9 rzeczy, do których musiałam przyzwyczaić się jako matka

Macierzyństwo, jakie by nie było zmienia człowieka. Czy jesteś mamą aniołka, czy hajnida (niedawno wyczytałam to spolszczone określenie na high need baby i przypadło mi do gustu) to twoja codzienność nigdy już nie będzie taka sama, jak przed dziećmi. Niedawno tak sobie rozmyślałam o tym, ile zmieniło się w moim życiu odkąd jestem mamą. Sprawy, które były dla mnie kiedyś nie do obejścia, teraz zlewam bez problemu, albo radzę sobie z nimi, choć wcześniej wydawało się to niewyobrażalne. Myślę, że pod większością punktów podpisałyby się i inne mamy. No to jedziemy z moją listą:

1. Wychodzenie z domu bez makijażu

Kiedyś to było dla mnie niewyobrażalne, by ktokolwiek na ulicy miał zobaczyć moje szpetne bezmakijażowe lico. W sumie już w pierwszej ciąży zaczęłam ten temat nieco odpuszczać, ale gdy przystojny listonosz mnie nie poznał bez makijażu, a sąsiadki dziwnie patrzyły, gdy mówiłam im dzień dobry (jakby ktoś obcy się witał) to szpachla znów wróciła do łask. Nie tylko na wyjście z mieszkania, ale jeszcze przed godzinami chodzenia listonosza.

Później oswajając po raz pierwszy macierzyństwo znów przełamałam lody i na macierzyńskim wychodziłam czasami bez makijażu. Oczywiście tylko na szybkie spacery, zwłaszcza latem z okularami przeciwsłonecznymi, czy do okolicznych sklepików. Nigdy nie zdarzyło mi się pójść na imprezę, wyjście towarzyskie, czy później do pracy bez makijażu.

W drugiej ciąży przez złe samopoczucie popłynęłam jeszcze dalej i można powiedzieć, że więcej czasu chodziłam bez makijażu niż umalowana. Był to czas spędzany głównie w domu lub na spacerach, tudzież w szpitalach, także naprawdę brakło motywacji, by tak dbać o siebie.

Pojawienie się na świecie mojego własnego hajnida, który w wyobrażeniach miał być grzeczny i spokojny jak siostra, ale nie był uniemożliwiło nakładanie rano nawet kremu. Wyczynem było przebranie się z piżamy przed godziną 13:00 i można powiedzieć, że wtedy zaakceptowałam po całości, że jako matka nie będę trzepotać długimi rzęsami, chyba że se je przykleję na stałe (co od czasu do czasu robię u kosmetyczki). Smuteczek był trochę, gdy leżąc z synem w szpitalu przy jego zapaleniu płuc pielęgniary pytały na widok mego bezmakijażowego lica, czy ja się dobrze czuję, ale na litość Boga w szpitalu to nawet dawna ja by się nie malowała. W dupie to mam. Nakładanie makijażu było dla mnie zawsze przyjemnością, a nie jakimś przykrym obowiązkiem i nie będę się zarzynać, by zawsze z tym zdążyć, choćby świat się walił i palił. Chyba dojrzałam po prostu.

Aczkolwiek chodzi mi po głowie pewna akcja z pomadkami, co by siebie i inne mamy zachęcić do wyrazistego podkreślania ust na co dzień, bo to jednak poprawia kobiecie nastrój.  A pomalowane mocno usta odciągają uwagę od zmęczonych oczu! Pożyjemy zobaczymy. Na razie sama muszę zacząć pamiętać o makijażu ust.

Obecnie możecie zobaczyć moje zdjęcia bez makijażu nawet na Instagramie, także tego. Naprawdę mi się pozmieniało. Choć nadal na żadne towarzyskie wyjście bez makijażu nie pójdę, ale też nauczyłam się malować dużo delikatniej niż kiedyś i dobrze się tak czuję.

2. Szybkie szykowanie się

Nie mogę w to uwierzyć, że kiedyś chodząc do pracy na 8:00 potrafiłam wstawać o 5:30, by wyszykować samą siebie. Przed jakimś wyjściem zdarzało mi się malować przez godzinę, a strój dobierać jeszcze dłużej. Przy dzieciach nauczyłam się ogarniać siebie w 5, maks 10 minut i to z makijażem (jeśli oczywiście mi się chce go zrobić). Do własnego ślubu, który był kilka miesięcy temu umalowałam się w niecałe 5 minut.

Co do ciuchów to wiadomo, że nie dobieram ich tak skrupulatnie jak niegdyś, a moje stylizacje to w dużej mierze zwyklaki, ale nie chodzę w powyciąganych dresach, czy zniszczonych ubraniach. Wciąż uwielbiam kupować ciuchy, często zmieniam garderobę, tylko zmodyfikowałam ją tak, by sprawdzała się dla mnie jako mamy. W ostatnim czasie zakochałam się w rzeczach sprzedawanych w sklepie Candy TM, gdzie wydaje stanowczo za dużo pieniędzy. 😉

3. Płaskie buty

Był czas, że latałam tylko w szpilkach, choć nigdy nie było mi w nich wygodnie. Takie głupie babskie myślenie, że żeby ładnie wyglądać trzeba pocierpieć. No niestety przy małym dziecku tego nie przeskoczysz, bo to już zakrawa o kryminał by była. Chodzenie w szpilkach przy niemowlaku jest po prostu niebezpieczne, nie jest się wtedy tak stabilnym i nie trudno stracić równowagę. A już schodzenie w szpilkach po schodach z trzeciego piętra z wózkiem i dzieckiem jest dla mnie niewyobrażalne. Praktycznie każda matka musi zaakceptować, że będąc mamą szpilki założy tylko okazjonalnie, albo gdy dzieci trochę dorosną. A może już nigdy, bo się oduczy jak w nich chodzić przez dłuższą przerwę. Ale czy to kurcze jest takie ważne?

4. Krótki sen

Kiedyś byłam śpiochem. W wolne dni potrafiłam spać bez przerwy nawet 12 godzin. Minimum 9 godzin było mi potrzebne, by się wyspać. Jako mama nauczyłam się funkcjonować przy bardzo małej ilości snu przez dłuższy czas i nawet kiedy mam już możliwość trochę dłużej pospać to tego nie robię, bo normalnie tego nie potrzebuję! (albo to starość, bo starzy ludzie też mało śpią 😉 ). Nauczyłam się także sypiać z przerywnikami (wiadomo, standard u matek). Umiem szybko zasypiać i łapać krótkie drzemki. Potrafię czuwać w nocy, ale mimo wszystko spać przy tym i być wypoczętą. Kiedyś zapadałam w bardzo głębokie sny, dużo i długo lunatykowałam (także w życiu dorosłym) i miałam dziwne fazy nocne. W ogóle zero świadomości, gdy już wpadłam w objęcia Morfeusza. Teraz śpię bardziej jak człowiek. A przynajmniej nie mam wrażenia, że mi gdzieś dusza po nocach ucieka. Siedzi na miejscu i pilnuje dzieciaków.

5. Spóźnianie się

To było kiedyś dla mnie coś niewyobrażalnego. Nigdy się nigdzie nie spóźniałam i nie znosiłam tego u innych. Przy dzieciach nauczyłam się, że na pewne rzeczy nie ma rady i tak właśnie jest ze spóźnianiem się, gdy masz małe dzieci. Matkom tłumaczyć nie trzeba, jak to zwykle wygląda. Szykowanie, ubieranie, popędzanie, kupa w pieluszce, gdy już jesteś jedną nogą za drzwiami itd. Zwykle zestresowana pędziłam z córką na urodziny koleżanek i kolegów gdzieś w figlorajach, bo zwykle byłyśmy minimum 5 minut po czasie. Zwykle też na miejscu mogłam odetchnąć z ulgą, bo i tak nie byłyśmy ostatnie. Przestało mnie to w końcu denerwować. Tylko do lekarza wychodzimy absurdalnie dużo, dużo wcześniej, przez co nie raz musimy zbyt długo czekać w poczekalni pełnej chorych i się zastanawiam, czy warto tak robić. Chyba bardziej opłaca się spóźnić.

Wychodząc gdzieś sama też nie raz się spóźniam, bo mnie potrafi COŚ w domu zatrzymać dłużej niż powinno.

6. Szybkie zmiany planów

Zawsze lubiłam mieć wszystko ładnie zaplanowane, a bycie mamą przymusiło mnie do odrobiny spontaniczności. Kuźwa co ja mówię odrobiny. Przecież przy dzieciach zmiana planów w ostatnim momencie, bo a to któreś zachorowało, a to nie chce gdzieś pójść, czy mamę wypuścić, a to nie ma z kim dzieci zostawić, bo się babcia rozchorowała to przecież standard. Kiedy można plany odwołać to jeszcze luzik, ale czasem trzeba się nakombinować i je jakoś pozmieniać, by udało się wszystko zrealizować. To całkiem pożyteczna życiowa lekcja.

7. Szpital dosłownie i w przenośni

Może to głupio powiedzieć, że przyzwyczaiłam się do chorób dzieci, ale coraz bardziej jestem oswojona z tym, że taka jest kolej rzeczy. Odporność człowieka buduje się ponoć przez pierwszych 7-10 lat życia. Moje dzieci są dziećmi żłobkowymi. Swoje odchorować muszą. Widzę, że borykają się z tematem chorób wszystkie matki i prędzej czy później ten etap przechodzi, więc trzeba go po prostu przetrwać. Im więcej dzieci w domu, tym łatwiej o przedłużające się infekcje i zarażanie nawzajem.

Kiedyś też straszliwie bałam się szpitala. Był to niczym nieuzasadniony lęk, bo w szpitalu leżałam pierwszy raz przy pierwszym porodzie, nie licząc drobnego zabiegu w młodości, kiedy to spędziłam w szpitalu jedną dobę. W ciąży numer dwa trochę w szpitalach lądowałam, byłam też raz na oddziale dziecięcym z synem, gdy miał 9 miesięcy i poważne zapalenie płuc spowodowane dwiema bakteriami. Nie taki diabeł straszny. Oczywiście żadna to frajda leżeć w szpitalu, ale też nie ma się czego bać.

8. Intensywna praca mięśni i ruch

Nigdy nie lubiłam sportu, ani zbyt dużej aktywności fizycznej. Początki macierzyństwa dały popalić moim mięśniom i kręgosłupowi. Tutaj nie było wyjścia: macierzyństwo to ciężka praca fizyczna. Z czasem udało mi się nawet zmobilizować do tego, by zacząć regularnie chodzić na fitness. Dzięki aktywnościom jako mama i ćwiczeniom bardzo wzmocniłam swoje ciało, co ułatwia mi codzienne funkcjonowanie, nawet przy wyzwaniach niezwiązanych z macierzyństwem. Dużo rzadziej niż kiedyś przeskakuje mi coś w kręgosłupie, nie drętwieje mi noga, jak to było kilka lat temu, kręgosłup boli mnie dużo rzadziej. Przekonałam się, że ruch to zdrowie i mam nadzieję, że zostanie mi tak do końca życia.

9. Bałagan w domu

Nigdy nie byłam typem pedantki, ale też straszliwie nie lubię rozgardiaszu. Niestety małe dzieci w domu i rozgardiasz to synonimy. Nawet jakbyś sprzątała bez przerwy to w czasie gdy sprzątasz jeden kąt, w drugim powstaje bałagan. Jest na to jedna jedyna metoda – zaakceptować, bo ta faza macierzyństwa też w końcu mija. Mnie rozgardiasz domowy nauczył szybciej pozbywać się rzeczy, które nie są już używane. Łatwiej mi też wyrzucać niepotrzebne graty, aniżeli to było kiedyś. Dom i tak wciąż jest zawalony, ale jak dzieci pójdą na studia znów będzie porządek jak w katalogowych wnętrzach w stylu skandynawskim. 😉 Póki co nie zamierzam młodych terroryzować, by nasze pokoje pasowały do standardów z IG.

A Ty do czego musiałaś się przyzwyczaić zostając mamą?

 

Tamara Tur