Ready for the battle

Ten dzień nadciąga wielkimi krokami. Ktoś powie, że jeszcze czas, ale mi on tak szybko śmiga, że z mojej perspektywy to już niebawem. Chodzi o poród oczywiście. Poród numer dwa, więc wiem co mnie czeka. Jest to zarówno stresujące, jak i uspokajające w pewnym sensie. Po prostu nie ma obawy przed nieznanym. Choć ponoć każdy poród jest inny…

Doszłam niedawno do wniosku, że jestem gotowa i… (co najdziwniejsze) trochę się nie mogę doczekać. Tak jakbym miała przed sobą perspektywę wielkiej przygody. Przede wszystkim, nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę tego małego bąbla, który od bardzo dawna wsadza swoje kończyny w przeróżne moje narządy. W tej ciąży ruchy czułam ekstremalnie wcześnie. Niektórzy mówią, że pewno myliłam je z perystaltyką jelit, ale ja wiem swoje. Jestem ciekawa jak on – mój synuś będzie wyglądał: czy będzie miał dużo włosków, jaki ma kolor oczu (choć to się unormuje dopiero jakiś czas po urodzeniu). Jestem ciekawa samego porodu nawet! Czy znów najgorsze okażą się skurcze krzyżowe i czy w ogóle będę miała skurcze krzyżowe? Czy uda się po raz kolejny urodzić dziecko bez nacięcia? Czy potrwa to trochę krócej? Będzie bolało bardziej, czy mniej? Czy wszystko pójdzie dobrze bez jakiś akcji iście z Dr House’a?

Bardzo komfortowe jest to, że wiem z kim będę rodzić i że już raz udało nam się doskonale współpracować. Swój pierwszy poród też wprawdzie planowałam z tą konkretną położną, ale nie znałam jej jeszcze z akcji, tylko spodobała mi się w szkole rodzenia. Tym razem kusiła mnie opcja porodu domowego, ale z racji różnych problemów zdrowotnych bezpieczniej będę się czuła w szpitalu. Mój pierwszy poród jest dowodem na to, że w Polsce można rodzić jak człowiek, jeśli rodzimy z osobami, dla których ich położnicza praca jest pasją, a nie rutyną. Bardzo szczegółową relację porodową możecie przeczytać w notce pt.: Opis z placu boju, czyli Weronika postanawia się urodzić.

Do wszystkich przygotowań podchodzę teraz z dużo większym luzem i dystansem. Już wiem co mi będzie absolutnie potrzebne, co zbędne. Nie szaleję z ilością ubranek, patrząc na te wszystkie cudeńka, których Bajaderka ani razu nie zdążyła założyć. Nie stresuje mnie fakt, że ręczniki z kapturkiem i niektóre pieluchy młody będzie miał różowe, a wózek w kolorze fuksji z bielą. Przecież to w ogóle nieistotne!

Pewno trochę aż za lajtowo myślę o zorganizowaniu całej logistyki, gdy poród się zacznie, mając w pamięci, że to trochę trwa, nim ruszy mnie na maksa. Mam wrażenie, że wszystko zdążymy ogarnąć, łącznie z opieką dla Bajaderki, bo przecież poród to nie takie hop siup. Obym się nie zdziwiła i obym nie była kolejnym w ostatnim czasie przypadkiem w moim mieście, którego dziecko przyszło na świat w samochodzie przed szpitalem 😉

Nie mam wielkiej sraczki na karmienie piersią i na pewno nie będę już leżeć krzyżem i się biczować, gdy znów coś pójdzie nie tak. Będę się starać – oczywiście – ale nie za wszelką cenę. A już na pewno nie kosztem starszego dziecka, które też będzie mnie potrzebować. Na porady laktacyjne typu: musisz po prostu cały czas leżeć i karmić jestem gotowa pokazać środkowy palec. Niech sobie myślą o mnie inni co chcą. Na pewno takie mniej nerwowe podejście zdziała więcej dobrego niż złego w tej kwestii.

Natomiast w chwili obecnej nareszcie cieszę się tą ciążą. Wreszcie przestałam się tak stresować. Wreszcie nie widzę siebie przed inkubatorem nad 500 gramowym wcześniakiem. Wreszcie zniknął ten cały niepokój. Nawet zapalenie ucha, z którym teraz walczę nie wyprowadziło mnie z równowagi. Mimo że brzuch coraz większy, ja czuję się lepiej i silniej niż do tej pory. Zaczęłam nawet mocniej spać, choć budzę się lekko przy każdym zmienianiu boku i żałuję, że nie posiadam dźwigu 😉

Młody też jest w tym wszystkim dużo spokojniejszy. Największe fochy strzela, gdy za długo (znaczy ponad kilkanaście sekund) trzymam na brzuchu ręce z książką. Bo co to znaczy żeby miał dźwigać coś na pleckach? Natomiast, gdy ktoś inny poza mną przykłada ręce do brzucha udaje, że go nie ma. Reaguje za to dość żwawo na głos Bajaderki przy brzuszku.

Bajaderka chodzi i mówi, że to już niedługo. Ocha i acha nad małymi ubrankami braciszka. El stwierdził, że już go tak nie stresuje perspektywa wspólnego porodu, jak to było za pierwszym razem.

Słowem u nas spokój i cisza na morzu. Ciekawe kiedy rozpocznie się sztorm? 🙂

Lubisz mnie czytać? Daj mi koniecznie znać! Możesz zostawić swój komentarz tutaj lub na Facebooku, polubić lub udostępnić mój wpis. Innym sposobem się tego nie dowiem. A gdy wiem, łatwiej przychodzi mi pisanie 🙂

 jetty-landing-stage-sea-sky

  • ~kasiowa

    Tez mialam taki luz za drugim razem i mysle, ze to dzieki temu nasza Miska jest bardziej spokojna od Pierworodnego. Tez nie moglam sie juz doczekac i naprawde bylam przyjemnie podeskcytowana na sama mysl. Nie straszny byl mi bol i wiedzialam czego sie spodziewac. Jedyna obawa byla w kwestii organizacji szybkiej opieki dla Starszaka…. I tutaj zapale Ci pewnie czerwona lampke, bo obawa okazala sie sluszna – na szczescie bylam juz w szpitalu gdy wszystko sie zaczelo, inaczej nie zdazylabym dotrzec, poniewaz porod potoczyl sie blyskawicznie (druga faza 10 minut) i cudem Małz zdązyl na finisz…Teraz jestem juz szczesliwa mama Dwojeczki wpatrzonej w siebie jak w obrazek- chociaz znaja sie zaledwie chwile to juz widac, ze kochaja sie najbardziej na swiecie!!! Bedzie dobrze, pewnie szybciej i na pewno spokojniej. Trzymam kciuki i czekam na sms;-)

    • Kasia mam na szczęście sąsiadkę zaprzyjaźnioną, która pracuje w domu, więc w razie co zostanie z W.póki dziadek nie dojedzie 🙂

  • Podobno tak bywa, że drugie dziecko jest spokojniejsze, bo rodzice mniej nerwowi, a dziecko to czuje i przejmuje. Co do porodu w samochodzie to uważaj, w końcu drugi poród trwa jednak krócej niż pierwszy 😉 Trzymam kciuki za pomyślne rozwiązanie i pozdrawiam!

  • Trzymam kciuki za Ciebie! A z tak cudownym nastawieniem i wsparciem ze strony najbliższych człowiekowi robi się od razu lżej na sercu, wątrobie i pęcherzu 😉