Poród ze znieczuleniem i bez – porównanie

Jestem! Żyję i mam się bardzo dobrze 🙂

Wszyscy co śledzą profil bloga na Facebooku już wiedzą, że 20.03.2016, dzień po urodzinach Bajaderki przyszedł na świat mój synuś Aleks (miał być Aleksander albo Feliks i wyszedł Aleks ;)). Opis pierwszego porodu cieszy się ogromną popularnością, postanowiłam więc podzielić się także wrażeniami po porodzie numer dwa, który był całkiem inny od pierwszego, choć również rodziłam siłami natury.

Tym razem nie wszystko przebiegło tak całkiem naturalnie, gdyż konieczne okazało się zastosowanie kroplówki z oksytocyną. Czego ja się na ten temat nie nasłuchałam i nie naczytałam! Z przestrachem leżałam podłączona pod wenflon z cieknącą substancją i ktg, czekając aż zacznie się jazda bez trzymanki. El mi towarzyszył. Kilka razy wstawałam do toalety, ciągnąc ze sobą całą aparaturę, którą El pomagał mi przetransportować. Chwilę przed kroplówką trafiła mi się taka wątpliwa przyjemność jak lewatywa. To też miało pomóc wywołać akcję skurczową. Nastrój mi nie dopisywał. W moich wyobrażeniach wszystko miało pójść gładko, samoistnie, a nie ze wspomagaczami. Klimat się zrobił bardzo szpitalny przez to wszystko. Raz wpadł do mnie lekarz (ten sam, na którego trafiłam w innym szpitalu w trakcie poronienia, równo rok temu) i spytał czy coś robiłam, bo tętno płodu spadło na jakiś czas. Mówię, że w toalecie byłam z tym całym sprzętem i może coś nie stykało. Potem wszystko było ok, więc najwyraźniej coś się musiało na chwilę poluzować.

Na skurcze trzeba było długo poczekać, ale jak się zaczęły to od razu na hardcora, co jakieś 3-4 minuty. Rozwarcie na dwa palce zrobiło mi się samo w ciągu ostatnich dwóch tygodni, więc teraz oksytocyna miała tylko dokończyć sprawę.

Tak jak przy pierwszym porodzie towarzyszyły mi skurczybyki krzyżowe, tyle że były krótsze, ale mocniejsze i częstsze. Moja położna – ta sama, która odbierała pierwszy poród, patrząc jak próbuję radzić sobie z bólem, oddychając przeponowo zapytała, czy nie chcę znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie wiem czemu odmówiłam. Taką twardą sztukę mi się zachciało udawać. Stwierdziłam, że jeszcze przetrwam, choć było coraz gorzej. D. zaproponowała bym weszła pod ciepły prysznic na pół godziny, a po tym podejmę decyzję co do znieczulenia.

– Co ty Tamara jesteś matka polka? Weź znieczulenie – namawiała.

– A da radę przy tym skutecznie ochronić krocze, czy będę parła jak szalona? – zapytałam.

– Pewnie, że da radę – zapewniła D.

Poszłam pod prysznic i po pół godzinie tych częstych skurczybyków, które ciepła woda minimalnie łagodziła, stwierdziłam, że nie chcę się tak męczyć. Szyjka była już zgładzona i był to ostatni dobry moment na znieczulenie.

Przyszedł anestezjolog z pielęgniarką i zaczęli ustawiać mnie na łóżku do znieczulenia. Kazali usiąść skrzyżnie, wypiąć dolny odcinek kręgosłupa, ramiona opuścić i się rozluźnić. Jak tylko udało mi się przyjąć pozycję zaczynał się skurcz i ustawienie szlak trafiał. Lekarz dzielnie czekał aż skurcz minie i tak zaczynaliśmy kilka razy od początku. Dwa razy się wkuł nieodpowiednio, za trzecim razem się udało. Znów jojczałam sobie w myślach, że nie tak to miało być. Tyle nieprzyjemnych zabiegów.

Gdy znieczulenie zaczęło działać nie żałowałam podjętej decyzji. Wprawdzie przez chwilę nie mogłam ruszać za bardzo lewą nogą, ale po jakimś czasie było już ok. Zaczęłam strasznie dygotać, aż mi zęby szczękały, więc zostałam przykryta grubym kocem. Nie wiem czemu tak się trzęsłam. Jakbym przemarzła strasznie.

Po krótkim czasie poczułam, że chyba zaczęły się parte. Ból był przytłumiony ale odczuwalny, do tego doszło napieranie. Powiedziałam D., co czuję.

– Jak znów to poczujesz to spróbuj przeć – powiedziała D.

Zaczęłam przeć. Z każdym skurczem miałam to robić mocniej i nawet po kilka razy, jeśli da radę. Od razu zrobiło mi się ciepło i telepanie przeszło. Parłam bardzo mocno, czego w ogóle nie doznałam przy pierwszym porodzie, bo wtedy mi macica sama dziecko wypychała. Teraz trzęsłam się tylko przy parciu z wysiłku. D. kazała mi zamykać oczy, pewno by naczynka nie popękały. Czułam jak dziecko prześlizguje się do krocza. W tym momencie znieczulenie chyba przestało działać, albo ono nie obejmuje pochwy (szczerze wątpię, raczej przestawało działać). D. pozwoliła mi przeć pełną parą i teraz to już byłam totalnie zdeterminowana, by jak najszybciej wypchnąć z siebie tą wielką główkę 😉 Chwilę później miałam już mojego śniadego chłopczyka z ciemną czuprynką na brzuchu. Tym razem sama dopominałam się, by przeciąć pępowinę, bo El już wcześniej zapowiedział, że wolałby tego nie robić.

Zamotałyśmy się z D. z tą pępowiną przez chwilę, a ja poczułam, że chyba łożysko zaczyna się wyślizgiwać, samo.

– A łożysko? – spytałam niepewnie.

– Matko, łożysko samo leci! – wrzasnęła D., która natychmiast zajęła się tą sprawą między moimi nogami, a mnie już to za bardzo nie interesowało. Moją uwagę przykuło jeszcze badanie lekarki, która miała orzec, czy nic nie popękało i czy nie trzeba szyć. Na szczęście znów się udało. Krocze bez najmniejszego uszczerbku, choć główka miała obwód 35cm. Mimo że początek porodu był nieco nie po mojej myśli, końcówka okazała się taka, jak sobie wymarzyłam. Po porodzie bez nacięcia dochodzi się do siebie natychmiastowo.

Poród trwał od 16:20 do 20:00. Po 18:00 dostałam znieczulenie. Był więc nieco krótszy niż pierwszy. Na drugi dzień doskwierał mi trochę ból kręgosłupa od znieczulenia. Ze strony krocza zero dolegliwości, natomiast obkurczanie się macicy było nie do zniesienia. Szczególnie przy przystawianiu maluszka do piersi i odciąganiu pokarmu. Bóle dorównujące początkowym porodowym. Podobnież to normalne po drugim porodzie. Przy pierwszym w ogóle czegoś takiego nie doświadczyłam.

W ogólnym rozrachunku ten poród także zaliczam do udanych, mimo wszystkich nieprzyjemnych zabiegów na początku. Mając za sobą poród siłami natury bez znieczulenia i drugi ze znieczuleniem polecam znieczulenie zewnątrzoponowe, w szczególności gdy została zastosowana oksytocyna, bo skurcze po niej są agresywniejsze. Poród w pełni naturalny da się przeżyć bez znieczulenia, ale nie wiem czy takie doświadczenie jest komukolwiek potrzebne. Chyba, że akcja przebiega naprawdę szybko. W krótkim czasie da się znieść bardzo wiele, gorzej gdy trwa to kilka lub kilkanaście godzin.

Notka napisana jedną ręką w trakcie wiszenia na laktatorze 😉

ciąża

Lubisz mnie czytać? Daj mi koniecznie znać! Możesz zostawić swój komentarz tutaj lub na Facebooku, polubić lub udostępnić mój wpis. Innym sposobem się tego nie dowiem. A gdy wiem, łatwiej przychodzi mi pisanie 🙂

  • Po drugim porodzie też miałam ten problem, jeśli chodzi o obkurczanie macicy. Pamiętam, jak trzy lata temu, rodząc syna, nie mogłam uwierzyć, że kobiety przy karmieniu piersią zwijają się z bólu. Dwa lata później to ja skuczałam przy każdym zassaniu się Młodej. Kochana, wracaj do siebie i ciesz się swoim Maluszkiem, bo czas leci tak szybko, że ani się nie obejrzysz, a będzie już raczkował i za nim nie nadążysz 😀

    • No właśnie! Dopiero co Ty urodziłaś, a na zdjęciach widzę już taką dużą dzidzię 🙂

  • ~t.vik

    Serdeczne gratulacje! Trochę się spóźniłem, bo dużo się ostatnio u nas dzieje.
    No proszę, jak bardzo mogą się różnić od siebie dwa porody 🙂 a zdawałoby się, że skoro taka sama czynność, to i przeżycia powinny być mniej, więcej podobne 🙂
    Tamara, Ty to nawet jedną ręką piszesz perfekcyjnie swoje teksty 😉

  • Jakos ostatnio brak mi czasu, ale serdeczne gratulacje 🙂 Ja po oksy mialam tylko straszne dreszcze i od pierwszego tych dreszczy się zaczęlo, 15 minut i mały „wypluty” razem z łózkiem mnie zabierali z patologii, bo zero skórczy, a główke juz było widać 🙂

    • To może mną też telepało od oksy. A ekspresowego porodu choć mój do ekstremalnie długich nie należał zazdraszczam 🙂

    • I dziękuję bardzo 🙂

  • Jeszcze raz serdecznie gratuluję. Mimo początkowych nieprzyjemności, uważam, że Twój poród był naprawdę piękny.
    Dobrze, że wzięłaś znieczulenie, masz porównanie jak wygląda poród ze znieczuleniem a jak bez. Ja nie miałam możliwości znieczulenia, stąd trzy razy urodziłam siłami natury. Było dobrze, ale ból wspominam jako bardzo silny.
    Pan Kuleczka podoba mi się ten nick;) Brzmi bardzo sympatycznie:)Podobnie jak Bajaderka:)

    • Dzięki 🙂
      To moje znieczulenie wychodzi na to, że na koniec już nie działało, bo dostałam tylko jedną dawkę, a podobnież zwykle dokładają jeszcze w trakcie. Ale i tak zawsze najgorsze dla mnie były te pierwsze krzyżowe bóle, więc i tak dobrze wyszło.

  • O rany, aż mi wszystko ścierpło… Ja rodziłam sama, z oksytocyną (bo za mną dwie następne rodziły, więc trzeba było mnie popędzić) a głowa miała 37cm, dziecko 4kg. Gdybym miała rodzić drugi raz, to chyba też ze znieczuleniem… Pozdrawiam 🙂

  • Pingback: Poród ze znieczuleniem i bez – porównanie | Tamara Tur()