Rodzicielstwo bliskości z serca, a nie poradników

Wielu moich znajomych, a także czytelników pyta mnie, czy przy wychowaniu dzieci obrałam, któryś z nurtów psychologicznych, filozofię. Zwłaszcza, że należę do różnych grup związanych z rodzicielstwem bliskości, polecałam niektóre książki, byłam też kilka razy na tego typu konferencjach. Gdy Bajaderka była jeszcze bardzo malutka i nie miałam zielonego pojęcia o tym, jakie wyzwania czekają mnie jako rodzica, deklarowałam, że wychowanie w duchu rodzicielstwa bliskości to jest droga, którą będę na pewno podążać. Przeczytałam wtedy kilka poradników. Dowiedziałam się, że obok rodzicielstwa bliskości popularne się stały także inne psychologiczne nurty jak np. porozumienie bez przemocy, rodzicielstwo bezwarunkowe – wychowywanie bez nagród i kar, itd, itp., chyba wszystkie współczesne mamy słyszały o tych propozycjach psychologów. Na początku myślałam sobie, że to chyba logiczne, że dziecko wychowuje się budując z nim bliskie relacje. Zważywszy na to, że moja mama całe życie jest mi bliska, chciałam podobne relacje budować ze swoją córką.

Co do nagród i kar nurtowała mnie w szczególności rezygnacja z nagród, których wcześniej nie uważałam za coś złego, kar w swoim idealnym wyobrażeniu rodzicielstwa nigdy nie miałam zamiaru stosować. Czas jednak zweryfikował nieco moje postanowienia. I oczywiście nie mówię tutaj o zaakceptowaniu kar cielesnych, co daleko wykracza poza mój poziom tolerancji.

Wciąż nie ogarniam, jak można z premedytacją planować cielesną karę dla własnego dziecka, za jakiś występek, który nie jest zgodny z naszymi poglądami. Wielu moich rówieśników doświadczało w dzieciństwie kar typu kilka pasów na goły tyłek, czy nawet klęczenia na grochu (ta kara wcale nie dotyczyła tylko naszych rodziców, czy dziadków). Były też zastraszania (np. wiszący gdzieś na widoku pas i groźby jego użycia). Większość z mojego pokolenia dostawała spontaniczne klapsy, które jak to klapsy są oznaką chwilowej słabości rodziców, wybuchem w wyniku bardzo dużego zdenerwowania. Mimo społecznego zezwolenia na kary cielesne w tamtych czasach, każdy normalny rodzic po takim wybuchu nie czuł się dobrze, miał wyrzuty sumienia. I o ile jestem w stanie zrozumieć spontaniczny wybuch złości, zwłaszcza w tamtych czasach, o tyle planowane z premedytacją długie i bolesne kary nie mieszczą mi się w głowie. Tym bardziej, że znam osoby, które wychowywano przy użyciu naprawdę surowych kar i nie mogą tego wybaczyć swoim rodzicom do końca życia.

Dlatego też ucieszyłam się, że we współczesnych czasach ktoś w końcu pomyślał i zaczęto edukować społeczeństwo. Dzięki nagłaśnianiu nurtów psychologicznych związanych z rodzicielstwem bliskości rodzice wiedzą, że:

  • dziecko to też jest pełnoprawny człowiek
  • dziecko ma prawo do swojego zdania
  • rodzic nie jest alfą i omegą

Te sprawy zawsze wydawały mi się oczywiste. Niestety, nie dla wszystkich takie oczywiste są i cały szereg moich rówieśników mających dzieci popełnia błędy własnych rodziców. Robią dokładnie to samo, za co sami do swoich rodziców mają żal. Oczywiście są też tacy, którzy za wszelką cenę nie chcą tych błędów popełniać i tacy, którzy mimo wzrastania bez surowych kar i tak mają pretensje do swoich rodziców. Umówmy się, że większość z nas ma coś, do czego można by się doczepić w tym, jak rodzice nas wychowali. A każdy świadomy rodzic nie chce błędów popełniać.

I wszystko byłoby fajnie pięknie. Teorie związane z rodzicielstwem bliskości są bardzo dobre. Świetnie, że ktoś to wyłuszczył i pokazuje rodzicom, że dziecko można wychować inaczej, niż zna to większość urodzona w latach osiemdziesiątych i wcześniej. Ale… no właśnie jest pewne ale, do którego powstania przyczyniła się cała masa nadinterpretacji i ześwirowanych mamusiek.

Zacznijmy od tego, że nie wszystkie teorie sprawdzają się w rzeczywistości. Jakaś tam grupa badawcza, to nie wszyscy ludzie świata. Ja np. dumna matka sowa uważam, że moje dzieci są indywidualistami, których nie da się wpisać w żadne schematy. I myślę, że wiele z Was również tak uważa o swoich dzieciach. 😉

Niektórzy rodzice zauroczeni współczesnymi nurtami, zwłaszcza ci, którzy odczuwają braki bliskości z własnymi rodzicami, zaczynają popadać w skrajności. Matki, bo zwykle ich dotyczy fascynacja poradnikami, walczą z otoczeniem, jak lwice, byle nie zboczyć od jednej słusznej według siebie teorii. Popadają w złość i frustrację, gdy ktoś (zwłaszcza ze starszego pokolenia) nie daj Boże stara się im coś doradzić, gonią otoczenie swojego dziecka za zwroty, których NIE WOLNO używać, dopisują do nurtu własne interpretacje i chwalą tylko swoje zachowania. Tam gdzie powinien powstawać dialog i zrozumienie, wzgląd na uczucia i dostrzeganie różnych odcieni szarości, powstają radykalne wręcz poglądy. Przytoczę Wam taki przykład bardzo chętnie wywoływanego zachowania w piaskownicy. Dziecko, jak każdy człowiek ma prawo do swojej własności, więc wśród współczesnych „świadomych” rodziców dzielenie się zabawkami w piaskownicy jest passe. Gdzieś kiedyś w necie wyczytałam, jak jedna z mam dumnie prezentowała idealną odpowiedź dla zbulwersowanego rodzica, z którym jej dziecko nie chciało się podzielić zabawkami (bo ma do tego prawo). Była to propozycja: „a może Pani podzieli się ze mną swoją pensją?”.

Powiem szczerze, że opadły mi ręce.

Zacznijmy od tego, że niezależnie od czasów, nurtów, teorii, pomysłów psychologów, blogerów, super niań i specjalistów wszelakich to DZIECI PRZEDE WSZYSTKIM UCZĄ SIĘ ZACHOWANIA OD NAS – SWOICH RODZICÓW, POPRZEZ NAŚLADOWANIE NAS. Dziecko, jak każdy człowiek tego świata ma prawo do swojej własności – tak i owszem. Ale ma też prawo wiedzieć, że dzielenie się to uczynek, który może sprawić komuś radość. My dorośli np. dzielimy się swoimi pieniędzmi z ludźmi potrzebującymi, wspierając finansowo ich zbiórki, oddając biednym rzeczy, których mamy w nadmiarze, albo po to, by sprawić komuś przyjemność, bo niektórzy z nas wierzą, że podarowane dobro powraca. Czego natomiast uczy matka swoje dziecko, gdy odpowiada przy nim w sposób, który przytoczyłam do innego rodzica? Uczy negatywnego nastawienia i nerwów w sytuacji, w której nie ma o co sobie nerwy psuć, uczy arogancji, a nawet agresji. A cały przekaz tej sytuacji miał być według niej zgodny z nurtem rodzicielstwa bliskości, ponieważ dziecko ma prawo do swojej własności, a tu jakaś gburowata baba ma o to pretensje! I wcale mi nie chodzi o to, że ta matka powinna nakłaniać swoje dziecko do podzielenia się tymi zabawkami, bo to tak ładnie, dobry uczynek i w ogóle. Można przecież na zaczepki drugiej matki zareagować spokojnie i z kulturą, jeśli chce się zobrazować swój pogląd. Można zacząć tłumaczyć dziecku, czym jest dzielenie się i czy aby na pewno nie ma na to ochoty w danym momencie. Po prostu nie róbmy z codziennego życia i relacji społecznych nieustannej walki i manifestacji.

Inna sytuacja: córka będąca mamą goni swoją mamę za nieprawidłowe zwracanie się do jej dziecka, ponieważ ta użyła zwrotu, niezgodnego z córki przekonaniami, które ukształtowała dzięki poradnikom. Atmosfera robi się nerwowa, powstaje sprzeczka. A teraz zastanówmy się co ma bardziej negatywny wpływ na dziecko będące w tej sytuacji: zły, niezalecany w poradnikach zwrot rzucony przez babcię, która dziecka na co dzień nie wychowuje, czy kłótnia matki z córką, podczas której córka krytykuje matkę i w ogóle nie przyjmuje do wiadomości jej argumentów? To, że my wychowujemy dziecko w taki, a nie inny sposób nie znaczy, że od innych nie doświadczy ono zachowań, które nam się nie podobają. Nie chowajmy dziecka pod kloszem! Dajmy mu możliwość wchodzenia w relacje z różnymi ludźmi i zachowaniami, bo tego będzie doświadczać w życiu na co dzień. Nikt nie spaczy psychiki szczęśliwemu dziecku wychowywanemu w miłości jednym niepożądanym zwrotem! Dajcie żyć sobie i innym! Nie raz będziecie zaskoczone, jak dzieci świetnie potrafią sobie radzić z różnymi typami osobowości u dorosłych, z którymi nie mają do czynienia na co dzień.

Wychodzi w końcu na to, że matki tak mocno walczą o dialog i bliskie relacje ze swoim dzieckiem, że popadają w konflikt z całą resztą świata. Ale ich dziecko też w tym świecie żyje. I tak jak ono ma prawo do własnego zdania, tak musi zrozumieć, że inni tak samo posiadają to prawo.

W najgorszym przypadku fiksacja na punkcie poradnikowego wychowania i bycia idealną mamą prowadzi w końcu do depresji. Nagle okazuje się, że postępowanie zgodnie z zaleceniami, nie gwarantuje, że dziecko będzie takie, jak to sobie wyobraziłyśmy, a co gorsza: my nie jesteśmy takie, jakie jako mamy chciałyśmy być.

W jaki sposób więc wychowywać dzieci zapytacie. Przede wszystkim uwierzcie w swoją intuicję! Nie jest złym pomysłem wspieranie się poradami specjalistów, ale nie można też tego wszystkiego brać za jedyną słuszną drogę i świrować na tym punkcie. Traktuj dziecko tak jak Ty byś chciała być traktowana, ale nie zapominaj przy okazji o odpowiednim traktowaniu reszty świata, bo dziecko Cię obserwuje. Chcąc dać dobry przykład dziecku sama postępuj dobrze. Co z tego, że nie mówisz w nerwach do dziecka, nie krzyczysz na nie, nie mówisz nic nieprzyjemnego, skoro w jego towarzystwie zachowujesz się w ten sposób do innych. Wydaje mi się, że takie skupienie na idealnym macierzyństwie z poradników w połączeniu z konfliktem do reszty świata spowoduje wychowanie samolubnego, skoncentrowanego na sobie typa, któremu będzie daleko do bliskości z matką, gdy nieco podrośnie.

I wiecie co? Możemy popełniać błędy. Możemy krzyczeć i okazywać swoje zdenerwowanie, bo uczuć też dziecko uczy się od nas, a nie ma chyba nic gorszego od tłumienia negatywnych emocji. Na szczęście za każde nerwowe zachowanie można przeprosić i wytłumaczyć, czemu nas tak poniosło, co wtedy czuliśmy. Słowem rozmawiamy z dzieckiem zarówno o jego uczuciach, jak i swoich, bo do nich też mamy prawo. W końcu przecież psychologowie nawołują właśnie do nazywania uczuć, by łatwiej było sobie z nimi radzić.

Najważniejsze to nauczyć dziecko, jak być dobrym człowiekiem, a na tej drodze najłatwiej się pogubić, zwłaszcza mając duże ambicje i wymagania od siebie, jako matki. Nie wszyscy muszą zostać przywódcami świata, nie wszyscy muszą dostać Nobla – gdy to sobie uświadomisz też Ci będzie łatwiej. Każdy człowiek rodzi się już z pewnymi predyspozycjami i dlatego już od życia płodowego i aktywności w mamy brzuchu możemy odróżnić dzieci z natury spokojne i te bardziej aktywne. Często dwoje dzieci wychowanych przez tych samych rodziców ma zupełnie inne charaktery. Także warto wrzucić nieco na luz, bo nie wszystko zależy tylko i wyłącznie od wychowania w nurcie takim, czy srakim.

Za kilkanaście lat i tak nasze dzieci będą miały do nas za coś pretensje. I do nas i do mam poradnikowych. Do mam blogerek, do mam psycholożek, do mam nauczycielek, tego żadna mama nie uniknie. Gwarantuję. 🙂

Tamara Tur