Co razi na oddziałach ginekologiczno-położniczych?

Ostatnimi czasy trafiłam do szpitala z podejrzeniem niewydolności szyjki macicy. Na szczęście koniec końców okazało się, że wszystko jest ok. Muszę się tylko trochę bardziej oszczędzać, bo moja szyjka przeszła już konizację 13 lat temu, poród 4 lata temu, łyżeczkowanie w tym roku (aczkolwiek bez mechanicznego rozwierania szyjki). Tym samym miałam okazję zwiedzić kolejny szpital i niestety moje wrażenia nie są zbyt pozytywne.

W notce pt. Ciąża, czy poronienie, a co za różnica? wspominałam o braku empatii u pracowników oddziałów położniczo-ginekologicznych. Myślałam, że sprawa dotyczy szpitali będących wielkimi molochami, bo do takiego też trafiłam na zabieg łyżeczkowania. Niestety chyba w każdym państwowym szpitalu na oddziałach związanych w jakikolwiek sposób z ciążą traktowanie pacjentek jest na podobnym poziomie. Nie dotyczy to np. innych szpitali – tych, w których nie ma położnictwa, albo oddział pulmonologiczno-alergologiczny, na którym również leżałam w obecnej ciąży jest jakimś wyjątkiem.

Czego możecie spodziewać się w takich miejscach? Pozwólcie, że wypunktuję co raziło mnie i moje znajome najbardziej:

– Grubiańskie zachowania lekarzy

– Niedelikatne badania ginekologiczne (i to kobiet w ciążach zagrożonych)

– Nieinformowanie pacjentek o ich stanie zdrowia, ani jakie działania zostaną podjęte. Niechętne lub niegrzeczne udzielanie odpowiedzi na pytania. Zbywanie. Niesłuchanie co pacjentka chce powiedzieć.

– Ignorowanie tajemnicy lekarskiej

– Nakaz pozostawania na czczo do południa lub dłużej (niejednokrotnie zapomina się go odwołać nie informując, że danego dnia i tak już żaden zabieg nie zostanie przeprowadzony)

– Nieinformowanie o tym, w jaki sposób należy zażyć leki (Luteina chociażby może być do ssania lub dopochwowa)

– Sprzeczne informacje uzależnione od tego, kto akurat pacjentkę zbadał. Szyjka macicy to tak dziwny twór, że dla jednego potrafi mieć 1,5 cm, a dla innego 3. Nawet badanie USG jest subiektywne.

– Przedłużanie pobytu pacjentki do trzech dób minimum, niezależnie od stanu faktycznego

– Lokowanie w tych samych salach kobiet ciężarnych wraz z tymi w trakcie poronienia lub po poronieniu

– Głodowe porcje jedzenia kiepskiej jakości. Tanie mielonki, nieugotowane parówki, zimne jajka, brak warzyw i owoców – to standard wszystkich polskich szpitali

To tyle, mówiąc bardzo ogólnikowo.

Po pobycie w szpitalu na łyżeczkowaniu bulwersowałam się taśmowym traktowaniem, nazwaniem mnie „pustym jajem”, brakiem empatii. Teraz mogę dopisać: sprzeczne diagnozy, niemiłe odzywki, bolesne badania.

Po zbadaniu na izbie przyjęć stary mruk w kitlu słowa nie powiedział, więc zapytałam:

– Czy wszystko w porządku?

– To znaczy „co w porządku”? – obruszył się, że śmiem zadawać pytania.

– No nie wiem, czy szyjka się nie rozwiera?

– Nie rozwiera się – powiedział z łaską.

Gdy zapytałam czy konieczne jest zatrzymanie w szpitalu usłyszałam, że niepoważna jestem skoro chcę zignorować swoje dolegliwości, będąc w wieku w jakim jestem, wieloródką i po poronieniu.

Przez kolejne dni pobytu większość lekarzy uważało, że z moją szyjką jest wszystko w porządku. Niestety ordynator nie potwierdzał tej teorii. Uparł się, że należy założyć mi szew (bo konizację miałam 13 lat temu), a gdy nie wyraziłam na to zgody skrzętnie odnotował wszystko w wypisie. Na szczęście dostałam się wczoraj do jednego z najlepszych lekarzy w naszym mieście (oczywiście prywatnie) i potwierdził, że wszystko jest w porządku. Szyjka ma 3,5cm według USG, z badania ginekologicznego też mu się podoba i absolutnie ani szew, ani pessar nie są potrzebne. Ani nawet leżenie plackiem (którego ten lekarz w żadnym wypadku nie zaleca).

Ostatniego dnia przed wypisem jeden z lekarzy dyktował przy mnie historię pobytu w szpitalu innej pacjentki, która urodziła martwy płód w 35 tygodniu ciąży. Zapamiętałam wagę dziecka i że to był chłopczyk i że kobiecie udzielono porady psychologicznej. Po prostu świetna rewelacja, z miłą chęcią posłuchałam sobie tych wszystkich szczegółów…

Podczas badań USG lekarze milczeli, odpowiadali tylko zdawkowo na zadawane pytania. Nikt nawet nie raczył odwrócić w moją stronę monitora, choć zadzierałam głowę, by choć na moment zobaczyć swojego małego łobuza.

Oczywiście trafił się też fajny lekarz na jednym z obchodów oraz lekarz, do którego nie mogę się doczepić. Naprawdę niewiele potrzeba, by pacjentka poczuła się trochę lepiej. 2 minuty pełnej uwagi, normalna rozmowa, pół-uśmiech na twarzy…

Nie wiem co musiałoby się wydarzyć, aby podejście do pacjentek na oddziałach ginekologiczno-położniczych zmieniło się. Jak widać nawet to, że prywatne szpitale podpisują umowy z NFZ i ściągają do siebie coraz więcej pacjentek nie ma wpływu na poprawienie jakości obsługi w państwowych placówkach. Lekarzom to wisi i powiewa, bo pracę zawsze znajdą, pozostały personel chyba też nie uważa, by jakimkolwiek zagrożeniem było powstawanie negatywnych opinii o miejscu ich pracy. Może nawet w tym wszystkim jest jakaś metoda: dawanie do zrozumienia, że leczenie w ramach NFZ jest do niczego i jeśli sowicie nie zapłacisz, nie oczekuj cudów.

korytarzszpitalny
Foto: enki22

Tamara Tur