem niedocenionym. Chcąc, nie chcąc jest się w pewnym stopniu odseparowanym od życia w społeczeństwie, które współcześnie jest mocno zaganiane i nastawione na karierę. Brak stałego kontaktu z ludźmi dorosłymi również nie wpływa pozytywnie na nasz umysł i stan ducha.

Z racji kilku problemów zdrowotnych jestem na zwolnieniu niemal od początku ciąży. I powiem Wam szczerze, że nienawidzę takiego uziemienia (choć trwa ono na razie raptem 4 miesiące)! Oczywiście, gdybym siedziała w domu w pełni sił, całkowicie zdrowa to pewno trochę łatwiej by mi było ten okres znieść, bo przez ciążę i problemy zdrowotne powstają dodatkowe ograniczenia. Choć mam niejasne wrażenie, że też wcale nie byłoby tak kolorowo. Dużo łatwiej jest być dobrą mamą, fajną partnerką, a nawet pomocną koleżanką mając swoją własną osobistą sferę, jaką jest praca zawodowa. Miejsce, do którego musisz iść i nie obchodzi Cię, że to, tamto, sramto, czy owanto. Zamykasz za sobą drzwi i jesteś w innym świecie: pełnym wyzwań, zadań, których wypełnienie daje satysfakcję, różnych ludzi i emocji, które Cię uodparniają. Dużo osób narzeka na swoją pracę, ale to tylko takie gadanie. Nasz naród lubi narzekać na wszystko 😉

Oczywiście gdy wracałam do pracy po urlopie macierzyńskim wyłam jak bóbr i miałam ogromne wyrzuty sumienia, że „porzucam” siedmiomiesięczne dziecko. Z perspektywy czasu stwierdzam, że było to doskonałe posunięcie. Najlepsza opcja z możliwych, która uchroniła mnie przed utratą własnej osobowości, a resztę domowników przed matką frustratką.

Jeśli kończy Ci się właśnie urlop macierzyński i musisz wrócić do pracy, a czujesz się z tym jak kupa jeża, lub jeśli od lat piastujesz stanowisko kury domowej i również czujesz się jak kupa jeża wiedz, że:

1. Pracując zawodowo masz więcej czasu na wszystko (niewiarygodne nie?)

2. Pracując zawodowo masz więcej energii, pomysłów, życia w sobie.

3. Pracując zawodowo masz większy szacunek męża i dzieci. Mąż bardziej doceni Twoje świetne wyniki sprzedażowe w ostatnim miesiącu pracy, niż kotleta na talerzu. Zresztą tego kotleta pewno i tak mu podasz, upichconego na szybko po pracy, ale z radością, przelaną na jego smak. I jakoś tak mężowi będzie łatwiej zapamiętać o zmywaniu po zjedzonym kotlecie :p Dzieci natomiast będą się cieszyć na czas spędzany z Tobą równie mocno jak na czas spędzany z tatą.

4. Pracując zawodowo będziesz się czuła lepiej sama ze sobą. Praca zawodowa daje większą satysfakcję niż wypełnianie obowiązków domowych. Jeśli przez dłuższy czas nie zarabiałaś żadnych pieniędzy, własna pensja, nawet nieduża będzie Cię napawać dumą.

5. Pracując zawodowo masz prawo do zmęczenia, które nikogo już nie dziwi. Nie usłyszysz od innych ironicznych pytań pt. „A od czego ty jesteś taka zmęczona?”

6. Pracując zawodowo masz prawo do przerw w pracy. W domu jakoś nigdy to nie wychodzi, choć wszyscy myślą, że możesz spać i zajmować się sobą do woli.

7. Pracując zawodowo masz dodatkową mobilizację do dbania o wygląd, a wyglądając ładnie czujesz się lepiej.

8. Gdy pracujesz zawodowo Twoja rodzina automatycznie staje się bardziej subordynowana, a Ciebie nie korci na każdym kroku by wszystkich wyręczać.

9. Gdy pracujesz zawodowo zmienia się Twoje postrzeganie niektórych spraw. Mniej rzeczy Ci przeszkadza, mniej w oczy kole. Ukierunkowujesz swoje emocje na całkiem inne problemy i nie masz czasu na zawracanie sobie głowy pierdołami.

10. Gdy pracujesz zawodowo w domu utrzymuje się dłużej porządek, bo zazwyczaj pozostaje ten dom przez kilka godzin dziennie pusty.

Nie przeczę, że pewno istnieją kobiety, które odnajdują się w roli pani domu – strażniczki domowego ogniska. Jeśli jednak jesteś osobą bez stałego zatrudnienia i przez większość czasu Twój nastrój jest naprawdę kiepski – wiedz, że coś się dzieje! A rozwiązanie tego problemu jest jedno słuszne i skuteczne: to powrót do pracy.

fashion-woman-cute-airport

  • ~Ola

    Zgadzam się z Twoimi poglądami ten temat. Dodałabym jeszcze możliwość rozwoju w pracy (o ile jest to praca, ktòra rzeczywiście umożliwia rozwój). Nie oszukujmy się, ale pełnienie obowiązków kury domowej raczej nie sprzyja nauce. Fajny tekst. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia 🙂

  • Tak! Z córką siedziałam w domu prawie 3 lata, potem pracowałam 10 miesięcy i znów zostałam kurą domową… Masz rację… mój mąż jest kochany, pomocny, opiekuńczy ale moje siedzenie w domu też daje mu przywileje, które czasami doprowadzają mnie do szału…Wiesz jak to jest…skoro ja i tak jestem w domu, dzieci mają zapewnioną opiekę, to czemu, by po pracy nie pójść gdzieś jeszcze? W poniedziałki gra w siatkówkę i nie narzekam. Cieszę się, że uprawia sport, ale nie cierpię jak gdzieś idzie z kumplami! Robi do rzadko, ale spontanicznie. Ja czekam na niego z obiadem i nadzieją, że zajmie się dziećmi bo chciałabym w spokoju wziąć prysznic, a on nagle mówi, że wychodzi! Jak mam coś przeciwko to mówi: „Ty też jutro jesteś umówiona z Kasią!” Ba! Jasne, ale ja ze sobą biorę dzieci! Tak jak mówię, wychodzi gdzieś rzadko, ale nie lubię tych jego niespodziewanych wyjść. Chciałabym już wrócić do pracy i dać mu poczucie, że nie zawsze jestem gotowa do opieki nad dziećmi i gotowania obiadków. To jest chyba jedyny impuls, który mnie popycha do przodu. Siedząc w domu, czuję się „przywiązana” do dzieci, bo to oczywiste, że się nimi zajmę. Teraz nie będę już czekać, aż przyjmą syna do przedszkola, bo prędzej zwariuję. Teraz rozglądam się za żłobkiem, choć wiem, że nie będzie mi łatwo zostawiać tam mojego malucha. Całkowicie jestem za powrotem do pracy! 🙂

    • No to ja mojego muszę wręcz wyrzucać by gdzieś wyszedł z kolegą, tym bardziej, że sama też lubię się spotkać z kumpelami i czasem mi aż głupio, że częściej gdzieś latam 😉 Teraz mnie ciąża nieco uziemiła to niestety jojczę. Ale on np. uważa, że teraz to mam czas na wszystko, a to mnie wpienia.

  • Tamaro Tur trafiłaś w dziesiątkę! Świetny tekst, czyta się jednym tchem…
    I uświadomiłam sobie, że ja właśnie zaczynam się czuć jak matka frustratka. Cóż, moje najmłodsze skończyło 1,5 roczku,
    dwoje starszych prowadzam do szkoły.
    A ja wciąż „siedzę w domu”. Mąż od rana do wieczora w pracy, a po pracy do późnej nocy w laptopie, czyli też w pracy.
    Muszę ogarnąć dom, trójkę dzieci, wszystko… i jestem zmęczona. I wciąż czegoś brakuje do pełni szczęścia…
    Satysfakcji, realizacji siebie, docenienia…
    Dziękuję za tekst. Pozdrawiam!