Rzeczy, których nie robię przy drugim dziecku

Po sieci jakiś czas temu krążył taki dowcip:

Kiedy Wasze pierwsze dziecko połknie monetę, w amoku jedziecie na ostry dyżur i robicie rentgena. Kiedy Wasze drugie dziecko połknie monetę, czekacie aż sama wyjdzie. Kiedy Wasze trzecie dziecko połknie monetę… po prostu potrącacie mu z kieszonkowego.

Ma on też swoją angielską wersję o nieco innej treści, ale przesłaniu takim samym:

First child eats dirt. Parent calls doctor. Second child eats dirt. Parent cleans out mouth. Third child eats dirt. Parent wonders if she really needs to feed him lunch.

I powiem Wam, że bardzo dużo w tych historyjkach jest prawdy. Ostatnio tak usiadłam i zaczęłam się zastanawiać czego nie robię teraz przy Dyziu, a robiłam z obłędem w oku przy Bajaderce. Trochę się tego zebrało. Drogie panie! Czas na osobiste wyznania. Oto rzeczy, na które można machnąć ręką i świat się przez to nie skończy.

TEGO NIE ROBIĘ/NIE ROBIŁAM PRZY DRUGIM DZIECKU:

1. Nie gotowałam wody na mleko 5 minut.

Nie gotowałam 5 minut, tylko wyłączałam wodę gdy zawrzała. Od początku. Nawet dla noworodka. A skoro przy wodzie jesteśmy to nie wyparzałam też butelek i smoczków. Tylko przed pierwszym użyciem. Latem zdarzało mi się dać na spacerze surową mineralkę.

2. Nie prałam ubranek w specjalnym proszku dla dzidziusiów.

Nie prałam rzeczy maluszka osobno w innym proszku, gdy się urodził. Nie miał żadnych uczuleń na skórze. Nie miał nawet trądziku niemowlęcego.

3. Nie separuję dziecka od chorych.

Dziecko, którego starsze rodzeństwo chodzi do przedszkola ma od urodzenia styczność z zarazkami mutantami. Nie da się go odseparować. Gdy Dyzio się urodził mówiono, że ospa wietrzna panuje w przedszkolu. Z przerażeniem postanowiłam zostawić w tym czasie starszą córkę w domu na miesiąc. Po czym gdy syn miał 6 tygodni poszliśmy na obowiązkowe USG bioderek, które w naszej poradni robią radośnie drzwi w drzwi z pediatrą stroną chorą. Czekając na badanie minęliśmy się z moją koleżanką i jej synem chorym na wiatrówkę. Wtedy też postanowiłam nigdy więcej nie separować dzieci, bo jak widać nie ma to najmniejszego sensu. Jeśli młode będzie miało coś złapać to złapie. W okolicznościach, których nie przewidzimy.

Ta wiatrówka lubi mnie tak straszyć i syn miał z nią styczność już 3 razy w życiu – drugi raz znów w poradni i trzeci w szpitalu. Nie zaraził się jeszcze póki co.

Obecnie nie mam nawet pretensji o to, że przyjdzie do nas koleżanka Bajaderki z lekkim katarem.

4. Nie myję smoczka, bo upadł.

Bo nie wygrałam nóg na loterii. Jak na dworze upadnie to go chowam. 😉

5. Nie smaruję pupy przy każdej zmianie pieluszki.

Z ręką na sercu to smaruję bardzo sporadycznie. Po prostu się nie da, bo przewijanie to przecież taka fajna okazja do uciekania z gołym tyłkiem. Pieluchę trzeba zmieniać naprawdę szybko i się nie raz nagimnastykować. Albo zakładać ją na stojąco i w ruchu. Gdzie tu jeszcze kremik w tym szaleństwie? Dyzio jeszcze nigdy w życiu nie miał odparzenia.

6. Nie jestem cicho, gdy śpi.

Przy starszym rodzeństwie w domu kompletna cisza to abstrakcja. Dyzio miał problemy ze snem w dzień przez pierwszych kilka miesięcy. W końcu się przystosował. Obecnie można w trakcie jego drzemki odkurzać, albo rozdrabniać coś na wysokich obrotach w robocie Monsieur Cuisine. Nawet nie drgnie.

7. Nie zakładałam czapeczki.

Przyznaję, że przy pierwszym dziecku miałam fazę pt. czapeczka. Czapeczka na spacer bo wiaterek wieje, czapeczka, bo słoneczko, choć dziecko w wózku i pod budą, czapeczka po kąpieli u noworodka. Dyzia faza ominęła.

8. Nie leci mi wszystko z rąk, bo on płacze.

I nie lecę na złamanie karku z tego powodu. Młody czasem musi chwilę poczekać, jeżeli pomagam w czymś starszej córce, albo zwyczajnie nie mam możliwości od razu zareagować. Jego niezadowolenie i płacz nie wytrącają mnie tak mocno z równowagi i nie powodują drżenia rąk, jak w przypadku pierwszego dziecka. Choć on naprawdę umie zrobić burę na pół bloku z niczego.

9. Nie instruuję innych.

Drugie dziecko nauczyło mnie, że w macierzyństwie nie ma uniwersalnych rozwiązań, które sprawdzą się u każdego. To, że masz dziecko, które nie sprawia problemów nie oznacza Twojej zajebistości, a tylko i wyłącznie szczęście, że bezproblemowe dziecko Ci się trafiło. Nie jest powiedziane, że każde kolejne będzie takie samo, a na pewno nasze postępowanie nie ma na to specjalnego wpływu. Dlatego od ponad roku możecie zaobserwować dużo mniej wpisów poradnikowych na moim blogu, a więcej subiektywnych ocen różnych sytuacji, relacji z rozwiązań, które się sprawdziły i porównania tych rozwiązań na dwóch odrębnych małych ludziach.

10. Nie porównuję do innych.

Jakoś tak mnie nie martwi, że Amelka, Jasio, czy Basia zaczęli chodzić w wieku 10 miesięcy, a Dyzio nie. Natomiast Tosia mając rok zna bardzo dużo wyrazów, podczas gdy mój syn najchętniej szczeka na widok psa na spacerze albo kręci głową na tak lub nie, gdy zadaje mu się pytania, czasem powie mama, czasem papa na do widzenia, a nadużywa słowa tata. Póki wszystko jest w normie nie ma stresu. Widział ktoś z Was zdrowego przedszkolaka, który nie mówi, nie chodzi, nosi pieluchę i używa smoczka? Poza naprawdę sporadycznymi sytuacjami wynikającymi z wygody rodziców (np. ze smoczkiem) po prostu takich sytuacji nie ma. Acha wygoda też nie jest zła. Ja z wygody zrezygnowałam póki co z nauki samodzielnego jedzenia, chyba że mogę podać Dyźkowi coś, czego nie będę musiała sprzątać przez pół dnia.

W ogólnym rozrachunku na pewno mniej się spinam ze wszystkim. Co nie oznacza, że mniej się staram. Nie marnuję energii na rzeczy zbędne i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. A Ty co takiego postanowiłaś odpuścić jako matka?

Spodobał Ci się ten wpis? Udostępnij go dalej na Facebooku lub polub. Chcesz się wypowiedzieć, zapytać o coś lub dać mi znać, że czytasz i jesteś – skomentuj!

Dzięki!

  • Połowy ż tychbrzeczy też nie robię i to przy pierwszym dziecku 😂😂😂

    • No to drugie już się samo wychowa ;)))

  • Ja też pewnie przy drugim postępowałabym znacznie bardziej na luzie niż przy pierwszym 😉

  • Mogę się właściwie podpisać pod tym wszystkim. Czasem mi się zdarza rzucić wszystko jak już naprawdę wyje donośnie, a butelek nie wyparzam (no, może raz na jakiś czas jak mi się przypomni). Generalnie święta prawda 🙂

  • Ty wiesz Marta, że ja mam to samo! A właściwie miałam bo moje dzieci to już nie takie Maluszki. Ale to prawda, drugie dziecko to zdecydowanie więcej luzu. Ale muszę powiedzieć, że ten mniejszy luz w stosunku do pierwszego jakoś mi został! Tzn. Jak Młoda choruje- luzik. Jak Młody choruje- od razu szpital, jakoś bardziej się obawiam o niego 🤔 ciekawe z czego to wynika.. może z tego, że moja córka to harpagan i widzę jak sobie świetnie radzi, a Młody raczej delikatny człowiek. ..

    • To ja akurat mam z tym odwrotnie, pewnie dlatego, że Werka od początku prawie mi nie chorowała. Ma świetną odporność. Najgorsze co przechodziła to bóle ucha od kataru w pierwszym roku żłobka, ale to już mając ponad 2 lata i udawało się leczyć bez antybiotyku. Natomiast Alu jedzie po bandzie. Już jak był w brzuchu miałam ogromny stres z powodu moich strasznych chorób w ciąży, zwłaszcza zapalenia płuc z dusznościami, kiedy to myślałam, że oboje nie przetrwamy tego 🙁 Potem to jego zapalenie krtani w wieku 7 miesięcy i duszności, a 2 miesiące później zapalenie płuc. Ty chyba masz podobnie, tylko akurat pierworodny bardziej straszy najgorszymi chorobami u Ciebie.