Cykl matka na etacie: Moja historia zawodowa część I

Jestem typową humanistką, ale też uwielbiam coś tworzyć. Jako nastolatka napisałam cykl ponad 200 opowiadań, które opatrzyłam własnymi ilustracjami. Około dwudziestki mnóstwo czasu spędzałam na montażu filmów – tworzyłam teledyski do swoich ulubionych filmów i seriali, zyskując wtedy dość szerokie grono fanów mojej twórczości w internecie (na całym świecie). Kiedy blogowanie polegało na pisaniu internetowego pamiętnika i nikt na tym nie zarabiał, ja stworzyłam jedynego w Polsce bloga o „Buffy – Postrach Wampirów”, budując swoją małą, ale bardzo zżytą społeczność fanów tego serialu (bo umówmy się, ale w Polsce Buffy hitem nie była, skoro wyemitowano tylko pierwsze dwa sezony, a po dłuższym czasie jeszcze tylko trzeci z siedmiu).

Jak większość młodych ludzi wybierających studia nie wiedziałam, co bym chciała robić w przyszłości. Z niewiadomych przyczyn nienawidziła mnie strasznie i po całości moja wychowawczyni w liceum – polonistka, dając mi to do zrozumienia na każdym kroku. Zniechęcona tym, że niezależnie od tego czy będę się uczyć, starać, czytać lektury, czy odrabiać prace domowe i tak ostateczna ocena będzie kiepska w ogóle się nie starałam na polskim. Straciłam całkowicie pasję do pisania. Nie miałam poczucia bym była w czymś naprawdę dobra. W rodzinie, w której większość kobiet to księgowe kładziono mi do głowy, że księgowość to coś, o czym powinnam pomyśleć.
Mając ogromny mętlik w głowie udało mi się wybrać mądrze studia. Mądrze, bo wybrałam kierunek z pasji, a nie taki, jaki był wtedy modny i przyszłościowy. Poszłam na filologię polską, ale wybrałam uczelnie prywatną. Miałam tak duże zaległości z polskiego, że nie udało mi się dostać na uniwerek.
W trakcie trwania studiów podbudowałam znacznie swoje ego. Nauka przychodziła mi z łatwością, choć były to czasy beztroskiego żywota studenta dziennego, sporo imprezującego i dobrze się bawiącego. Pisanie pracy licencjackiej, a potem magisterskiej było dla mnie autentycznie frajdą. Wybrałam specjalizację językoznawczą i najcudowniejszą na świecie Panią Profesor jako promotorkę. Studia skończyłam z wyróżnieniem i wtedy też zaczęłam szukać poważnej pracy na dłużej. Za sugestią promotorki brałam przez chwilę pod uwagę doktorat.
Wcześniej oczywiście podejmowałam jakieś prace dorywcze w wakacje, pracowałam kilka miesięcy w dziale finansowym na swojej uczelni za odpisy od czesnego, zrobiłam staż z Urzędu Pracy i… jakieś kursy księgowości. Aplikowałam do różnych prac biurowych, przekonując się, że czasami ogłoszenie o pracę niewiele miało wspólnego z warunkami, jakie proponowano na rozmowie kwalifikacyjnej. Tak było w 2007 roku.

W końcu znalazłam pracę na dłużej z ogłoszenia na www.pracuj.pl, po kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej. Warunki, których szukałam były spełnione: umowa o pracę na okres próbny, a potem na czas nieokreślony, praca biurowa – jak mi się wtedy zdawało, warunki finansowe jak u większości moich koleżanek, które dopiero co podjęły prace. Rozmowa kwalifikacyjna w dwóch, czy trzech etapach odbywała się po angielsku, na końcu w towarzystwie wielkiego szefa wszystkich szefów narodowości niemieckiej. Byłam wtedy przekonana, że moja angielszczyzna jest bardzo kostropata. Szybko jednak przekonałam się, że w pracy najważniejsza jest dobra komunikacja w języku angielskim, a nie bezbłędna umiejętność stosowania wszystkich czasów i akcent brytyjski. Firma, jak możecie się domyśleć była międzynarodowa, a nasz malutki polski oddział składał się z czterech, w porywach pięciu osób. Szybko więc okazało się, że wszystkie te osoby muszą być dosyć wszechstronne, by ogarnąć sprzedaż na bardzo wysokim poziomie w kraju, a później i na rynek wschodni, zamówienia z centrali, magazyn, obsługę klienta, marketing, szkolenia, targi, etc., etc. Tak też sobie pracowałam, zyskując rozmaite doświadczenie i robiąc wszystko, co tylko było w danym momencie potrzebne, poczynając od pakowania paczek z zamówieniami, a kończąc na szykowaniu wieloarkuszowych raportów sprzedaży w języku angielskim, kontroli płatności, a nawet wstępnej windykacji. Po roku pracy odpowiadałam za całą gotówkę w firmie, miałam dostęp do kont bankowych, stałam się więc pracownikiem wyjątkowo zaufanym. Odpowiedzialność za pieniądze była dla mnie strasznie stresująca w trakcie chaosu, jaki zawsze panował na targach sprzedażowych. Po 3,5 roku pracy w jednym miejscu, w którym pokazałam, że dam radę z każdym zadaniem zaszłam w ciążę i poszłam na swoje pierwsze w życiu zwolnienie lekarskie. I to pod namową szefa, bo przy naszej pracy i w tak małym składzie kobieta ciężarna byłaby tylko kulą u nogi. Jakoś wiedziałam, że mimo ciąży i urlopu macierzyńskiego będę miała gdzie wrócić. Zresztą otrzymywałam też takie zapewnienia. Może to ktoś nazwać fuksem, albo że trafiło mi się, ale ja uważam, że zapracowałam sobie przez te 3 poprzedzające ciążę lata na zaufanie, wykreowałam sobie wizerunek osoby pracowitej, lojalnej, mocno zaangażowanej i stawiającej pracę bardzo wysoko na swojej liście, jeśli nie najwyżej. Oczywiście to wszystko nie znaczyłoby nic, gdybym trafiła do firmy prowadzonej przez, jak to się współcześnie mówi Januszów biznesu, ale też nie zostałabym ponad 3 lata w tak niestabilnej pracy. Stabilizacja to było coś czego bardzo mocno w tym czasie potrzebowałam, chyba instynktownie wijąc gniazdko dla swojego potomstwa.
Wróciłam do pracy po półrocznym wtedy macierzyńskim i zaległym urlopie, kiedy to moje pierworodne dziecko miało koło 8 miesięcy. Był to dla mnie bardzo ciężki okres, tym bardziej, że sama byłam wychowywana w domu przez mamę dużo dłużej niż większość rówieśników. Nie miałam żadnego wyboru. Po prostu z pensji męża byśmy się nie utrzymali. Koniec i kropka. Na żaden absolutnie mi znany sposób. Nie lubię gadać o sprawach finansowych, bo jestem kompletną nogą, jeśli chodzi o rozważne wydatki. Nikomu nie powinnam doradzać w kwestiach finansowych, bo by wyszedł po moich radach z torbami. Mam wyuczone pewne nawyki, których nie zmienię. Wydaję bardzo dużo kasy na jedzenie dobrej jakości. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której dziecko nie mogłoby wyjechać na wakacje. Nie umiem żyć bez samochodu. Nie wyobrażam sobie oszczędzać na dziecku, albo dawać mu mniej niż ma najbliższe otoczenie – a z tym wszystkim łączyłaby się moja rezygnacja z pracy. Od zawsze też chciałam mieć dwoje dzieci, więc aby spełnić to marzenie musiałam stworzyć odpowiednie warunki. Wrodzony feminizm nigdy nie pozwolił mi snuć planów łapania bogatego męża i życia na jego rachunek.
Pracy zawodowej nie odpuściłam również z czysto egoistycznych pobudek. Było mi szkoda rezygnować z tego, co już wypracowałam (uznanie, zaufanie, kierownicze stanowisko) i zaczynać po latach od nowa. Wiedziałam, że matką będę już zawsze i praca już nigdy nie będzie na pierwszym miejscu. No może gdy dzieci pójdą na studia ta hierarcha znów ulegnie zmianie. Tyle, że wiek pracownika też nie jest przecież bez znaczenia.

W kolejną ciążę zaszłam po niecałych 3 latach od pierwszej. Był to rok 2015, w którym musiałam odpuścić starania w pracy, a także zostawić pracodawcę na lodzie…

cdn.

Tamara Tur