Dlaczego dzieci jedzą śmieci? – recenzja

Muszę się Wam do czegoś przyznać…

Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, odpuściłam kompletnie walkę o zdrowe odżywianie mojego starszego dziecka. Najbliżsi powiedzą, że przesadzam, bo wciąż jeszcze ciut odstaję od większości, ale ja wiem, że odpuściłam. Nie miałam problemu z wprowadzaniem zdrowych nawyków żywieniowych u dziecka, które dopiero poznawało smaki. Przez pierwsze dwa lata życia moja pierworodna praktycznie nie jadała słodyczy, piła przede wszystkim wodę, zajadała się ze smakiem potrawami z kaszą jaglaną. Później stopniowo pozwalałam jej na więcej, aż teraz na chwilę obecną nie mogę się odgonić od prześladującego mnie słodyczowego zombiaka, który chodzi i rzęzi:

– Słoooooodkie!

– Dam ci banana – odpowiadam zwykle.

– Słooooodkie niezdrowe! – słyszę taką oto odpowiedź.

Porażka po całości. Moje tłumaczenia o tym, że kupne słodycze są niezdrowe, historie o robaczkach próchniaczkach, prawienie, czemu nie chcę by zbyt często jadła takie rzeczy spotkały się z kompletną zlewką. Moje dziecię oto chodzi za mną i woła: „ja chcę słodkie niezdrowe!”.

Nie wiem, gdzie popełniłam błąd. Nie chciałam jej chować pod kloszem, zwłaszcza, że na wszelkiego rodzaju urodzinach innych dzieci dobiera się do chipsów jak George prosto z drzewa. Chipsów wprawdzie tak do domu nie kupuję, ale kupuję żelki, kupuję Mamby, Kinder jajka i inne shity. Wiecie dobrze, że eksperymenty w kuchni lubię, więc mam na co dzień dużo domowych wyrobów, ale co z tego skoro przedszkolak nimi gardzi. Muffinki to jedynie szykować ze mną lubi, a jeść już nie bardzo, tylko słodycze gotowe są przysmakami. Soki z wyciskarki już nie są tak smaczne jak z kartonu. Nawet keczupu mojej roboty nie ruszy. Gdzieś kiedyś popłynęłam za bardzo, granica została przekroczona i co najgorsze – powrót do dawnego stanu rzeczy wydaje się niemożliwy. Poznała pewne złe smaki i już ich nie zapomni. Oczywiście chciałam mieć nad tym kontrolę, nie daję śmieciowych słodyczy bez ograniczeń, więc jestem ciągle prześladowana żebraniem pt. „A mogę jeszcze jedną? Ostatnią. Obiecuję ostatnią”. I tłumaczę i klaruję i ciut straszę i historię o mieście robaków próchniaków na jej zębach snuję…

Aż tu wczoraj fejsiwo wyświetliło mi reklamę z tą oto książką:

Czym prędzej kupiłam, rakietą do mnie na drugi dzień przyleciała, a że na zwolnieniu jestem z zasmarkańcem moim starszym to i poczytać zdążyłyśmy.

Tak jak przeczytałam to zwątpiłam. Oczekiwałam czegoś… hmmm nie wiem… łagodniejszego?

Moja córka do tej pory nie lubi bajek, w których jest jakikolwiek zły lub tylko złośliwy charakter, a książka ta przedstawia mocno niepokojące obrazy. Możemy dowiedzieć się z niej czym jest śmieciowe jedzenie, jakie są konsekwencje spożywania śmieciowego jedzenia, czemu w ogóle ono powstaje oraz czym je można zastąpić. Na jednej stronie wspomniano o raku, który zamieszkał w brzuchu pewnego wujka, bardzo ogólnikowo, więc możecie spodziewać się masy pytań o tę kwestię. Cała książka pobudza wyobraźnię i zachęca dzieci do drążenia tematu, co jest ogromnym jej plusem. Mam jednak wrażenie, że ogólne przesłanie jest skierowane bardziej do rodziców, niż dzieci, co wcale tej książce nie umniejsza. W końcu dzieci jedzą śmieciowe jedzenie, dlatego że dorośli na to zezwalają, więc autorka uderza do źródeł.

Moim zdaniem książka nadaje się dla dzieciaków w wieku 5 lat wzwyż, bo mogłaby za bardzo przerazić młodszych. Poza tym chyba właśnie u starszych przedszkolaków najbardziej rozwija się problem niezdrowego jedzenia, więc to dobry moment na zapoznanie się z powyższą książką. Moja córka, która pod koniec marca kończy 6 lat zareagowała na ten uświadamiający poradnik w bardzo właściwy sposób. Przypomniała sobie jakie lubi owoce, ziarna i orzeszki, nabierając chęci na nie, zjadła wyjątkowo dużo zupy krem z warzyw na obiad, a gdy zawołała wieczorem: „daj słodkie niezdrowe!” szybko zrezygnowała z dalszej żebraczki, gdy przypomniałam naszą dzisiejszą rozmowę. Po obiedzie stwierdziła, że zjadła tyle zdrowej zupy, że żaden rak już się jej nie zmieści do brzucha. 😉 Nie wiem jak długo pozostanie pod wrażeniem książki, może z czasem przestanie na nią działać, ale póki co jest dobrze. Teraz matka ma pole do działania, by odkręcać to co sama nakręciła.

Krótkie podsumowanie:

Plusy:

  • pobudza wyobraźnię
  • zachęca do rozmowy
  • skłania do zadawania pytań
  • zachęca do zdrowego jedzenia
  • pomaga wprowadzić trudne tematy
  • edukuje rodzica

Minusy:

  • fragmenty niezrozumiałe i nudne dla dzieci (np. nazwy niezdrowych składników w składach jedzenia, poruszenie tematu manipulacji w mediach oraz biznesu firm farmaceutycznych – niby prostym językiem, ale dla przedszkolaka to trochę abstrakcja)
  • może przerazić

Czy warto kupić?

Według mnie tak. Pozycja obowiązkowa dla każdego rodzica, jako szybki i czytelny poradnik. Każda mama będzie wiedziała, kiedy przeczytać go swojemu dziecku, w zależności od jego reakcji na jedzenie i ogólnej wrażliwości.

Tamara Tur