Dlaczego opisuję macierzyństwo w kolorowych barwach?

Jak zapewne zauważyliście, najbardziej popularnym trendem na blogach parentingowych jest ukazywanie „prawdziwego” macierzyństwa bez lukru, jednorożców i rzygania tęczą, jak to niektórzy lubią nazywać. To prawdziwe macierzyństwo przedstawia zwykle trudy, jakie niesie ze sobą wychowywanie małego człowieka. Jest w tym sporo narzekania, wylewania łez, ciężkich emocji. Ewentualnie humorystyczne ukazanie nawiększych wyzwań, jakie stoją przed matką. O ile to drugie ujęcie tematu bardzo mi się podoba i sama czytuję blogi tego typu, o tyle pierwsze całkowicie mi nie podchodzi, nawet gdy mogę identyfikować się z opisaną sytuacją, bo mnie też ona spotkała.
Wiadomo, że bycie matką to trudne zadanie. Wiadomo, że każdą kobietą szargają skrajnie sprzeczne emocje, co po urodzeniu dziecka jeszcze się nasila. Wiadomo, że nie ma matek idealnych i większość z nas prędzej, czy później nie ogarnia jakiegoś tematu z zakresu wychowania dziecka. Ale czy macierzyństwo to tylko bieg z coraz wyższymi przeszkodami? Każda mama wie, że za trud, który wkładamy w wychowanie naszych pociech dostajemy najlepszą i najbardziej wartościową nagrodę – uśmiech naszego dziecka. Dlaczego więc nie przedstawiać tych fajnych chwil i nie dzielić się nimi ze światem? Dlaczego by nie dodać trochę blasku i uwydatnić pozytywne aspekty macierzyństwa, ponad tymi negatywnymi?
Jakoś tak jest, że większość matek identyfikuje się z opisami tych najgorszych i najcięższych chwil. Wiadomo: skrajne zmęczenie, nieprzespane noce, nagły brak całkowitej wolności i możliwości robienia tego, na co tylko masz ochotę – to wszystko na początku dotyka każdą matkę. Rozumiem, że fajnie jest dowiedzieć się, że problemy, które nas męczą dotyczą też innych kobiet. Choć ja na przykład, gdy jestem zmęczona, zdołowana, po ciężkim dniu, nieprzespanej nocy nie lubię jeszcze się nakręcać i dorzucać sobie do pieca ciężar czyiś trosk.

Dlaczego rzadko piszę o macierzyństwie w czarnych barwach?

Nie kreuję się na matkę idealną. Dużo mi do niej brakuje. Zresztą każdy bloger, nawet ten „prawdziwy” nie lukrujący, piszący brutalną prawdę, której każdy przytaknie, przedstawia tylko taki kawałek swojego życia, który chce przedstawić. To samo dotyczy mnie, czy tej sarkastycznej blogerki, którą lubisz czytać, albo tej co ma zawsze miliard kreatywnych pomysłów na DIY, czy perfekcyjnej Instamatki, budzącej się rano z makijażem i wiankiem na głowie z blond aniołkiem przy piersi. Pięknie wysprzątane białe wnętrze? To w większości przypadków na szybko ogarnięty fragment mieszkania, który ma znaleźć się na fotografii.

U mnie znajdziesz pozytywne wpisy nie dlatego, że jestem jakąś oazą spokoju, matką rusałką, jednorożcem, czy perfekcyjną panią domu. W chwilach największej słabości, albo gdy czuję się naprawdę źle staram się nie pisać. Dla mnie wylewanie bardzo negatywnych uczuć na blogu jest porównywalne do sytuacji w trakcie kłótni, gdy za bardzo mnie poniesie i powiem komuś bliskiemu za dużo przykrych rzeczy, coś czego potem żałuję, gdy emocje opadną. Internet nie zapomina. Nie chcę by moje dzieci kiedyś takie wpisy odnalazły. Czy tego typu podejście powoduje, że jestem mało autentyczna? Może dla niektórych tak, choć co bym nie pisała to zawsze może znaleźć się ktoś, kto tak stwierdzi. Moje wpisy odzwierciedlają w 100% moje emocje, ale dzielę się z Wami głównie tymi emocjami, które są pozytywne. I oczywiście obawami, tak jak wtedy, gdy zastanawiałam się, jak można pokochać drugie dziecko, albo jak potoczy się moja ciąża z komplikacjami, tuż po poronieniu. Zdarzył się też ze dwa razy wpis po totalnym wyprowadzeniu z równowagi, jak mój niezbyt grzeczny „List do laktoterrorystek”, czy krytyka profilu na Facebooku naśmiewającego się z matek. Oczywiście, gdy emocje opadły nie byłam zbyt dumna z tych tekstów, w szczególności z pierwszego, o którym wspomniałam. Na co dzień jestem osobą raczej grzeczną i spokojną. Sama nie lubię ludzi agresywnych i nader dosadnych. Gdy jest mi bardzo źle staram się też nakierowywać swój umysł na pozytywne tory, przypominając sobie różne sytuacje, które to sprawią. Nie cierpię narzekania!

Gdy po raz pierwszy zostałam matką doznałam wielu typowych co do macierzyństwa odczuć – jak każda kobieta. Choć dziecko urodziłam w takim momencie swojego życia, kiedy to posiadanie go było moim największym marzeniem i pragnieniem. Wiadomo, że świat zostaje wtedy przewrócony do góry nogami, a my chcąc, nie chcąc musimy się odnaleźć w tym wszystkim. Nie ma możliwości ucieczki, czy zrobienia sobie dnia wolnego. Np. wkurzasz się, że mąż Ci za mało pomaga, snujesz perfidny plan zostawienia go z dzieckiem i wystrzelenia się w kosmos, po czym tego nie robisz, bo nie umiesz, nie dasz rady uciec od największej miłości swojego życia (i nie mam tu na myśli męża ;)), która tak bardzo Cię potrzebuje. Po narodzinach Bajaderki nie prowadziłam jeszcze bloga, a wszelkimi rozterkami dzieliłam się z innymi znanymi mi mamami. Potem nastąpił największy przełom w moim macierzyństwie – powrót do pracy z konieczności, a nie z całkowitego wyboru i choć z perspektywy czasu cieszyłam się, że jednak pracuję zawodowo to ten powrót był dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia, a na pewno nie byłam na niego gotowa w tym momencie, gdy córka miała ledwo 7 miesięcy. Tym bardziej, że sama jestem dzieckiem wychowywanym długo w domu przez mamę, bez przedszkola nawet. W tym czasie marzyłam o tym, by cofnąć się do narodzin córki, znów przeżywać te pierwsze fascynacje, wzloty, a nawet upadki. Czas śmignął niesamowicie szybko i miałam wrażenie, że te najważniejsze chwile przeciekły mi przez palce. Mając to wszystko w pamięci, w tej chwili staram się cieszyć każdą chwilą macierzyństwa, co w oczach osób nieznajomych może być lukrowaniem, wyolbrzymianiem, pozą. Zdaję sobie sprawę, że to ciężkie siedzenie w domu (każda kobieta, wie że to rola niedoceniana) jest tylko skrawkiem całego mojego życia, który minie nie wiadomo kiedy i będę za nim tęsknić. Jedyna taka okazja, by pobyć długo ze swoimi dziećmi, bez pośpiechu, nawet gdy doprowadzają mnie chwilami do szewskiej pasji. Kusi mnie czasem, by napisać coś, gdy nad moją głową wiszą czarne chmury, mam gorszy dzień i dosyć wszystkiego. Bardzo poczytne są w końcu tego typu posty. Bloger oto obnaża swoje słabości, więc tłumy gapiów ściągają, bo coś się dzieje. Jednak zwykle w porę się powstrzymuję, a gdy znów wychodzi słońce cieszę się, że moje skrajnie złe emocje nie poszły w eter.

Nie znajdziecie więc u mnie narzekania. Nie będę pisać postów o tytułach typu: „Nie kocham swojego dziecka”, co już kilkakrotnie rzuciło mi się w oczy w blogosferze. Staram się być powściągliwa nie tylko w kwestii niepublikowania negatywnych odczuć, ale i w niedopuszczaniu ich do głosu. W końcu zostałam mamą (obecnie dwójki dzieci), bo tego straszliwie chciałam. Nikt mnie nie zmuszał, nie było to dla mnie zaskoczeniem. A że jeszcze zawsze staram się też pamiętać o sobie i zachęcam inne kobiety do zdrowego egoizmu, na ile tylko jest to możliwe to udaje mi się utrzymać w tym wszystkim równowagę. Jako taką 😉

Nimfa

Foto: Konstantin Lazorkin

Lubisz mnie czytać? Daj mi koniecznie znać! Możesz zostawić swój komentarz tutaj lub na Facebooku, polubić lub udostępnić mój wpis. Innym sposobem się tego nie dowiem. A gdy wiem, łatwiej przychodzi mi pisanie 🙂

Tamara Tur